Spółdzielnia „Lekarz”. Pionierzy czasów PRL-u

Właśnie mijają 60. urodziny lubelskiej Lekarskiej Spółdzielni Pracy „Lekarz”. Choć placówka nie doczekała swojego święta, koniecznie trzeba ją przypomnieć, bo była pionierskim przedsięwzięciem w Lublinie czasów PRL‑u.

– Dużym wydarzeniem w lubelskiej służbie zdrowia jest uruchomienie spółdzielni lekarskiej „Lekarz”. Ta nowa placówka wywołała w naszym mieście zrozumiałe zainteresowanie. Mimo iż czynna jest zaledwie parę dni, odwiedziło ją już ponad 100 osób. Ale nie tylko niskie opłaty – 30 zł za wizytę – są magnesem, który przyciąga pacjentów. O powodzeniu spółdzielni decyduje jakość usług. Warto przy tym zaznaczyć, iż istnieje tu od dawna lansowany tzw. wolny wybór lekarza – informował 19 października 1960 roku „Kurier Lubelski” opisując działającą w gmachu Wojewódzkiego Związku Spółdzielczości Pracy przy ul. Szopena (róg Solnej) placówkę.

Personel lekarski tworzyli specjaliści I i II stopnia.

– O ile na prywatną praktykę lekarską patrzono „krzywym okiem”, to ówczesne władze zgodziły się na założenie takiej placówki służby zdrowia w ramach ogólnopolskiego związku spółdzielni pracy. Byliśmy na takiej samej zasadzie prawnej jak związek fryzjerów, szewców czy krawców. Nasz pomysł okazał się znakomity. Wyczułem, że taka placówka służby zdrowia ma pewną przyszłość i zaangażowałem się mocno w jej organizację – wspominał w swoim dzienniku nieżyjący już doktor Lucjan Ważny. To on, wspólnie z siedmioma innymi lekarzami, założył lubelską spółdzielnię.

Złożyli się, by stworzyć wkład pieniężny na zakup najpotrzebniejszego sprzętu.

– Zatrudniliśmy pielęgniarkę, kasjerkę i sprzątaczkę. Bez robienia reklamy lekarze lubelscy dowiedzieli się o powstaniu przychodni i zaczęli się do mnie zgłaszać. Wkrótce mieliśmy ich już około 30. Trzeba było pomyśleć o walnym zebraniu, aby zgodnie ze statutem wybrać władze spółdzielni. Na zebraniu byli wszyscy pracownicy, władze z Wojewódzkiej Spółdzielni Pracy i oczywiście przedstawiciel Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Specjalnie zaproszeni zaszczycili nasz „zjazd” profesorowie Akademii Medycznej: prof. Feliks Skubiszewski, prof. Stanisław Liebhart i prof. Tadeusz Krwawicz. Zostałem wybrany na przewodniczącego Rady Spółdzielni – relacjonował dr Ważny.

Jak wyliczał reporter codziennej lubelskiej popołudniówki, w gabinecie chirurgicznym przyjmowała dr Fijałkowska, w internistycznym dr Wielicki, w ginekologicznym cytowany dr Ważny i Boczkowski. W laryngologicznym dr Misiewicz, pediatrycznym dr Wąsowska i dr Urbańska i wielu innych.

Przy spółdzielni czynne było laboratorium analityczne, które wykonywało badania krwi i moczu. Jak zapowiadał artykuł, w ciągu dwóch tygodni planowano uruchomienie aparatu rentgenowskiego.

– W 1960 roku i do połowy 1961 byliśmy na deficycie. Dopiero pod koniec 1961 roku stanęliśmy na nogi i mieliśmy zysk. Od 1962 roku zaczęliśmy dobrze zarabiać. Następne lata to był potężny rozwój. Powstawały nowe filie. Połączyliśmy się z istniejącą już spółdzielnią pracy stomatologów przy ul. Młyńskiej. Zatrudniliśmy tam oprócz dentystów wielu lekarzy medycyny. Założyliśmy filie przy ul. 1 Maja, później na Kowalskiej i Sympatycznej. Powstały w Białej Podlaskiej, Radzyniu, Parczewie, Puła­wach, Kraśniku, Chełmie, Dęblinie, Zamościu, Kras­nym­stawie, Świdniku. W najlepszym okresie lat 60. i 70. zatrudnialiśmy ponad 400 lekarzy medycyny i stomatologów – wyliczał w swoim pamiętniku doktor Lucjan Ważny.

– To była pierwsza placówka poza tak zwaną państwową służbą zdrowia i cieszyła się dużym powodzeniem. Większość personelu lekarskiego stanowili lekarze ze Szpitala Wojskowego i dopiero z czasem pojawiało się coraz więcej z innych placówek. Pracowałem w spółdzielni w latach 70., 80. i 90. przy ul. Solnej w Lublinie i w Świdniku – wspomina pediatra dr Wojciech Mach, emerytowany ordynator Oddziału Dziecięcego w Świdniku.

Dziś spółdzielni nie ma. Z zapisków nieżyjącego już członka zarządu można wyczytać dlaczego.

– Zaczęła rozwijać się administracja, co bardzo powiększało wydatki. Drożała też dzierżawa lokali. Trzeba było się unowocześniać, a sprzęt medyczny był coraz droższy. Wydatki i podatki były coraz większe. W latach 70. pacjentki płaciły za wizytę 50 zł, a ja otrzymywałem 14. Był to jednak niezły zarobek. W latach 80.‑90. zarabiało się stosunkowo coraz mniej, bo rosły wydatki, a i konkurencja była coraz większa. Po 2000 roku zaczęły się nieporozumienia i spółdzielnia zaczęła powoli upadać – wspominał ginekolog, który rozstał się z „Lekarzem” wiosną 2006 roku.

(jkg, aa)
Fot. Iwona Burdzanowska