Lubię ludzi

z Dariuszem Szczepankiem,
neurochirurgiem z Kliniki Neurochirurgii i Neurochirurgii Dziecięcej w PSK 4 w Lublinie, przewodniczącym Oddziału Lubelskiego Polskiego Towarzystwa Neurochirurgów,
rozmawia Danuta Matłaszewska

  • Kiedy Pan postanowił zostać lekarzem?

– W drugiej klasie LO im. ks. A.J. Czar­toryskiego w Puławach. To był czas stanu wojennego, gdy wszystko wydawało się szare i smutne, my młodzi potrzebowaliśmy zmian. To ciekawy zawód, apolityczny. Można pomagać innym.

  • Jakieś lekarskie tradycje w rodzinie?

– Moi rodzice są nauczycielami. Chodziłem do klasy matematyczno‑fizycznej. Po takim profilu wówczas nikt nie wybierał się na medycynę, w programie nauczania była raptem jedna godzina biologii tygodniowo. Dlatego musiałem wyrównać poziom. Egzamin wstępny zdałem z dobrym wynikiem. Studia medyczne to ogrom wiedzy teoretycznej, którą trzeba zapamiętać. Myślę, że wtedy matematyczny zmysł, nawyk szukania logicznych powiązań bardzo mi pomógł.

  • Neurochirurgia to trudny obszar medycyny, co szczególnie Pana zajmuje?

– Neuroonkologia i neurochirurgia naczyniowa. Przez ostatnich kilka lat skupiłem się na badaniach nad chłoniakami mózgu. Obecnie zajmuję się ponownie glejakami wielopostaciowymi. Badania prowadzimy razem z prof. Tomaszem Trojanowskim i prof. Radosławem Rolą. Odbywa się to w ramach naszego ośrodka z wykorzystaniem nowoczesnej metody hipertermii z nanocząsteczkami. Zajmuję się też operacjami guzów: mózgu, podstawy czaszki, rdzenia kręgowego. W związku z rozwojem neuroradiologii zabiegowej pojawiły się nowoczesne endowaskularne metody wyłączania z krążenia tętniaków wewnątrzczaszkowych, jednak nie wszystkie można leczyć tym sposobem. W związku z tym nadal klipsuję tętniaki drogą kraniotomii, chyba już jako jeden z niewielu neurochirurgów w Polsce i chyba w Europie.

W celu usunięcia niektórych guzów mózgu wykorzystujemy w klinice metodę znakowania tkanek nowotworowych, która pozwala lepiej odróżnić chorą tkankę nowotworową od zdrowej w niebieskim świetle mikroskopu operacyjnego. Używa się do tego specjalnego środka identyfikacyjnego, który zostaje podany pacjentowi 2 godziny przed zabiegiem.

Neurochirurdzy zajmują się przede wszystkim leczeniem dyskopatii szyjnej czy lędźwiowej. Asystuję młodszym kolegom w tego typu operacjach, ale też sam chętnie je wykonuję.

  • Co może zaskoczyć doświadczonego neurochirurga przy stole operacyjnym?

– Medycyna się zmieniła. Doskonała diagnostyka i zaawansowana anestezjologia sprawiają, że chirurg rzadko bywa zaskoczony tym, co stwierdza śródoperacyjnie. Ale nie zawsze można przewidzieć, jak będzie przebiegała sama operacja guza podstawy czaszki, pnia mózgu czy klipsowanie dużego tętniaka. Mimo dobrej jakości powiększonego obrazu, którą zapewnia mikroskop operacyjny, istnieje ryzyko uszkodzenia stref elokwentnych mózgowia czy nerwów czaszkowych, co grozi dramatycznymi powikłaniami z zagrożeniem życia pacjenta włącznie, nawet śródoperacyjnie.

  • Czy na sali operacyjnej zdarzają się cuda?

– Zdarzają się sytuacje, które nie zawsze potwierdza statystyka. Bywają pacjenci, którzy po operacjach złośliwych guzów mózgu żyją wiele lat, znacznie dłużej niż przewiduje to medycyna w takich przypadkach. Operowałem czterotygodniowe dziecko, ze spontanicznym krwawieniem śródmózgowym, z bardzo głębokim uszkodzeniem pnia mózgu, spełniające kryteria śmierci mózgu, jakie stosuje się dla dorosłych. Po wielu tygodniach intensywnej terapii i następnie wielomiesięcznej rehabilitacji, dziecko mogło dalej rozwijać się. W tej chwili ma 16 lat i normalnie funkcjonuje, mając dyskretny niedowład kończyny górnej. Lekarz powinien podejmować odważne decyzje, by wykonywać rzeczy niestandardowe. Bez trudnych i skomplikowanych zabiegów postęp w medycynie byłby niemożliwy.

  • Co Pan robi, gdy nie operuje i nie ma dyżurów?

– Lubię ludzi. Lubię z nimi rozmawiać. Z moimi dziećmi najczęściej rozmawiam w samochodzie, wożąc je na zajęcia popołudniowe. Marysia i Piotr uczą się w I LO im. Staszica, a najstarsza córka Ola rozpoczęła rezydenturę z radiologii. Na tematy medyczne prowadzę ciekawe rozmowy także w domu, z żoną Ewą, która jest hematologiem.

Poza tym interesuję się historią, geografią, kolekcjonuję stare mapy i atlasy, niektóre kupowałem na targach staroci za swoje pierwsze lekarskie pensje. Zwiedzam świat, lubię mieszkać na wsi… 3 km od granic Lublina.