Środa

Przede mną najspokojniejszy (najczęściej) dzień w tygodniu. Czas na zaległości papierowe i szybką naukę „e‑rzeczywistości”. A dzieje się dużo. E‑recepty piszemy już dawno, ale zamiast lepiej jest gorzej, system e‑wuś ciągle się zawiesza, niekiedy także z naszej winy. Na przykład wczoraj rano, system przez godzinę nie działał, bo informatyk zapomniał zmienić hasło, a stare wygasło. Zanim doszliśmy o co chodzi, minęła godzina. Pięciu lekarzy, co 10 minut pacjent, plus ci nie umówieni na godzinę, czyli około 40 wściekłych osób. Przeżyliśmy, ale było nerwowo.

Dzisiaj zaczynam dzień od wizyty męża pacjentki z urazem kręgosłupa. Leżała w szpitalu na oddziale ortopedyczno‑urazowym, dostała poszpitalne skierowanie do poradni, została nawet do tej poradni zapisana na wizytę (tydzień od wyjścia ze szpitala). Super. Mąż przyszedł „TYLKO” po skierowanie na transport. Wytłumaczyłam, że niestety zgodnie z przepisami skierowanie wydaje lekarz kierujący do poradni i trzeba wrócić do szpitala.

Chwilę później odbieram telefon od syna naszego pacjenta, z informacją, że złoży na nas skargę. Okazało się, że przyszedł wczoraj do ojca i znalazł go martwego, zadzwonił do przychodni i zgłosił zgon, został poinformowany, żeby czekał – lekarz przyjdzie za 2‑3 godziny. Koleżanka poszła po ok. 3 godzinach i nikt jej nie otworzył drzwi, pukała, dzwoniła bez skutku. Po następnej godzinie pan zadzwonił z informacją, że czeka na lekarza. Twierdzi, że nigdzie na długo nie wychodził. Otrzymał informację, że lekarz przyjdzie, ale dopiero po godz. 18, bo teraz przyjmuje chorych pacjentów i nie może opuścić przychodni. Po godz. 18 syn już nie odbierał telefonu a dzisiaj składa skargę. Pytanie kto miał obowiązek stwierdzić zgon? Nikt nie miał obowiązku, ale oczywiście dobrowolnie mógł to zrobić każdy lekarz.

Przygotowywana „Ustawa o stwierdzaniu, dokumentowaniu i rejestracji zgonów” przewiduje, że lekarz POZ ma stwierdzać zgon każdego pacjenta do siebie zapisanego, prawie zawsze i wszędzie, nawet tego kto zginął w katastrofie lądowej. Jedyny warunek, to zmarły, w chwili zgonu ma przebywać na terenie gminy, w której pracuje lekarz. Wielokrotnie lekarze mają pacjentów z kilku sąsiednich gmin – o tym nikt nie pomyślał. Będzie to też praca na czas – od 2 do 4 godzin na wykonanie od momentu zgłoszenia. Nie ma znaczenia, że w przychodni czekają chorzy pacjenci – lekarz ma jechać, stwierdzić zgon i zapewnić transport zwłok. Zgodnie z umową z NFZ, lekarz w godzinach zakontraktowanych ma być w przychodni i leczyć chorych. Potrzebna przynajmniej bilokacja. Ten, kto to pisał jest według mnie tak oderwany od rzeczywistości, jak to tylko możliwe. Upchnięcie wszystkiego, co komu przyjdzie do głowy „do kompetencji lekarzy rodzinnych”, „bezkosztowo” zaczyna być normą. Stwierdzenie zgonu to czynność administracyjna i powinien to robić koroner. W większości cywilizowanych krajów świata tak jest. Kto to ma być to kwestia decyzji, jakie ma mieć uprawnienia, szkolenia czy specjalizacje jest do ustalenia. Lekarz POZ powinien ewentualnie, jak każdy inny, udostępniać dokumentację medyczną, jeżeli ją posiada. Kto ma płacić za czynności administracyjne (tu się nie da bezkosztowo), to też nie jest sprawa służby zdrowia, tylko administracji publicznej. Porozumienie Zielonogórskie do projektu ustawy zgłosiło tyle poprawek, że chyba lepiej napisać nową ustawę. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś rozsądny, kto te wszystkie argumenty weźmie pod uwagę. Czy ktoś posłucha tych, co konkretne problemy i sytuacje znają z własnej praktyki a nie teoretycznie? Nadzieja umiera ostatnia.

Wrócił mąż pacjentki ze szpitala z informacją, że Pan Doktor kazał mu napisać na nas skargę do NFZ, że nie chcemy dać skierowania na transport. Dzwonię na oddział (numer mam na karcie informacyjnej pacjentki). Tłumaczę o co chodzi, Pan Doktor zdziwiony, że to ich obowiązek. Nie wiedział o tym. Umawiamy się, że odeślę męża pacjentki bezpośrednio do niego i skierowanie wypisze. Naprawdę trzeba na siebie skarżyć do NFZ, telefon działa w obie strony. Rozumiem brak czasu, zabieganie, biurokrację, coraz więcej obowiązków durnych i niepotrzebnych, ale pomyślmy o szacunku do samych siebie. Na pewno wielokrotnie jest odwrotnie i ja nie mam racji, ale zawsze staram się sprawdzić przepisy albo przynajmniej zapytać kogoś, kto może wie więcej ode mnie. Szanujmy się wzajemnie, bo jak widać wokół, nikt za nas tego nie zrobi, a dla szeroko pojętej władzy, mediów, JESTEŚMY DYŻURNYM CHŁOPCEM DO BICIA. Próbujmy zaoszczędzić sobie tego nawzajem.

Miał być spokojny dzień…, ale może jutro będzie lepiej.

Wioletta Szafrańska‑Kocuń