Pan doktor zaleca: ochędóstwo

O zgubnym owijaniu dzieci w pazłotko. Jeszcze gorszych skutkach prania w potoku ubrań chorego na tyfus. Gdyby w czasach doktora Brzezińskiego przyznawano nagrody za popularyzację wiedzy z zakresu ochrony zdrowia, ten absolwent warszawskiej uczelni i praktykant paryskich klinik, byłby ich wielokrotnym laureatem.

Jest rok 1908. W Krakowie skandal, w Teatrze Miejskim Irena Solska osłonięta tylko tiulem i włosami gra w sztuce o lady Godivie. W Londynie 25 tys. sufrażystek demonstruje, żądając prawa głosu dla kobiet. W Boliwii giną dwaj bandyci – Butch Cassidy i Sundance Kid. A w Warszawie uruchomiono pierwszą elektryczną linię tramwajową i ukazała się 40‑stronicowa książeczka, w której autor radził jak żyć.

Żyjątka, czyli mikroby

Broszurka „Ochędóstwo jako główny warunek zdrowia” wprowadza w świat drobnych żyjątek, które znajdują się wszędzie. – Żyjątka te, czyli mikroby, są ogromnie żarłoczne i mogą się tylko tam mnożyć, gdzie mają dostateczną ilość pożywienia. W brudnej wodzie, w gnojówce, w brudnym garnku, na brudnym palcu pod paznogciem pożywienia nie brakuje, bo właśnie brud to dla nich największy specjał – tłumaczy jak kilkulatkom doktor Józef Kalasanty Brzeziński, wówczas 40‑letni lekarz, praktykujący w Zawierciu.

– Gdyby nie było mikrobów, wszystkie ciała zmarłych ludzi i zwierząt od początku świata aż do dnia dzisiejszego leżałyby wyschnięte, ale nie zgniłyby; na powierzchni ziemi te ciała i rośliny tworzyłyby olbrzymie stosy, zalegające wszystkie grunta. Chociaż więc gnicie jest tak niemiłe dla naszego oka i nosa, jednak jest zjawiskiem dobroczynnem – obrazowo przedstawiał procesy zachodzące w przyrodzie.

Na plus mikrobom przypisywał kiszenie kapusty i ogórków. By przejść do ich wad – działania chorobotwórczego – wymieniał tyfus, cholerę, ospę, szkarlatynę, suchoty.

Część ciała żywego

Tłumaczył, że mikroby mogą przenikać przez skórę, płuca przy oddychaniu, przez żołądek wraz z wypitą wodą lub spożytym pokarmem. – Tą czy ową drogą mikroby dostają się do krwi i wszelkiemi siłami starają się tam rozmnożyć i rozgospodarować. I biada temu człowiekowi, u którego zdołają tego dopiąć. Krew ludzka nie jest zwyczajnym martwym płynem, jak woda, czy atrament. To część ciała żywego, sama żyjąca, jak mózg, mięśnie lub żołądek. Krew swemi siłami życiowemi broni się od tych napastników. Tylko gdy człowiek jest nadmiernie zmęczony pracą, przygnębiony smutkiem lub przeziębiony, krew traci swoje siły obronne – pisze doktor, zapewne myśląc o swoich słabo wykształconych czytelnikach.

Zdaniem Józefa Brzezińskiego, najprostszym i najskuteczniejszym środkiem walki jest ochędóstwo, czyli utrzymywanie w czystości ciała, odzieży, mieszkania, sprzętów itd.

Aniołki pomdlały

W rozdziale poświęconym myciu ciała przytacza zasłyszaną opowieść, która ma uzmysłowić mechanizm działania skóry i to jak ważna jest jej czystość. – Podczas pewnej uroczystości kościelnej wybrano kilkoro ładnych dzieci, które miały przedstawiać aniołków i w tym celu oblepiono ich ciała złotym papierem. Najniespodziewaniej jednak, zanim uroczystość się zaczęła, dzieci pomdlały i musiano czemprędzej uwolnić je od nalepionego papieru dla uratowania od niechybnej śmierci – relacjonuje i przechodzi do morału: Jeżeli skóra pokryta jest grubą warstwą brudu, to, rzecz prosta nie może dobrze wydzielać potu i tłuszczu, a człowiek przez to jest bladym i słabym.

