Piątek

Kończy się kolejny tydzień walki z zarazą. Wszyscy zmęczeni, znękani, atmosfera jak na wojnie. My mamy dość, pacjenci mają dość. Teleporady w teorii wyglądają dobrze, gorzej w praktyce.

Przyszła do mnie koleżanka z pytaniem, czy może wypisać zwolnienie pacjentowi, który twierdzi, że ma biegunkę od kilku godzin i nie może pójść do pracy. Pytam się jej, co by zrobiła, jakby przyszedł do przychodni, jakby sprawdziła czy mówi prawdę. Pośmiałyśmy się obie i napisała zwolnienie. Odebrałam telefon od pracodawcy, który nakrzyczał na mnie, że wypisałam zwolnienie jego pracownikowi na „katar” już drugi raz w tym miesiącu. Nie wiem skąd wiedział na co, bo pracodawca nie ma takiej informacji. Próbowałam z nim rozmawiać, mówiłam o RODO i innych ograniczeniach w udzielaniu informacji o danych wrażliwych. Ale krzyczał sobie dalej, łącznie ze straszeniem sądem o zwrot poniesionych na zasiłek chorobowy wydatków. Trochę go rozumiem, wykrzyczał, że prowadzi szkołę językową i nie ma kto prowadzić lekcji on‑line a utrzymanie firmy kosztuje. Chciałam mu powiedzieć, że to nie ja jestem jego pracownikiem, ale nie dał mi dojść do głosu.

Są też całkiem śmieszne sytuacje, wczoraj rano po przyjściu do przychodni poczułam mocny zapach bimbru, z dużą podejrzliwością popatrzyłam na swoich współpracowników. Okazało się, że nie tylko ja wykazałam się podejrzliwością, koleżanki też. Winnym okazał się płyn dezynfekcyjny, który śmierdział paskudnym bimbrem. Zmieniliśmy butelki i odstawiliśmy go na „czarną godzinę”. Ogromnym problemem są telefony od pacjentów proszących o zaświadczenie, że nie mogą nosić maseczek. Tak przyzwyczailiśmy ludzi (szczególnie różnego rodzaju urzędy) do różnego rodzaju zaświadczeń, że trudno jest wytłumaczyć brak możliwości zwolnienia na podstawie zaświadczenia. Rozporządzenie mówi, kto nie musi nosić maseczek jak np. dzieci do 4 roku życia, ale nic o zaświadczeniach nie wspomina. Mimo informatyzacji, e‑recept, e‑zwolnień, kwit z pieczątką jest dalej nie do zastąpienia. Pewna dyrektor żłobka też się uaktywniła i wymaga od rodziców zaświadczeń, że dziecko jest zdrowe i nie ma koronawirusa. Jak mam to określić na podstawie badania lekarskiego? Tego nie wie nikt. Profilaktycznych testów dzieciom przecież nikt nie robi.

Zaczynamy szczepić dzieci, szczególnie maluchy, urodzone tuż przed lub już w czasie epidemii, zamieszanie z tym ogromne. Niektórzy rodzice rozumieją sytuację, przychodzą pojedynczo (a nie całą rodziną jak dotychczas), akceptują krótkie badanie i odpowiedzi na ewentualne pytania przez telefon. Ale są i tacy, którzy pytają, czy dostaną do wglądu testy wszystkich pracowników przychodni, że są zdrowi. Oczywiście takowych nie posiadamy, więc nie szczepimy.

Najbardziej stresujące są telefony do seniorów. Izolacja w wielu wypadkach ludzi samotnych to straszna sprawa. Mają świadomość konieczności takiego postępowania, ale prawie razem płaczemy w trakcie rozmowy. Pytamy o leki, czy się nie skończyły, o zakupy – czy ma kto zrobić, o samopoczucie. Tęsknota za normalnością dominuje w tych rozmowach. Pytanie jest czy jeszcze kiedykolwiek będzie normalnie, tzn. tak jak przed pandemią. Mam wrażenie, że taka normalność już nie wróci. Ceny odzieży ochronnej poszybowały w górę i nie chcą spadać, przyjęcie jednego pacjenta to cena ok. 20 złotych na ubranie jednej osoby, a jak szczepienie to jest lekarz i pielęgniarka. Czy damy radę to wytrzymać ? Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Na pewno doceniamy to, co mieliśmy wcześniej, kontakt z pacjentem, jego rodziną bez poczucia strachu z jednej lub drugiej strony. Cieszę się, że mamy e‑recepty i e‑zwolnienia i nie wyobrażam sobie, co by było bez tego, jak byśmy pracowali. Czas kończyć TEN RAPORT Z CZASÓW ZARAZY i odpocząć.

Wioletta Szafrańska‑Kocuń