Motorem wozi się dusze…

z Mariuszem Pencułą,
anestezjologiem dziecięcym z II Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii SP PSK 1 w Lublinie, pasjonatem podróży motocyklowych,
rozmawia
Anna Augustowska

  • „Motor WFM M06 – to polski motocykl produkowany przez Warszawską Fabrykę Motocykli w latach 1954‑1966. Wyróżniał się prostą i tanią konstrukcją. Odporny na ciężkie warunki eksploatacji i łatwy do samodzielnej naprawy. Doskonale sprawdzał się na polnych drogach” – tyle Wikipedia. To był pierwszy motor, na którym Pan uczył się jeździć?

To był motocykl spełnienie moich marzeń! Nie wiem, skąd się wzięła ta miłość i pasja do tych pojazdów… nikt z mojej rodziny nie miał motocykli, nikt mnie nimi „nie zaraził”, a ja, odkąd pamiętam, chciałem mieć własny. Nie rower, nie auto tylko właśnie motor. Kiedy więc mając jakieś 15‑16 lat dostałem od ojca pieniądze, od razu wiedziałem na co je wydam.

Pobiegłem na plac Zamkowy (wtedy plac Zebrań Ludowych), gdzie odbywała się giełda samochodowa i gdzie wystawiano też motocykle. I tak zostałem szczęśliwym posiadaczem WFM‑ki, którą szalałem na Górkach Czechowskich, wtedy miejsce, gdzie rzeczywiście były ciężkie warunki, bo polne drogi i wzniesienia nie ułatwiały jazdy. Ruszałem spod domu przy ul. Grottgera i jadąc w dół ulicą Wieniawską wpadałem na górki… Fantazja!

  • Po WFM‑ce były inne?

– Tak, oczywiście – nie wyobrażałem sobie życia bez motocykli. Zresztą muszę się przyznać, że jeździłem nimi dość długo mając wyłącznie samochodowe prawo jazdy… motocyklowe zrobiłem w drugiej kolejności.

Po rozstaniu z WFM‑ką kolejnym moim motorem był motocykl Junak – polski motocykl, produkowany przez Szczecińską Fabrykę Motocykli. Był najcięższym motocyklem oraz jedynym motocyklem z silnikiem czterosuwowym produkowanym w PRL. Wtedy też zaczęły się dłuższe wyprawy, Kazimierz Dolny, Warszawa itd. Żona też lubiła podróże motorem…

Kiedy w Lublinie nie można było kupić wina a my robiliśmy w domu imprezę, to wsiadałem na motor i jechałem do Warszawy, gdzie w delikatesach przy ul. Świętokrzyskiej zaopatrywałem się w wino Sofia i zanim w domu zjawili się goście, ja już byłem z powrotem…

Później, już na studiach, była jawa 350 TS, motocykl szosowo‑turystyczny, produkowany przez czechosłowacką firmę Jawa. Studiowałem już na Akademii Medycznej i wygodnie było dojeżdżać na zajęcia motorem. Nie tylko zresztą na zajęcia.

  • Wciąż nie kusiło, aby jednoślad zamienić na auto?

– Jakoś nie bardzo. Kochałem motocykle. Jest takie powiedzenie, że motorem wozi się duszę. I ja się z tym zgadzam. Samochód to całkiem co innego.

Kiedy jednak obrosłem w piórka… porzuciłem motocykle. Praca, dzieci, dużo zajęć – przesiadłem się na wiele lat do auta.

  • To porozmawiajmy o pracy – anestezjologia, dodajmy dziecięca, to też pasja?

– Zdecydowanie! Chociaż zdarzyła się w moim życiu… przypadkiem. Gdyby nie pewna rozmowa ze starszym kolegą, który zasugerował mi, abym się zajął tą właśnie specjalizacją, naprawdę nie wiem, jaką inną dziedzinę medycyny bym wybrał. Ciągle mi się zmieniało, a to chciałem być chirurgiem, a to ginekologiem, a to kardiologiem. Ostatecznie namówiony przez trochę starszego kolegę Andrzeja Kawiaka, chirurga twarzowo‑szczękowego, zacząłem pod okiem dr Zofii Winiarczyk, szefowej OIOM w szpitalu dziecięcym przy ul. Staszica w Lublinie, uczyć się anestezjologii. I wśród dziecięcych pacjentów przepracowałem – i nadal pracuję – już ponad 40 lat. W szpitalu dziecięcym, a także w Klinice Okulistyki Dziecięcej i w Hospicjum im. Małego Księcia, gdzie znieczulam dzieci do zabiegów stomatologicznych.