Plica polonica

Nie mieliśmy w czasach pana doktora, który urodził się w 1868 roku a zmarł w 1937, dobrych notowań za granicą.

– Często się przytrafia, że gdy ludzie idą do Prus na zarobek, to żandarmi pruscy każą im się myć, a potem ich okadzają, niby to dlatego, żeby choroby jakiej do Prus nie zawlekli. Gdyby w każdej gminie była kąpiel, gdzie każdy za parę groszy mógłby się porządnie wymyć, to byśmy takiego wstydu nie mieli – uważa propagując urządzanie takich miejsc gdzie tylko można. Wydatek szacował na kilkaset rubli, radząc natryski, a nie wanny czy kąpiel parową.

Gorzej, bo „chorobą polską” nazywano wówczas kołtun. – Według pojęć ludu naszego kołtun (plica polonica) jest chorobą ogólną: łamie on kości, rzuca się na wnętrze lub na oczy a wreszcie wchodzi we włosy. Jeżeli chory wyczeka rok i sześć niedziel i zdejmie plikę przy zachowaniu odpowiednich przepisów, na zawsze pozbywa się choroby. Toteż ludzie starają się przy różnych cierpieniach zapuścić plikę we włosach, by pozbyć się choroby wewnętrznej. Wielu lekarzy, a szczególnie dr Dobrzycki z Warszawy, poświęciło wiele czasu i pracy na zbadanie kołtuna i przekonali się, że to jeden z najszkodliwszych przesądów – zapewnia Brzeziński, zalecając codzienne używanie grzebienia i raz w tygodniu mycie głowy.

Zawiercie z czasów gdy pracował w nim Józef Kalasanty Brzeziński. Na zdjęciu z 1912 roku prace przy utwardzaniu ulicy.

O, matko

Duży nacisk kładzie na utrzymywanie w czystości ubrań i bielizny. Przestrzega przed kupowaniem odzieży z drugiej ręki, bo ich poprzedni właściciele mogli umrzeć na chorobę zakaźną. Podaje instrukcję, jak należy się zachowywać mając w domu osobę chorą. Przytacza historię wsi, której mieszkańcy zaczęli chorować, bo korzystali z wody z potoku, w którym prano rzeczy chorych mieszkańców z miejscowości położonej wyżej. Ciekawe czy to kolejna lekarska historyjka dydaktyczna, czy faktycznie do czegoś takiego ponad sto lat temu dochodziło.

Brzeziński zaleca organizację w domach umywalni. Zapewne z własnego doświadczenia opowiada o wielkim kłopocie, jaki robi lekarz przybyły do chorego, gdy chce umyć ręce. Trwają wówczas poszukiwania miski, mydła i ręcznika. Jako praktyk opisuje kobiety szykujące się do porodu ubrane w najbrudniejsze rzeczy i korzystające z brudnej pościeli, bo „zaraz wszystko i tak się zabrudzi”. W ramach propagowania ochędóstwa nakazuje jak najwyższą dbałość o czystość wokół przyszłych matek i noworodków.

Strzępki perkalu

Gdy ukazała się jego książeczka, od kilku już lat pracował jako lekarz fabryczny w Zakładach Towarzystwa Akcyjnego Zawiercie, potem trafił do tamtejszego szpitala. Działał społecznie – PCK, harcerstwo, publikował, wygłaszał odczyty. Należał do towarzystw lekarskich a nawet był członkiem honorowym Tymczasowej Rady Lekarskiej przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

I na koniec krótki poradnik z 1908 roku dla skaleczonych: dokładnie usunąć brud z najbliższego sąsiedztwa rany, czyli obmyć skaleczoną część ciała mydłem i ciepłą przegotowaną wodą. Po obmyciu skaleczonej części ciała należy ranę opatrzyć. W tym celu bierzemy kilka strzępków białego płótna lub perkalu, gotujemy 10 minut w wodzie, aby je zupełnie uwolnić od mikrobów, czyli wyjałowić, i następnie po ostudzeniu kładziemy na ranę i przymocowujemy bandażem. Taki opatrunek najzupełniej wystarcza i nie ma potrzeby używać doń różnych środków lekarskich, jak karbol, sublimat i t. p. O ile z małych ranek może powstać zastrzał, ropień lub róża, o tyle rany duże są nieraz przyczyną ogólnego zakażenia krwi, które niechybnie prowadzi do śmierci.

Janka Kowalska