Nadawaliśmy na tej samej fali

Doktora Jerzego Kalasiewicza
wspomina Jego żona Maria Kalasiewicz
w rozmowie z Jerzym Jakubowiczem

  • Jerzy był znanym lubelskim ginekologiem i położnikiem, seksuologiem i organizatorem ochrony zdrowia, dla wielu z nas także bliskim kolegą i przyjacielem. Zacznijmy jednak od dzieciństwa i młodości Jurka. Były bardzo dramatyczne.

– Urodził się na Wołyniu, w Łucku, jako syn pracownika PZU. Gdy Sowieci 19 września 1939 r. wkroczyli do miasta, zaczęły się polowania na polską inteligencję. Po aresztowaniu ojciec Jurka zdążył jeszcze przesłać do żony gryps – „uciekajcie, bo was wywiozą na „białe niedźwiedzie”. Matka Jurka, wraz z trójką dzieci, trzykrotnie starała się przedostać do części Polski pod okupacją niemiecką. Niestety, za każdym razem łapali ich sowieccy pogranicznicy. Dzięki biegłej znajomości języka rosyjskiego, matce udało się przekonać sowieckiego „komandira”, że w Polsce czeka na nich rodzina. I ten Rosjanin, sam ryzykując życiem, doprowadził ich do granicy i tak udało się im dotrzeć do siostry matki, Sabiny Sawickiej, która była pracownicą notariatu w Biłgoraju.

  • Dzięki temu młodość Jurka związała się z Biłgorajem.

– Tak. Tu Jurek ukończył gimnazjum, zrobił maturę. Od najwcześniejszych lat marzył o studiach medycznych, starał się dostać na wydział lekarski w 1950 i 1951 r. Egzaminy zdał, ale nie został przyjęty, ze względu na niewłaściwe pochodzenie społeczne – syn burżuazyjnego inteligenta. Z powodu niezwykle ciężkiej sytuacji materialnej zaczął starać się o pracę. Zgłosił się do dyrektora Szpitala Powiatowego w Biłgoraju – dr. Stanisława Pojaska z prośbą o jakąkolwiek pracę. Pojasek (1898‑1967) to legenda Biłgoraja, humanista, patriota, znakomity chirurg – ratował partyzantów w czasie okupacji z narażeniem własnego życia, dyrektor szpitala od 1934 r. aż do śmierci – zatrudnił Jurka na stanowisku przyuczonego pielęgniarza i we wrześniu 1951 r. wystawił mu takie zaświadczenie, które jest w archiwum rodzinnym: „Jerzy Kalasiewicz dzięki niezwykłej pilności opanował bardzo dobrze zakres pracy pielęgniarskiej, szczególnie na chirurgii, pomagając w czasie zabiegów operacyjnych jako instrumentariusz, względnie II?‑gi asystent przy operacjach. Jako sumienny pracownik zdobył pełne zaufanie chorych i lekarzy”. Dyrektor stał się dla Jurka jakby przybranym ojcem medycznym. Wkrótce Jurek rozpoczął naukę w Szkole Felczerskiej w Lublinie i w 1953 r. jako jeden z najlepszych absolwentów został przyjęty na II rok Wydziału Lekarskiego w Lublinie. Dyplom lekarza uzyskał w lutym 1959 r.

  • Kiedy poznaliście się z Jurkiem?

– Na drugim roku studiów Jurek rozpoczął pracę w dziale kultury Zarządu Uczelnianego ZSP i wówczas powstał pomysł, aby zorganizować uczelniany chór i zespół taneczny. I tak powstał Zespół Pieśni i Tańca Akademii Medycznej w Lublinie, którego organizatorem i kierownikiem był na tym etapie mój przyszły mąż. Chór liczył około 80 osób, zespół taneczny 12 par, a orkiestra 8 członków. W następnym okresie choreografem zespołu została znawczyni folkloru lubelskiego Wanda Kaniorowa. Występowaliśmy dość często, a naszym największym sukcesem było zaproszenie do uczestnictwa w Światowym Zlocie Młodzieży w 1955 r. w Warszawie. W czasie obozów i występów przebywaliśmy razem i podjęliśmy decyzję, że się pobierzemy – ślub odbył się w 1957 r.

  • Twoja droga do dyplomu lekarza też była dość ciernista.

– Zdawałam na Akademię Medyczną w Krakowie. Zdałam bardzo dobrze, ale też nie zostałam przyjęta. Zdenerwowana matka, partyzantka AK w czasie wojny, bojowo nastawiona i nie licząc się z konsekwencjami, udała się do Komitetu Wojewódzkiego PZPR i zażądała rozmowy „z kimś najważniejszym”. Efekt rozmowy był do przewidzenia. – „Dzieci z takim pochodzeniem nie będą lekarzami”. Życzliwie poradzono Jej, aby córka wybrała inny kierunek studiów i nie traciła czasu „na medycynę”. Wtedy z pomocą przyszedł znajomy rodziny, zastępca dyrektora szpitala przy ul. Staszica w Lublinie i zostałam przyjęta na etat przyuczonej pielęgniarki w Klinice Chirurgii prof. Feliksa Skubiszewskiego. W następnej sesji egzaminacyjnej otrzymałam upragniony indeks studentki medycyny.

