Troska o pacjentów to główny cel mojej pracy

z dr. n. med. Ryszardem Grzywną,
kierownikiem Oddziału Kardiologii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego
im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Lublinie,

rozmawia Jerzy Jakubowicz

  • Jest Pan kardiologiem. Jakie były przyczyny tego wyboru? Znając blaski i cienie swojej decyzji, czy ponownie dokonałby Pan tego wyboru?

– Medycyna nie była moim pierwszym wyborem. W początkowych klasach LO im. Jana Zamoyskiego w Lublinie byłem zafascynowany matematyką i fizyką. Nie było wówczas jeszcze klas sprofilowanych, aczkolwiek „Zamoy” uznawany był za szkołę o profilu mat.‑fiz.‑chem. Początkowo więc myślałem o studiach na Politechnice Warszawskiej. Dopiero w trzeciej klasie wciągnęła mnie chemia. Było to za sprawą prof. Stanisława Górzyńskiego, słynnego „Rury”. Wyróżnienie na centralnym etapie olimpiady chemicznej spowodowało zmianę mojego wyboru i medycyna, która zanurzona jest w chemii, a jednocześnie bardzo wielowymiarowa, przechyliła szalę. Wybór kardiologii także nie był oczywisty. Początkowo myślałem o endokrynologii (dużo biochemii). Natomiast w trakcie stażu podyplomowego trafiłem do Kliniki Kardiologii i już wiedziałem, że tam chcę pracować. Dość szybko dołączyłem do zespołu hemodynamicznego, którego szefem był śp. dr Waldemar Rumiński i zauważyłem, że znowu powróciłem do fizyki, bowiem takie działy kardiologii jak hemodynamika, elektrofizjologia, bazują w większości na pojęciach z zakresu fizyki. Po czterdziestu latach pracy oceniam, że zarówno pierwszy wybór, a następnie każde kolejne zmiany pracy były dla mnie korzystne.

  • Przez wiele lat był Pan najbliższym współpracownikiem dr. Waldemara Rumińskiego, ordynatora Oddziału Kardiologii szpitala przy al. Kraśnickiej. We wniosku o przyznanie Panu odznaczenia Laur Medyczny, Wasi uczniowie i współpracownicy napisali: „Stworzyli Oddział Szpitalny, który pracownicy traktowali jak drugi dom, a pacjenci darzyli jego personel wielkim zaufaniem”.

– Oddział Kardiologii powstał 24 lata temu. Początki były trudne – braki w aparaturze, małe kontrakty. Mieliśmy natomiast z Waldkiem szczęście do ludzi – młody, ambitny zespół pielęgniarek i lekarzy. Oprócz wiedzy medycznej, próbowaliśmy przekazać im ważne przesłanie dotyczące dobra wspólnego. W następnych latach oddział rozwijał się i obecnie stanowi wysokospecjalistyczny ośrodek, wykonujący większość zabiegów z zakresu kardiologii interwencyjnej oraz elektroterapii. Od ponad 10 lat oddział zajmuje się też diagnostyką i leczeniem rzadkich schorzeń krążenia płucnego, będąc jednym z czołowych ośrodków w Polsce.

  • Trudno o piękniejszą, ale jakże zasłużoną ocenę Pana dalszej pracy, dokonaną przez współpracowników i uczniów: „Troska o zdrowie i życie pacjentów to główny cel Jego pracy. Jest zawsze życzliwy i pełen szacunku dla innych ludzi. Pacjentom zawsze poświęca tyle czasu, ile wymaga stan ich zdrowia. Znajduje też czas dla potrzebujących wsparcia kolegów z pracy. Jest człowiekiem o ogromnej kulturze osobistej i holistycznym spojrzeniu na medycynę, profesjonalistą i prawdziwym autorytetem w dziedzinie kardiologii”.

– Bardzo sobie ceniłem współpracę z koleżankami i kolegami, również z tymi najmłodszymi – rezydentami. Większość pacjentów leżących w oddziale to przypadki typowe. Jednak zawsze jest kilku chorych trudnych i wówczas odbywały się konsylia, w trakcie których ustalaliśmy odpowiedni sposób postępowania. Czasami zmieniałem swój pierwotny plan działania, można było mnie przekonać.

  • Okręgowa Rada Lekarska w Lublinie jednomyślnie poparła wniosek o przyznanie Panu Lauru Medycznego jako wyrazu wielkiego uznania dla Pana jako Lekarza i Nauczyciela. Pana odejście z pracy w tak trudnym okresie dla całej ochrony zdrowia jest wielką stratą – i dla pacjentów, i dla współpracowników.

– Nie ma ludzi niezastąpionych. Jestem przekonany, że oddział dalej będzie utrzymywał wysoki poziom. Zbliżająca się emerytura jest dla mnie wyzwaniem. Nie wyobrażam sobie bezczynności medycznej, ale ta działalność będzie przebiegać w nieco wolniejszym tempie. Ale poza tym wyzwaniem będą wnuki. Postanowiłem, że nauczę je jeździć na nartach. Pięcioletnia Ala już za niespełna rok powinna wykonać pierwszy szus, natomiast półtoraroczny Kacper i trzymiesięczna Kasia muszą jeszcze nieco poczekać

  • Nie wszyscy wiedzą, że Pana drugą (po medycynie) wielką pasją w życiu były góry. Zdobył Pan uprawnienia przewodnika górskiego.

– Egzamin zdałem na trzecim roku studiów, a poprzedzony był rocznym kursem przewodnickim, organizowanym przez Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich. Naszym terenem uprawnień są Bieszczady i Beskid Niski. Prowadziliśmy obozy wędrowne po terenie uprawnień oraz w Karpatach rumuńskich. Później były inne góry Europy, trekking dookoła Annapurny i 8 lat temu ponownie Himalaje, tym razem indyjskie, a dokładniej Ladakh i Zanskar. Innym, ważnym dla mnie środowiskiem turystycznym jest Koło Pracowników Nauki PTTK, którego prezesem jestem od prawie 30 lat. Koło powstało w 1983 roku, a jego skrót, czyli KPN, miał wówczas swoją wymowę, kojarzono go z Konfederacją Polski Niepodległej, a jednocześnie dowcipnie i jednoznacznie wskazywał, że skupieni tu ludzie nie czują się zniewoleni przez stan wojenny. W kole znaleźli się pracownicy wyższych uczelni Lublina zaangażowani w działalność opozycyjną, przede wszystkim NSZZ „Solidarność”.