Nigdy nie żałowałem tej decyzji, chociaż na medycynę poszedłem bez wielkiego przekonania, bo bardzo mnie na te studia namawiała moja mama. Ja marzyłem o prawie. Jednak dzisiaj, gdybym miał jeszcze raz wybierać, na pewno poszedłbym tą samą drogą. Szkoda, że teraz tak niewielu młodych lekarzy chce się specjalizować w anestezjologii dziecięcej.

  • Boją się?

– Praca z dziećmi nie jest łatwa. Dziecko nie umie powiedzieć, jak się czuje, co i gdzie go boli itd., nie mówiąc już o zupełnych maluchach. To poza tym wielka odpowiedzialność – w końcu rodzice powierzają nam najcenniejsze, co mają – własne dziecko. I młodzi pewnie tego się obawiają.

  • Wróćmy do motocykli, bo w pewnym momencie znowu zjawiły się w Pana życiu?

– Mogę chyba powiedzieć, że to trochę za sprawą mojej córki, a trochę za sprawą przyjaciela, który namówił mnie – a było to 12 lat temu – abyśmy pojechali motorami z Lublina do Francji. Konkretnie do Saint Tropez, gdzie po ślubie zamieszkała moja córka. Pomysł wydał mi się szalony – to ponad 2 tys. km, 3 dni jazdy, poza tym nie miałem już żadnego motoru… ale co tu kryć, lubię szalone pomysły. Żona nie protestowała, wręcz przyklasnęła tej idei. Nie pozostało mi więc nic innego, jak kupić odpowiedni „sprzęt” i ruszyć.

  • Udało się?

– Udało się tak bardzo, że od tej pierwszej wyprawy teraz co roku, zwykle w lipcu (aby dojechać na 26 lipca, kiedy są imieniny żony i zarazem urodziny syna), zjeżdżamy się do niezwykle pięknej Prowansji na południu Francji, do domu córki. Tylko 2‑3 razy przez te lata nie odbyliśmy naszej motocyklowej, wakacyjnej podróży – teraz jeździmy motorem BMW. Od 1967 roku wszystkie motocykle marki BMW produkowane są wył?cznie w?Berlinie w?fabryce Berlinącznie w Berlinie w fabryce Berlin‑Spandau.

  • I zawsze inną trasą?

– Staramy się, aby jechać do celu trasą, która pozwala nam zwiedzać nowe, nieznane miejsca. Dzięki temu Europę zwiedziliśmy niemal całą. Plan podróży ustalamy dużo wcześniej, to też wspaniałe i emocjonujące. W tym roku chcemy zwiedzić Bawarię, trasy alpejskie są tam niezwykłe.

Rok temu zachwycaliśmy się jednym z dwóch największych kanionów w Europie, który leży niedaleko Nicei we Francji. Kanion wyżłobiła w wapiennych skałach rzeka Verdon, spływająca z Alp. Najciekawszy odcinek ma aż 21 km długości i miejscami ponad 700 m głębokości. Wjeżdżaliśmy tam czując niezłą porcję adrenaliny, bo droga jest niezwykle kręta i wąska – ale warto było. Widok zapierał dech.

  • Czego należy życzyć turystom na motorze?

– Chyba przede wszystkim pogody na trasie, bo jazda w ulewnym deszczu, co się nam przydarzyło na jednej z autostrad, nie jest miła i bezpieczna. Marzę też, aby kierowcy szanowali się nawzajem. Jazda po zatłoczonych, z dużym natężeniem ruchu, drogach wymaga odpowiedzialności za wszystkich uczestników drogi.