  • Jurek szkolił się całe życie.

– Jeszcze w czasie studiów pracował jako asystent w Zakładzie Fizjologii Człowieka AM w Lublinie. W 1966 r. uzyskał specjalizację II stopnia w zakresie ginekologii i położnictwa, a w 1971 r. został doktorem nauk medycznych. Wiedzę nie tylko pogłębiał, ale też przekazywał innym prowadząc liczne szkolenia, m.in. przez 5 lat był wykładowcą w Państwowej Szkole Pielęgniarek i Położnych w Lublinie, a także przez wiele lat wykładał na Wydziale Biologii UMCS oraz na licznych kursach w PCK. Prowadził również działalność naukową i ma w dorobku 22 prace ogłoszone drukiem.

  • Jednak wielką pasją medyczną Jurka była seksuologia, uzyskał z niej specjalizację w 1976 r.

– W naszym regionie nikt tymi zagadnieniami się nie zajmował, a dla Jurka był to temat jego życia. Był uczniem słynnego polskiego seksuologa prof. Kazimierza Imielińskiego. W owych czasach informacje o nowościach medycznych, zwłaszcza w tej tak intymnej dziedzinie medycyny, rozchodziły się na zasadzie „jedna pani powiedziała drugiej pani”. Zaczęły się zgłaszać małżeństwa nie tylko z regionu, ale z całej Polski, które nie mogły mieć dzieci. Pewnego dnia zadzwoniła do męża Polka, zamieszkała w Kanadzie, która dowiedziała się od swej szczęśliwej przyjaciółki, że w Lublinie jest dr Kalasiewicz, który zamienia zmartwionych małżonków w szczęśliwych rodziców. Poprosiła Jurka, aby podjął się jej leczenia, ale on wyraził wątpliwości mówiąc – „Proszę pani, to jest niemożliwe, bo pacjentki muszą się zgłaszać na kurację i badania co dwa miesiące”. – „Panie doktorze, dla nas z mężem jest to tak ważna sprawa, że ja z Kanady będę do pana przyjeżdżać na wyznaczone wizyty”. Proszę sobie wyobrazić, że po 18 miesiącach, w nocy, z Kanady dzwoni mąż tej pacjentki i mówi – „Doktorze jesteśmy bardzo szczęśliwi, urodziła się Patrycja” i tak my z mężem zostaliśmy ciocią i wujkiem tej dziewczynki, która jest z nami nadal w stałym kontakcie. To były wielkie chwile dla Jurka, był taki szczęśliwy, że przyniósł innym tyle radości.

  • Mario, ty dzielnie towarzyszyłaś Jurkowi w sukcesach na swoim polu medycznym.

– Po studiach podjęłam pracę na tworzącej się onkologii lubelskiej, pod kierunkiem wspaniałego lekarza i szefa doc. Mieczysława Kwiatkowskiego. Przepracowałam w tej placówce do samej emerytury i jeszcze trochę dłużej, byłam jednym z pierwszych specjalistów w naszym regionie i ordynatorem Oddziału Radioterapii i Chemioterapii w Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej. Praca była ciężka, ale nie zamieniłabym jej na inną.

  • Twój mąż okazał się również bardzo dobrym organizatorem ochrony zdrowia.

– W 1982 r. został powołany na stanowisko naczelnego dyrektora Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego. W uzasadnieniu nominacji czytamy: „Lekarz o wysokich walorach etyczno‑moralnych, pracowity i zaangażowany społecznie”. Przez 6 lat był przewodniczącym Rady Zakładowej Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia w szpitalu. Placówka, którą objął, pracowała w trudnych warunkach lokalowych, ale Jurek ściągnął do współpracy wielu dobrych lekarzy, zdobył nowoczesną aparaturę medyczną. Szpital, który nie był typowym molochem, cieszył się dużym uznaniem wśród pacjentów, którzy w tym kameralnym otoczeniu, w bezpośrednim kontakcie z lekarzami, czuli się dobrze.

  • Za swoją zaangażowaną pracę był wielokrotnie nagradzany.

– Tak, wyliczając te najważniejsze wyróżnienia otrzymał m.in.: Srebrny i Złoty Krzyż Zasługi, Kawalerski, a w 2003 r. Oficerski Orderu Odrodzenia Polski oraz odznaki „Zasłużony dla Lublina” i „Zasłużony dla Lubelszczyzny”.

  • Jaki Jurek był w życiu codziennym i towarzyskim?

– To był wspaniały, szlachetny, dobry człowiek, który przeżył straszne dzieciństwo i młodość. A mimo to starał się wszystkim w miarę swoich możliwości pomagać. W małżeństwie nadawaliśmy na tej samej fali, sprzeczki były, ale kłótnie nie. Miał dobre relacje ze współpracownikami, życzliwie był przez nich oceniany. Był współorganizatorem Hospicjum Dobrego Samarytanina przy ul. Bernardyńskiej w Lublinie. Był jednym z organizatorów zjazdów koleżeńskich naszego roku, w których i ty brałeś udział. Faktycznie te zjazdy organizowane w atrakcyjnych miejscowościach były dla nas powrotem do radosnego okresu naszej młodości.