Zimą czekamy na wiosnę

Ogrody, praca wśród własnoręcznie sadzonych roślin, doglądanie grządek i obserwacja przyrody zawsze były obecne w ich życiu. Co prawda na różnych etapach odbywało się to w innym wymiarze, ale jak zgodnie dziś mówią lekarze Maria Sawicka i małżeństwo Elżbieta i Wojciech Machowie, nie potrafią już sobie wyobrazić życia bez działki.

Piwonie zamiast podróży

– Praca w ogrodzie to dla mnie przede wszystkim wyciszenie, szansa na „pozbieranie myśli”, oddech od miasta, hałasu i uspokojenie – mówi Maria Sawicka, która w pewnym momencie życia zamieniła wakacje podróżniczki na spokój własnego ogrodu.

– Kiedyś niemal każdy urlop to była daleka podróż. Intensywne zwiedzanie, ciągła zmiana hoteli, lotniska, tłumy ludzi itd. Nagle zdałam sobie sprawę, że po takim wypoczynku wracałam tak zmęczona, że przed powrotem do pracy potrzebowałam jeszcze kilku dni, aby odzyskać siły – opowiada Maria Sawicka, która w lecznictwie otwartym jako pediatra przepracowała w Lublinie 34 lata.

Maria Sawicka

W pewnym momencie postanowiła razem z mężem to zmienić i pojawił się pomysł na kupno własnej działki. To był strzał w dziesiątkę. Działka okazała się azylem. – Ogród zapewnia możliwość czynnego odpoczynku, poprawia kondycję. To dobre miejsce do wyhodowania swoich jarzyn i owoców. Planami, wrażeniami, wspomnieniami można się dzielić podczas spotkań z przyjaciółmi – przyjemnie spędzać czas…

– Pierwszą działkę niestety musieliśmy oddać – w jej miejscu stoi teraz Ikea… ale moja pasja ogrodnicza nie mogła przepaść i od 10 lat mam drugą działkę, która od wczesnej wiosny do jesiennych chłodów staje się moim drugim domem, chociaż nie oznacza to, że jestem tam codziennie – śmieje się doktor Sawicka i podkreśla, że największą część działki zajmują kwiaty. – Staram się, aby od najwcześniejszej wiosny, kiedy jeszcze naprawdę nic nie rośnie, na moich grządkach już kwitły kwiaty. I tak przez kolejne pory roku kolejne kwiaty, kolejne kolory, inne zapachy, inne kompozycje. Od pierwiosnków i przebiśniegów kwitnących już w lutym, przez ciemierniki, żonkile, tulipany, irysy, goździki, cynie, hortensje, bzy, aż po jesienne astry.

Największą dumą ogrodu doktor Sawickiej są piwonie. Dorodne i kolorowe tworzą pachnącą aleję przecinającą działkę. Ogromne głowy kwiatów od białych przez różowe, pąsowe do bordowych, zwracają uwagę swą urodą. – Nie stosuję żadnych nadzwyczajnych zabiegów, nie znam się na tym. Używam powszechnie dostępnych w sklepach ogrodniczych odżywek i nawozów.

Efekt jest zachwycający – piwonie kuszą urodą i zapachem. A pszczoły „murarki” mieszkające w specjalnym domku dla owadów zawieszonym na jednym z owocowych drzew, zapewne są bardzo zadowolone z takiej piwoniowej stołówki.

Inne ulubione kwiaty doktor Marii Sawickiej to róże, a szczególnie odmiana o nazwie Fryderyk Chopin. To jest jedna z najpiękniejszych róż. Jej kwiaty są okazałe, duże o delikatnym zapachu. Płatki mają kolor biały z lekkim kremowym odcieniem. – Jest też inna cudowna róża – to Kleopatra… wg mnie pachnie w sposób niepowtarzalny, ładniej niż słynne perfumy Chanel 5 – zachwala doktor Sawicka i zdradza sposób na zwielokrotnienie kwitnienia róż: – Należy przyciąć łodygę pod drugim liściem, który rósł pod przekwitłym kwiatem. W ten sposób róża zakwitnie dwa, a nawet trzy razy w sezonie.

Fasolka szparagowa w pomidorowym sosie

Rozległą działkę w podlubelskim Maryninie doktor Elżbieta i Wojciech Machowie odziedziczyli po rodzicach doktora. – Machówka, bo taką nazwę nosiła kiedyś ta działka, została podzielona i my od ponad 40 lat gospodarzymy na jej części – wyjaśniają państwo Machowie, którzy przy wsparciu synów nadali swej posesji nowy kształt.

