O funkcji poezji w stomatologii dziecięcej

Moniką Modestowicz‑Dobrowolską,
lekarzem dentystą z Centrum Stomatologii Lardent w Lublinie,
rozmawia Janka Kowalska

  • Pamięta Pani swoją pierwszą wizytę u dentysty?

– Płakałam i chowałam się za spódnicą mamy. Potem zmieniłam stomatologa i gdy byłam starsza zrozumiałam, że to nie jest ktoś, kto chce mi zrobić krzywdę, tylko pomóc.

  • Pani najmłodszy pacjent?

– Pojawienie się pierwszych zębów to jest dobry moment, żeby zacząć przyzwyczajać dziecko do wizyt, wtedy to się staje czymś normalnym. Pacjent chodzi do stomatologa odkąd pamięta. Potem, kiedy trzeba zrobić coś mało przyjemnego, jest już łatwiej. Pierwszy kontakt jest bardzo ważny, bo po złych doświadczeniach młody dorosły stara się unikać wizyt.

Poświęcam dużo czasu na rozmowę z wszystkimi moimi pacjentami, ale dzieci są dużo bardziej wymagające. Z dzieckiem w wieku 7‑8+ można się łatwiej dogadać niż z maluchem. Córka koleżanki bała się dentysty, po wizycie stwierdziła zachwycona, że już będzie chodziła tylko do mnie, „bo ja jej wszystko wytłumaczyłam”. Takie dzieci już współpracują. Z młodszymi jest trudniej, trzeba zejść do ich poziomu. Wygłupiamy się, bawimy. Muszę się z nimi zaprzyjaźnić i wtedy jestem w stanie coś zrobić. Pomaga mi moje macierzyństwo. Nic nie robię na siłę, bo to się zawsze źle kończy.

  • To już się wyjaśniło, skąd Pani zna cały wiersz Brzechwy o żabie. Z domu to Pani wyniosła!

– Znam dużo wierszy z własnego dzieciństwa dzięki mamie i ze swoimi dziećmi ćwiczyłam cały repertuar. Wiem, że na Facebooku pojawił się wpis o tym, jak w gabinecie recytuję wierszyk i zrobiło się zamieszanie. Dowiedziałam się o tym od szefowej. Miałam wtedy cudowną pacjentkę, bardzo dzielną 5‑latkę. Przyszła wyleczyć dwa zęby, nie protestowała, ale ze stresu łzy jej leciały jak grochy. Żeby ją czymś zająć zaczęłam opowiadać historię żaby. Nie miałam pojęcia, że ktoś z naszych pacjentów to słyszał.

  • O co pytają mali pacjenci?

– Oglądamy narzędzia, wozimy się na fotelu do góry i na dół, sprawdzamy, gdzie leci woda, gdzie powietrze, jak coś warczy. Dzieci dostają strzykawkę, żeby zobaczyły jak działa. Wszystko to, co jest bezpieczne i czego można dotknąć.

  • Lepiej, gdy rodzic jest w gabinecie?

– Niektóre dzieci pewniej się czują na kolanach u mamy lub taty. Jedni rodzice wychodzą, inni siedzą obok fotela. Źle, kiedy utrudniają zapewniając, że to w ogóle nie będzie bolało. A tu dziura na pół zęba. Nigdy nie można dziecka okłamywać. Uprzedzam, że to będzie nieprzyjemne, mówię, że można ząbek położyć spać. One to rozumieją. Wtedy budujemy zaufanie. Ważna jest też współpraca rodzica z lekarzem, odpowiednie przygotowanie dziecka do wizyty w gabinecie, nieokłamywanie, niestraszenie. Odpowiednia postawa rodzica podczas wizyty, ono nie może czuć, że rodzic sam boi się dentysty. Dziecko musi minimalnie współpracować, żeby można było nawiązać relację. Jeżeli dziecko nie współpracuje, nie robię nic na siłę. Niestety, cudotwórcą nie jestem.

  • Jak ocenia Pani stan zębów dzieci?

– Niewiele jest takich, które mają wszystkie zdrowe. Zdarzają się kilkulatki, które wszystkie zęby mają w takim stanie, że nie wiadomo od czego zacząć. Najlepiej zaproponować znieczulenie ogólne i wykonać całe leczenie podczas jednej wizyty. Rodzice nie zdają sobie sprawy z tego, że cukier jest niemal we wszystkim, co jedzą dzieci. Sytuacja, gdy syn czy córka usypiają wieczorem w aucie i tak „na śpiocha”, bez mycia zębów i kąpieli, trafiają do łóżeczka nie powinna się zdarzać. Uważam, że w szkołach rodzenia brakuje spotkania z higienistką, która wyjaśni zasady higieny jamy ustnej. Powie, że dorosły oblizując dziecku palce, łyżeczkę czy smoczek przenosi bakterie odpowiedzialne za próchnicę i choroby przyzębia. Ludzie to bagatelizują, nie wiedzą, że po coś te mleczaki są, z jakiegoś powodu wypadają w tej a nie innej kolejności.

  • Jest przecież tyle past w tak wielu smakach i szczoteczki, które świecą…

– Pasta nie musi być pyszna, bo wtedy dziecko uczy się wypluwać. Elektryczne szczoteczki są dobre, przyzwyczajają, że coś się w buzi kręci i warczy. Później, kiedy w gabinecie też coś warczy i się kręci, nie ma się czym przejmować.

  • Na studiach przyszli stomatolodzy uczą się pracy z dziećmi?

– Kończyłam studia w Warszawie, miałam zajęcia z prof. Dorotą Olczak‑Kowalczyk, świetnym specjalistą, krajowym konsultantem do spraw stomatologii dziecięcej. Wtedy chyba nawet zdecydowałam, że nie będę leczyć zębów dzieciom. Uznałam, że to bardzo trudny dział stomatologii i zdecydowanie niełatwi pacjenci. Zanim poszłam na stomatologię studiowałam ratownictwo medyczne, miałam zupełnie inne podejście do pacjentów niż moi koledzy po maturze. Ale po studiach zaczęłam pracować w gabinecie, gdzie w ramach NFZ leczyliśmy pacjentów w bardzo różnym wieku, w tym wiele dzieci. Bardzo to polubiłam, sama jestem zaskoczona. Może dlatego, że nie jestem taką poważną panią doktor.

  • Wychodząc z gabinetu mówią, że jak będą duże to zostaną dentystą?

– Tak. Nawet moja córka mówi, że będzie. Bardzo dobrze, ja się cieszę, przecież ktoś mi będzie musiał leczyć zęby na stare lata.

 

Monika Modestowicz‑Dobrowolska pochodzi z Warszawy, w Lublinie mieszka od siedmiu lat. Na grupie Widzialna ręka LUBLIN, którą obserwuje 15 tys. osób jedna z internautek napisała, że chce serdecznie pozdrowić młodą panią doktor stomatolog która mając malutką pacjentkę na fotelu, z pamięci walnęła jej wiersz Jana Brzechwy „Żaba”.  Autorka postu stała przy rejestracji, słyszała i podziwiała. Odnalezienie pani doktor nie było trudne.