Pamiętnik znaleziony w szpitalnej szafce

25 października

Zmieniono czas z letniego na zimowy (a nawet chyba jeszcze bardziej zimowy), ale robi się coraz goręcej. No to do absurdów otaczającej nas rzeczywistości znów mamy dodatkowy czas i powód się przyzwyczajać. Cóż, takie czasy, a czas jest rzeczą względną. U nas zazwyczaj nawet bezwzględną.

26 października

Dobrze, że leżę w szpitalu. Przez to nie mogę brać udziału w tych narastających, codziennych narodowych omłotach. Ale szpitalny pobyt też ma swoje niezbyt dobre strony, bo personelu coraz mniej i opieka, delikatnie mówiąc, taka bardziej doraźna, co ma chyba potwierdzać odgórnie przemyślaną reformę służby zdrowia. Dzisiaj na przykład musiałem podłączyć kroplówkę sąsiadowi, bo nie miał kto. Ot, taka samopomoc chłopska – w końcu salę mamy męską. Przeżył. Ciekawe, kiedy oficjalnie wprowadzą samoobsługę. „Szpital Samoobsługowy” – ciekawie brzmi i na obsługę nie będzie można narzekać.

28 października

Na ulicach polskich miast potężne manifestacje kobiet przeciwko brzemiennym nie tylko w skutkach decyzjom tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego. Ale jest i duża grupa zwolenników i obrońców wprowadzanych nowych zarządzeń, zwłaszcza dotyczących ZESPOŁU DOWNA, po polskiemu DAŁNA. Bo jak występować przeciwko Zespołowi który DAŁ NA to, DAŁ NA tamto, DAŁ NA WYROST i obiecał, że jeszcze będzie dawał, jeżeli jeszcze będzie. Więc jak protestować przeciw takim dobrodziejom. Zwłaszcza że podobno ewentualni następcy mają zabrać to, co zostało dane. Więc tylko bronić, mimo manifestacji!

29 października

Badań prenatalnych też ma nie być. To może dla równowagi wprowadzić badania postnatalne? Ciekawe, jak by takie wypadły u niektórych miłościwie nam panujących i na przykład okazało się (zwłaszcza biorąc pod uwagę trafność ich działań), że w czaszce jeszcze dużo wolnego miejsca, ręce za długie i zginające się tylko do siebie, kręgosłup nadmiernie giętki, kolana w odruchowym bezwolnym przodozgięciu w zależności od sytuacji i jeszcze parę innych wad. Wyniki mogłyby być ciekawe.

30 października

W mediach (delikatnie mówiąc) trochę spóźnione, ale tym bardziej alarmistyczne doniesienia, że teraz już jawna, prawdziwa i konkretna zaraza opanowuje kraj. Niestety, część szanownego społeczeństwa w taką też nie wierzy, chyba według unowocześnionego starego porzekadła – „ani covidu, ani słychu!”. Nie rokuje to dobrze.

3 listopada

Okazało się, że jeden z sąsiadów to wróżbita. Zaproponowaliśmy, żeby nam powróżył, jak to dalej będzie. Zgodził się i to nieodpłatnie. Ale nie bardzo mu szło. Najpierw, pewnie z nerwów, rozsypał karty, potem walet znalazł się na miejscu króla (tego akurat nie musiał wróżyć, bo jesteśmy tego świadkami), a dookoła waleta same gońce i blotki, co od razu źle wróżyło. Tak czy owak wyszła wystarczająco koszmarna kabała.

8 listopada

Przyszła ciotka w odwiedziny, które przecież są zakazane. Byłem oszołomiony i faktem, że przyszła i jej sprytem, bo przebrała się za pielęgniarkę. Gdyby nie ubłocone gumiaki, to wyglądała jak uzupełnienie personelu. Zapytałem, czy nie była legitymowana przy wejściu, ale okazało się, że za portiera robi jej znajomy przebrany za terytorialsa. To dowód, że hasło „WSZYSTKIE RĘCE NA POKŁAD” już obowiązuje, usprawiedliwia wiele i tylko się cieszyć, że ktoś nowy przybywa do pomocy. Oby tylko pokładów starczyło.

11 listopada

W szpitalu, w ramach dalszej, głęboko przemyślanej ochrony przed rozprzestrzenianiem się zarazy, podobno ma być wydany zakaz wychodzenia chorych z sal. Ciekawe. Zwłaszcza że sanitariaty mamy na korytarzu. Jak oni sobie to wyobrażają, nie wiem, bo przecież jedna kaczka wszystkiego nie załatwi. Ale urodzaj pomysłów poraża.

20 listopada

Coś się z nami nie tak dzieje. Dzisiaj przyjęto nowego z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu po dopuszczalnym oficjalnym kontakcie z policyjną pałką podczas manifestacji, a dodatkowo korona z „czwórki” górnej lewej mu wypadła. A my od razu wszyscy – „A co z wirusem? Przecież jak była korona, to musi być i wirus?!!!”. Przyjęty powiedział, że był sprawdzony diagnostycznym tekstem (bo testów zabrakło), którego wzór do zastosowania podał jakiś wybitny specjalista w TVP1 i według tego tekstu jest zdrowy. Uwierzyliśmy. Nie mieliśmy wyjścia, bo wiarygodność źródła niebezpiecznie by było kwestionować, a wiara czasem czyni cuda, więc wygodniej jest teraz chyba wierzyć w cuda niż w wirusy, co nie zmienia faktu, że głupiejemy coraz wyraźniej. Widocznie zakładano, że tak będzie.

28 listopada

Muszę przyznać, że kiedy patrzę na tę postawioną do kąta Służbę Zdrowia, na jej totalną zapaść a jednocześnie jej ogromne poświęcenie w walce z pandemią, kiedy widzę ten lekarsko‑pielęgniarski mozół, te nerwy, nieprzespane dyżurowe noce, na te prokuratorskie oskarżenia o domniemane błędy medyczne, o łapownictwo, chamstwo a wszystko okraszone dowolnością wynagrodzeń, a zwłaszcza późniejszych emerytur, jeszcze raz przypomniał mi się wierszyk, który mi się kiedyś ułożył, a który powtórnie ostrzegawczo i prognostycznie dedykuję głównie szanownym doktorom:

Ćwierkają wróbelki rankiem zgodnym chórem:
Gdzie gnasz dziś doktorze?! Masz emeryturę!
A pan doktór na to – śpieszę się, bo muszę,
Wcześniej pod kościołem stanąć z kapeluszem!

Oby to była tylko głupawa rymowanka, ale jak tak dalej pójdzie nie można wykluczyć, że pod kościołami może być tłumnie.

13 grudnia

Starszy sąsiad spod drzwi przyznał się, że jak co roku ze strachu i napięcia nie mógł spać całą noc. Wytłumaczyliśmy mu, że nie było powodu, bo to tylko kolejna rocznica, a kolejny dyktator to niekoniecznie zdolny plagiator.

15 grudnia

Niedługo Święta, potem Nowy 2021 Rok, w którym, miejmy nadzieję, poza datą wszystko się wreszcie odmieni. Oby. I tego sobie z nadzieją życzmy!

Irosław Szymański