W pracy mamy pralkę z suszarką

z Zuhairem Salameh,
chirurgiem ze szpitala w Świdniku i lekarzem pogotowia ratunkowego,
rozmawia Anna Augustowska

  • Jest strach?

– Jest, oczywiście, że jest. To najdotkliwsza zmiana, jaką w mojej pracy wywołała pandemia. Nigdy wcześniej, a pracuję w pogotowiu ratunkowym ponad 20 lat, nie czułem tylu obaw i niepewności jak teraz, kiedy jadę do wezwania.

  • Czy to znaczy, że pacjenci oszukują?

– Mimo wprowadzonych procedur i szerokiej kampanii informacyjnej mówiącej, kiedy i w jakich sytuacjach należy wzywać karetkę, ludzie chyba ze strachu, potrafią okłamywać dyspozytorów. W efekcie teraz już zawsze każdy wyjazd traktujemy jak wyjazd do osoby zakażonej wirusem SARS‑CoV2.

Bo jak przewidzieć, że pacjent, który zgłasza kaszel i gorączkę jest tylko przeziębiony? Mamy więc zawsze w karetce zestawy pełnej ochrony osobistej, czyli kombinezony, gogle, rękawiczki itd., bo są takie wyjazdy, kiedy ubieramy się w ten strój już pod domem chorego. Dzieje się tak, kiedy jedziemy do osoby, która przy zgłoszeniu ukrywa pewne objawy i przyznaje się do nich dopiero, jak stoimy z karetką pod oknem. Ludzie się boją, że pomoc nie przyjedzie albo przyjedzie i od razu zostaną zabrani do szpitala w Puławach. Na hasło Puławy wpadają w rozpacz – nikt tam nie chce jechać!

  • Co jeszcze zmieniła epidemia?

– Wprowadzono obowiązek dezynfekcji karetek po każdym wyjeździe. Pacjent, do którego przyjeżdżamy, musi teraz nałożyć maseczkę i czekać aż przeprowadzimy z nim wywiad w odległości 2 metrów od zespołu medycznego. Ludzie chorują tak jak zawsze – zawały serca, udary, zasłabnięcia, ofiary wypadków. Potrzebują szybkiej pomocy to oczywiste i my jej udzielamy. W obecnej sytuacji, kiedy szaleje epidemia, pracownicy medyczni są najważniejszym ogniwem łańcucha chroniącego społeczeństwo. Jednak sami też musimy czuć się bezpiecznie. Poza tym my też możemy zakażać innych – nasza praca to ciągły kontakt z SOR‑ami, izbami przyjęć, wieloma ludźmi itd. Na szczęście nie brakuje nam sprzętu ochronnego. Mamy też w stacji pogotowia do dyspozycji pralkę z suszarką i to nam pozwala prać na miejscu w pracy odzież, co jest wielkim udogodnieniem, bo dyżurujemy nawet po 36 godzin bez przerwy. Tak się dzieje, kiedy ktoś z nas musi udać się nagle na kwarantannę.

  • Z tego też powodu ma Pan w pracy spakowaną walizkę?

– Nigdy nie wiadomo, czy nie będę musiał „zniknąć” na dwa tygodnie – liczę się z tym każdego dnia, dlatego mam spakowane najważniejsze rzeczy. Obawiam się przeniesienia infekcji do domu. Dlatego kwestia powszechnego dostępu do testów wykrywających zakażenie koronawirusem jest bardzo ważna. Zwłaszcza dla pracowników mających bezpośredni kontakt z osobami zakażonymi.

  • Od ilu lat mieszka Pan w Polsce?

– W 1987 roku ukończyłem studia na Wydziale Lekarskim na lubelskiej Akademii Medycznej i od tej pory tu żyję i pracuję. Jestem chirurgiem ogólnym w szpitalu świdnickim i lekarzem pogotowia ratunkowego w Świdniku i Bychawie. Urodziłem się w Jordanii, dzisiaj ta część należy do Palestyny.