Nigdy nie latam samolotem

z Ewą Borkowską,  ginekolog,  pasjonatką samochodowych podróży po Europie,
rozmawia Anna Augustowska

  • Pierwsze zapamiętane wakacje?

– Nie wiem, czy je pamiętam – pewnie bardziej opowieść o nich, którą wspominano w domu. Miałam 2 latka, kiedy rodzice wyruszyli ze mną na wakacje pod namiotem. Pojechaliśmy nad Adriatyk. Od tamtej pory w zasadzie co roku – z pewną przerwą, kiedy miałam małe dziecko – w podobny sposób spędzam każdy urlop. Nigdy nie latam samolotem – to podstawowa zasada, której się trzymam. Są to więc podróże po Europie.

Jestem pasjonatką podróży własnym autem. Kiedyś z papierową mapą w ręku teraz także z nawigacją satelitarną. Kiedyś z namiotem, teraz zatrzymujemy się na kempingach, gdzie czeka na nas doskonale wyposażony domek.

  • Nie ukrywam, że w dobie samolotowych, szybkich – wręcz natychmiastowych – podróży, które w kilka godzin przenoszą nas w inny zakątek świata to dość męcząca forma wypoczynku?

– Nie zgadzam się! Podróż autem to przede wszystkim poznawanie miejsc, do których lecąc samolotem nigdy bym nie dotarła. A to wielka frajda zatrzymać się, kiedy tylko tego zechcę, wysiąść, spotkać tubylców, zwiedzać bez pośpiechu a przede wszystkim widzieć mijany kraj­obraz. Chyba na tym polega prawdziwa wakacyjna wyprawa?

  • Zgodnie z dewizą: jechać gdzie oczy poniosą?

– Nie aż tak! Odkąd pamiętam każdą podróż, czy to jeszcze z rodzicami czy później, kiedy zaczęłam podróżować z mężem (który dał się zarazić moją pasją), zawsze poprzedzały długie przygotowania. Za każdym razem opracowujemy dokładny plan naszej wyprawy. Mąż potrafi zlokalizować nie tylko atrakcyjne miejsca, które chcemy zwiedzić w czasie drogi, ale też parkingi, zjazdy z autostrad, oczywiście stacje benzynowe i sklepy, w których się zaopatrujemy.

Dzisiaj taka wyprawa nie wiąże się już z tym, co pamiętam sprzed lat, kiedy trzeba było zabrać ze sobą dosłownie wszystko – nie tylko walizkę z ubraniami i przysłowiową szczoteczką do zębów. Przede wszystkim trzeba było mieć kanister z paliwem – na wszelki wypadek, gdyby zabrakło przed przekroczeniem granicy. Trzeba było też zadbać o aprowizację, bo na codzienne żywienie się w zagranicznych restauracjach po prostu nie było nas stać. Pakowaliśmy więc przygotowywane wcześniej weki z mięsem, koniecznie jakieś konserwy itp. Robiłam nawet własny makaron, który się suszyło, aby dobrze się przechowywał w czasie podróży. Później na postojach – co zresztą praktykuję do dziś – przygotowuję szybki, domowy obiad.

  • Czy co roku jedzie­cie Państwo w inne miejsce?

– Niekoniecznie. Ciąg­nie nas oczywiście w stronę ciepłych mórz z rozległymi plażami, ale nie jest to jedyny cel wakacyjnych wypraw. Na pewno kochamy wybrzeże dawnej Jugosławii i często właśnie tam się kierujemy. Jedną z naszych bardziej ulubionych okolic jest wyspa Krk na Morzu Adriatyckim koło Rijeki w dzisiejszej Chorwacji.

Jednak jeżdżąc przez tyle lat odwiedziliśmy bardzo wiele innych miejsc – celem jest dłuższy pobyt na południu m.in. Włoch, Grecji, Turcji czy Francji, ale jadąc do celu zwiedzamy te kraje (a także te, które mijamy przejazdem), zatrzymujemy się, kontemplujemy urodę tamtejszej przyrody, szukamy ciekawych historycznie miejsc. Nasze wyprawy trwają co najmniej miesiąc – to nie jest tydzień w hotelu z basenem. Byliśmy też w Andorze, w Kraju Basków nad Atlantykiem, w Prowansji. Ja marzę, aby zwiedzić Hiszpanię, może nawet dojechać do Portugalii?

  • przygody?

– Och bywały! Pamiętam jedną z wypraw z rodzicami, kiedy szukając nocą miejsca na biwak nieomal rozbiliśmy się na cmentarzu muzułmańskim. Pamiętam też inną, jak niemal zaraz po wyruszeniu z Lublina, tuż przed Warszawą, urwał się wał korbowy w naszym załadowanym aucie i to był spory problem. Ale zwykle nasze wyprawy przebiegają spokojnie i z miłymi sytuacjami. Jedną z nich była „przyjaźń” z małym dzikiem, który raz zachęcony pokruszoną przeze mnie bagietką, przychodził codziennie nad ranem upominając się o pieczywo. W nagrodę pewnego ranka znalazłam wykopaną, najwyraźniej przez tego zwierzaka, białą truflę! Innym przemiłym zdarzeniem było spotkanie… sarenki prowadzonej na smyczy przez jej właścicielkę.

  • Jest Pani córką chirurga i internistki, czy ginekologia to była Pani wymarzona specjalizacja?

– Dzisiaj, po latach pracy, za nic bym jej nie zmieniła – ale wybierając się na studia medyczne (to był oczywisty wybór w domu lekarzy) wyobrażałam sobie siebie przy stole chirurgicznym. Jednak odkryłam, że bardziej interesuje mnie zdrowie kobiety i tak zostałam ginekologiem. Nigdy nie żałowałam.