Wystarczy patrzeć i słuchać – zatrzymać się

z dr. n. med. Adamem Tarkowskim,
kardiologiem, elektrofizjologiem z Kliniki Kardiologii SPSK 4, fotografem przyrody,
rozmawia Anna Augustowska

  • Zacznijmy od pytania: co było pierwsze – oglądanie świata przyrody czy aparat fotograficzny, który stał się inspiracją i kluczem do portretowania fauny i flory?

– Zdecydowanie pierwsza była obserwacja. O tym, jak ciekawy i fascynujący jest las, łąka, park czy najbliższe, przydomowe drzewa i żyjące na nim ptaki, byłem uczony już od dziecka. To zasługa moich rodziców i naszych wspólnych wypraw, w czasie których zwracali naszą uwagę i pokazywali zwierzęta i rośliny. Uważam, że wrażliwość na otaczający świat wyniosłem z domu.

Nie pamiętam też, abyśmy w dzieciństwie wybierali się na nasze wycieczki z aparatem fotograficznym. To nie było wtedy najważniejsze. Liczył się sam kontakt z przyrodą.

  • To kiedy zaczął Pan fotografować?

– Dosyć późno, bo tak naprawdę dopiero przyjście na świat moich dzieci skłoniło mnie do sięgnięcia po sprzęt do fotografowania. Mijały lata i w zasadzie robiłem głównie tzw. zdjęcia rodzinne. Pomysł, aby obiektyw skierować na coś jeszcze, właśnie na świat przyrody, przede wszystkim na świat dzikich zwierząt, pojawił się stosunkowo niedawno.

  • I tak narodziła się pasja?

– Chyba mogę to tak nazwać. Po siatkówce, która przez całe lata bardzo mnie pochłaniała (byłem m.in. członkiem reprezentacji Akademii Medycznej w Lublinie kierowanej przez mgr. Andrzeja Welcza, która pod przewodnictwem naszego kapitana, obecnego profesora Łukasza Matuszewskiego, trzykrotnie z rzędu wywalczyła złote medale mistrzostw Polski), wyprawy z aparatem fotograficznym stały się ważną częścią mojego obecnego życia. Zacząłem zgłębiać tajniki fotografii przyrodniczej, poznawać sprzęt ułatwiający uzyskanie pożądanego efektu, czy chociażby zmniejszający narażenie na spotkanie z niepożądanymi towarzyszami takich wypraw – kleszczami i komarami. Niestety, jak dotychczas nie znalazłem sprzętu pozwalającego uniknąć porannego wstawania.

  • Patrząc na Pana zdjęcia widzę, że ten trud się opłaca – to wspaniałe ujęcia, niemal oko w oko z tajemnicą, bo chyba nigdy (i na szczęście) nie dowiemy się, co się kryje w oczach choćby tego wilka.

– To jedno z moich najmocniejszych przeżyć i najwspanialszych spotkań, jakie przeżyłem tropiąc zwierzęta. Ten wilk to samica (wadera). Rzeczywiście pozwoliła spojrzeć mi w swoje oczy. Nie bała się, była chyba też ciekawa. To było w marcu, rok temu w Poleskim Parku Narodowym. Wcześniej widziałem ją z samcem, który, jak się później okazało, nie był „czystym” wilkiem, ale hybrydą, krzyżówką wilka i psa. W badaniu tego faktu brali udział naukowcy, zajmujący się wilkami – prof. Sabina Nowak oraz prof. Henryk Okarma.

  • Teoretycznie każdy może podglądać zwierzaki – nawet zatwardziały mieszczuch – wystarczy, że wyjrzy przez okno, aby dojrzeć śpiewające ptaki, ale aby spotkać łosia, rysia czy młode lisy to już trzeba wiedzieć, gdzie iść. Chyba nie da się tak po prostu „ruszyć w las”?

– Dlaczego nie? Na początku tak robiłem. Często wystarczy właśnie wyjść z domu. Otworzyć oczy, nadstawić uszu, zatrzymać się. Może niekoniecznie od razu spotkamy wilka czy rysia, ale przecież wszystko co żyje jest fascynujące! Już na obrzeżach miast można spotkać np. bażanty, kaczki, nawet dziki, a lisy i łosie wchodzą do naszych miast. A ile ptaków mamy do obserwacji w naszych ogrodach czy na osiedlowych skwerach i w parkach. Naprawdę nie musimy od razu jechać do puszczy i rezerwatów.

  • Pan jednak wędruje po szlakach, na które zwykły turysta czy obserwator przyrody nie może wejść?

– Od kilku lat towarzyszem moich wypraw fotograficznych, przewodnikiem, skarbnicą wiedzy przyrodniczej, a także fotografem, którego osiągnięciom staram się dorównać, jest leśnik z Poleskiego Parku Narodowego Sławomir Wróbel. Dzięki jego pomocy udało mi się uzyskać zgodę dyrekcji Poleskiego Parku Narodowego na swobodne poruszanie się po parku i fotografowanie parkowej przyrody. Moje zdjęcia pojawiają się na oficjalnych profilach parku w mediach społecznościowych, część z nich przekazuję też do wykorzystania przez park w formie publikacji. Sam nie publikuję ich nigdzie. Nie zgłaszam do konkursów. Zdjęcia powstają jako uwiecznienie kontaktu z przyrodą, konkretnego momentu, który zapada w pamięć. Nie są poddawane istotnej obróbce, czemu jestem przeciwny. Są nadal fotografią, a nie grafiką powstającą w komputerze.

