Oswoiłam się, ale nie przyzwyczaiłam

z dr n. med. Małgorzatą Piasecką,
kierownik Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii WSzS im. Kardynała Wyszyńskiego w Lublinie,
rozmawia Anna Augustowska

 

  • Mija rok z Covid‑19. Czy czuje się Pani mniej bezsilna w kontakcie z chorymi na Covid‑19?

– Przede wszystkim czuję się oswojona z tą sytuacją, bo wiem dużo więcej o tym, jak prowadzić chorego z Covid‑19 niż rok temu, kiedy na oddział zaczęli trafiać pierwsi pacjenci. Ale co tu kryć, my stale się uczymy, jak skutecznie pomagać i leczyć te osoby, bo każdy przypadek potrafi zaskoczyć. Tu nie ma prostych przełożeń, że jak ktoś jest młody, to przejdzie tę chorobę łagodniej. Musimy za każdym razem leczenie dopasowywać do konkretnego chorego.

  • To musi być wyjątkowo trudne i stresujące?

– Trzeba pamiętać, że cały czas pracujemy w pandemii, a to wyzwala różne emocje – na początku był strach, personel po prostu bał się o siebie i swoje rodziny. Brakowało też środków ochrony indywidualnej, baliśmy się, że zabraknie respiratorów, łóżek… – przypomnę, że nasz oddział rok temu dysponował tylko 9 stanowiskami intensywnej terapii. I nagle trzeba było szybko przystosować się do nowej, zupełnie nieznanej sytuacji. Ten proces bardzo przyspieszył, kiedy doszło do przekształcenia naszej placówki w szpital węzłowy. Wtedy udało się nam pozyskać większą ilość sprzętu. Jeden z budynków szpitala w całości stał się oddziałem wyłącznie covidowym i kiedy jesienią ruszyła druga fala zachorowań dysponowaliśmy już 205 łóżkami, w tym aż 14 łóżek należało do Oddziału Intensywnej Terapii i służyło do leczenia chorych zakażonych wirusem SARS‑CoV‑2 z najcięższym przebiegiem. W sumie leczyliśmy 150 chorych z Covidem i muszę podkreślić, że ponad 30% chorych udało się nam uratować.

  • leki? Nadzieja, jaką wiązano z osoczoterapią, chlorchiną czy amantadyną, nie okazała się przesadzona?

– Leczymy zgodnie z naszą najlepszą wiedzą. Ale nie ma jednego leku na Covid‑19. Trzeba umieć dopasować terapię do konkretnego stanu, w jakim chory trafia na OIT i na różnych etapach tej choroby trzeba stosować inne leki. Na moim oddziale podstawą terapii jest skuteczna wentylacja. Staramy się tak prowadzić pacjentów, aby nie dopuścić do ciężkich powikłań, a jest to niezmiernie trudne. W przebiegu tej ciężkiej choroby dochodzi do uszkodzenia płuc, nerek, wątroby, układu nerwowego. Częste są też powikłania sercowo‑naczyniowe. Wszyscy chorzy, którzy opuszczają nasz oddział, to osoby wymagające dalszego leczenia rehabilitacyjnego – najczęściej neurologicznego i pulmonologicznego, ale też wsparcia psychologicznego. Zdrowienie, dochodzenie do samodzielności przy tej chorobie, to długi proces. Średnio każdy pacjent z Covidem‑19 przebywa na oddziale intensywnej opieki ok. 2‑4 tygodni, a pobyt w szpitalu trwa do dwóch miesięcy.

  • Rozmawiamy, kiedy rozkręca się spirala trzeciej fali pandemii – kiedy usłyszymy, że uporaliśmy się z Covid‑19?

– Tego dziś nie przewidzimy. Na szczęście mamy szczepionki i to nasza szansa. Kiedy zaszczepimy większość społeczeństwa będziemy mogli mieć nadzieję, że pandemia się wypłaszcza i przemija. I oby to stało się jak najszybciej, bo na skuteczny lek, który będzie można podać choremu zaraz po dodatnim wymazie, chyba jeszcze nie możemy liczyć.

  • Co jest najtrudniejsze w pracy zespołu Oddziału Intensywnej Terapii?

– Chyba najtrudniejsze było dla nas – personelu – jak musieliśmy podejmować decyzje dotyczące leczenia naszych najbliższych: koleżanek, kolegów, rodzin. Poza tym czujemy już ogromne zmęczenie. Stres i zmęczenie, które z każdym kolejnym miesiącem trwającej epidemii narasta. Brakuje rąk do pracy. Jesteśmy na pierwszej linii frontu i to odczuwamy. Stale ktoś z nas trafia na kwarantannę albo choruje (niestety, mam już w szpitalu osoby, które mimo przyjęcia dwóch dawek szczepionki zachorowały). Ułożenie grafiku dyżurów jest bardzo trudne. Dyżury pełnimy więc co 3‑4 dni. Na moim oddziale pracuje 17 lekarzy i 10 rezydentów. I co tu kryć – kolejna fala napawa nas autentyczną obawą, jak sobie poradzimy? Obecnie w szpitalu mamy 108 łóżek i większość już – na początku marca – jest zajęta. Generalnie pracujemy w permanentnym stresie i sił nie przybywa.

  • Pamięta Pani pierwszego pa­cjenta?

– Wszyscy pamiętamy. Pierwszy pacjent województwa to ten, który trafił do szpitala w Bełżycach i był leczony przez anestezjologa z mojego zespołu. Wtedy wszyscy staraliśmy się pomóc koleżance, która przez dwie doby zajmowała się chorym. I to jest chyba sedno powodzenia – praca w zespole. Przez ostatnie lata udało mi się stworzyć zespół lekarsko‑pielęgniarski na najwyższym poziomie, wykształcony i chętnie uczący się, niezwykle empatyczny. Praca z takimi osobami, nawet tak ciężka jak ostatnio, przynosi satysfakcję.