– Na początku była tu… fasolka szparagowa. Zielona, wielostrączkowa. Rosła na 25 arach! Całe lato ją zbieraliśmy, zbieraliśmy i zbieraliśmy. W pewnym momencie tak bardzo miałam tego dość, że chciałam całą tę plantację podpalić – wspomina doktor Elżbieta i chociaż dzisiaj fasolowa historia brzmi anegdotycznie to nie było łatwo jej podołać i pracę na działce połączyć z pracą w szpitalach, prowadzeniem domu i wychowywaniem dwóch synów.

Doktor Elżbieta, specjalista chorób zakaźnych, pracowała w Klinice Chorób Zakaźnych przeszło 40 lat, a doktor Wojciech Mach pediatra, po kilkunastu latach pracy w Instytucie Pediatrii, był ordynatorem Oddziału Dziecięcego w szpitalu w Świdniku przez kolejne 22 lata.

Elżbieta i Wojciech Machowie

– Jednak trud się opłacił, bo sprzedaż fasolki dała nam niemały dochód i mogliśmy za te pieniądze postawić tu drewniany domek, zamówiony w firmie z Narola – dodaje doktor Wojciech.

To na werandzie tego domku, przy stole wykonanym przez doktora, słucham opowieści o ogrodniczych pasjach państwa Machów, którzy na działce znajdują nie tylko wytchnienie i radość z pracy wśród roślin. – Ładujemy tu baterie, korzystamy z każdego dnia, kiedy pogoda pozwala uciec z miasta i pobyć tu, gdzie świat wydaje się piękniejszy. Poza tym tu jesteśmy stale w ruchu – podkreśla doktor Elżbieta. – Bo zawsze jest coś do zrobienia. To daje nam lepsze samopoczucie, siłę i zdrowie.

Kiedyś tej pracy było naprawdę dużo

– Wojtek tak kocha pomidory, że sadziliśmy tu nawet po 100 pomidorowych krzaków. Pracy było co niemiara przy samej uprawie a potem przy przerabianiu dojrzałych pomidorów. Proszę sobie wyobrazić, ile przecieru można otrzymać z takiej ilości tego warzywa – mówi doktor Elżbieta. – Ale potem jak cudownie jest zimą, kiedy za oknem mróz, jeść przygotowaną z nich zupę… – uśmiecha się doktor Wojciech.

W pewnym momencie jednak warzywa przestały dominować a na grządkach pojawiły się kwiaty. – Nasze ukochane, sadzone od lat kwiaty, to dalie. Czekamy z niecierpliwością na lipiec, kiedy zaczynają kwitnąć. Staramy się sadzić dalie w różnych kolorach i w ten sposób powstaje coś w rodzaju daliowego parawanu – opowiadają państwo Machowie. Rzeczywiście trudno oprzeć się urodzie tych pochodzących aż z Meksyku kwiatów, nazywanych też georginiami. Wśród wielu innych kwiatowych grządek uwagę zwracają m.in. hortensje, szałwie, nagietki, niecierpki i juki. Z własnych nasion wysiewane są wczesną wiosną cynie i dekoracyjne rabatowe aksamitki. Na werandzie pysznią się czerwone pelargonie

Czy działka i ogrodnictwo to sposób na przyjaźń? – Z pewnością wspólne pasje łączą ludzi, ale nasza trójka zna się od kilkudziesięciu lat. I nie poznaliśmy się na działce tylko na studiach na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Lublinie. Od tego czasu się przyjaźnimy, wspieramy i pomagamy sobie. – Odwiedzamy się też i podziwiamy nasze ogrody, wymieniamy się doświadczeniami i nowinkami ze świata roślin.

A zimą?

– Zimą czekamy na wiosnę! Nadrabiamy zaległości z lektur, znajdujemy czas na kino, spotkania z rodziną, znajomymi ale tak naprawdę… tęsknimy za czasem w ogrodzie i kolejnym sezonem w zieleni i kwiatach…

Brytyjska lekarka Sue Stuart‑Smith (jest psychiatrą i psychoterapeutką) w książce pt. „Kwitnący umysł” napisała:

„Ogród daje bezpieczną fizyczną przestrzeń, która pozwala wzmocnić umysł i zapewnia ciszę, dzięki której możemy usłyszeć własne myśli. Im bardziej zagłębiamy się w pracę fizyczną, tym bardziej czujemy się wewnętrznie wolni i zyskujemy przestrzeń, by uporządkować i przepracować swoje emocje. Teraz traktuję uprawianie ogrodu jako sposób na wyciszenie i odciążenie umysłu. Jakimś sposobem ten szum sprzecznych myśli w mojej głowie oczyszcza się i uspokaja, w miarę jak moje wiadro napełnia się chwastami. Pomysły znajdujące się w stanie uśpienia wychodzą na powierzchnię, a myśli, które nie były jeszcze uformowane, łączą się w całość i nieoczekiwanie nabierają kształtu. W takich chwilach mam poczucie, jakbym wykonując te wszystkie prace fizyczne, jednocześnie uprawiała ogród własnego umysłu”.