  • Wymarzone zdjęcie?

– Oczywiście dopiero jest przede mną! Jedno z nich to zdjęcie niedźwiedzia. Ten największy polski drapieżnik nie występuje w naszych rejonach. Jego sfotografowanie wymaga dalszej wyprawy i odpowiednich przygotowań, w tym uzyskania odpowiednich zgód. Nie można pominąć też sprawy własnego bezpieczeństwa. Naturalnym kierunkiem tego rodzaju wypraw są bieszczadzkie puszcze. Już nawet odbyłem wyprawę, aby sfotografować misia. Oczywiście z przewodnikiem z lasów bieszczadzkich, który mnie i kolegę zaprowadził w najdziksze zakątki, gdzie podobno ludzka stopa nie staje. Wszystko było przygotowane, miś miał się pojawić pod wieczór. Czekaliśmy w napięciu… I wtedy spomiędzy zarośli wyłoniła się… grupka kompletnie pijanych obywateli. Jak tam dotarli? Chyba się nie dowiemy.

  • Tyle rozmawiamy o zwierzakach i ich pięknie, tak fascynująco o tym Pan opowiada – muszę więc zapytać, skąd pomysł na medycynę?

– Szczerze? Nie wiem. Pewnego dnia oświadczyłem w domu, że idę na medycynę, czym wywołałem niemałe poruszenie. W mojej rodzinie nie było tradycji medycznych. Chodziłem do klasy o profilu matematyczno‑fizycznym i chyba początkowo myślałem o politechnice. Być może zdecydował o tym pewien przykry dla mnie epizod, kiedy po kontuzji nogi (mecz siatkówki) miałem wyjątkowo fatalne spotkanie z lekarzem? Ostatecznie wybrałem kierunek lekarski. Kardiologia urzekła mnie na studiach. Już w trakcie pracy w Klinice Kardiologii zafascynowała mnie elektrofizjologia, czyli mówiąc wprost zabiegowe podejście do leczenia zaburzeń rytmu serca. Po szeregu szkoleń i staży, zarówno polskich jak i zagranicznych, od 2006 roku wykonuję zabiegi w Pracowni Elektrofizjologii, kierowanej przez dr. hab. n. med. Andrzeja Głowniaka. W klinice zajmuję się całym obszarem elektrofizjologii w zakresie diagnostyki i leczenia arytmii nadkomorowych i komorowych, zarówno o charakterze wrodzonym, jak i nabytym. Fascynujący jest rozwój technologii, ułatwiający uzyskanie najkorzystniejszego dla pacjenta efektu zabiegu. Przypomina to trochę obserwację rozwoju technologii sprzętu fotograficznego. W jednym i drugim wypadku za efekt końcowy odpowiada człowiek, potrafiący te narzędzia odpowiednio wykorzystać. W jednym i drugim wypadku zapadają w pamięć konkretne momenty.

  • Co by Pan radził osobom, które zachęcone naszą rozmową chwycą za aparat i ruszą w poszukiwaniu przyrody?

– Chyba żeby uważały, bo to bardzo wciąga. Tak naprawdę bardziej od supersprzętu liczą się chęci i zmysł obserwacji. Na początku wystarczy dobra lornetka. Warto też zacząć czytać i pogłębiać wiedzę o zwyczajach zwierząt. To bardzo ważne, bo wiedza ułatwia znalezienie miejsc i sytuacji, kiedy zwierzaki stają się dla obserwatora bardziej łaskawe. Wiedza ta pozwala również unikać niepotrzebnego niepokojenia zwierząt w okresach dla nich ważnych, m.in. w okresie rozrodu czy karmienia młodych. W etycznej fotografii przyrodniczej, tak jak w medycynie, obowiązuje zasada „Primum non nocere”.

  • Acierpliwość?

– Trzeba ją mieć. I w medycynie, i w fotografii. Fotografowanie zwierząt to zwykle godziny czatowania. Trzeba usiąść, patrzeć i słuchać.

Z ostatniej chwili

– Bieszczady. Połowa lipca. Pochmurne późne popołudnie. Tuż po deszczu. Na leśnej polanie panuje cisza. Słychać tylko nieznośne bzyczenie. Komary ruszają do ataku.

Bez najmniejszego ostrzeżenia, bez dodatkowych dźwięków po drugiej stronie polany pojawia się ON.

Niedźwiedź. Młody samiec. Na oko 3‑4 lata. Chwilę stoi bez ruchu. Rozgląda się, węszy. Wychodzi na otwartą przestrzeń. 50 m, 40 m… Zbliża się.

W takiej sytuacji trudno skupić się na kadrowaniu, doborze odpowiednich parametrów ekspozycji. Trudno również powstrzymać drżenie rąk. Zwierzak nagle zatrzymuje się. Podnosi głowę do góry. Węszy. Zaniepokoił go nieznany zapach. Niespiesznie odchodzi.

Z tego spotkania pozostaną niezapomniane wspomnienia oraz zdjęcia – wymarzone!