Lekarze listy piszą

Doktorze, uśmiechnij się… do pacjenta!

Czy warto przypominać prawdy oczywiste? Długo nie pisałam na łamach Medicusa, ale teraz muszę zabrać głos: nie tylko warto, ale jest to konieczne!

Everyday is a school day – jak mawiają Anglicy. Zacznę od prawd związanych z moją profesją, czyli rehabilitacją dzieci niepełnosprawnych. Znany autorytet w tej dziedzinie, kanadyjski pediatra prof. Peter Rosenbaum twierdzi, że dobre samopoczucie rodziców przekłada się na atmosferę w rodzinie, a ta stymuluje rozwój dziecka i postępy w jego rehabilitacji. To on jest autorem definicji Family centred services (usługi skierowane na rodzinę), która radykalnie zmieniła kierunek naszej interwencji – po pierwsze wsparcie rodziców, zwłaszcza matki (aby mogli dźwigać ciężar niepełnosprawności i opieki), po drugie interwencje terapeutyczne wobec dziecka. Kompleksowe wsparcie rodziny: dużo się o tym pisze w naukowych rozprawach, znacznie mniej czyni w rzeczywistości. Moja nauczycielka medycyny i humanizmu, nieżyjąca dr Zofia Kułakowska, uwiodła mnie pierwszymi słowami swojego wykładu o usprawnianiu dzieci z mózgowym porażeniem: szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko! Była wielką orędowniczką nieprzerzucania wszelkich obowiązków terapeutycznych na rodziców, pozostawiając im rolę „bezpiecznej przystani”, a nie „rodzica najlepszego terapeuty”. Optowała za organizacją życia rodziny w sposób najbardziej zbliżony do naturalnego, włącznie z podjęciem satysfakcjonującej pracy przez matkę (choćby na część etatu) i pobytem dziecka w dziennej placówce przedszkolnej czy szkolnej. Aby zapobiec wypaleniu rodziców. Zadowolona, spokojna i wypoczęta matka lepiej stymuluje prawidłowy rozwój każdego dziecka, nie tylko niepełnosprawnego. A i mąż, i rodzeństwo też lepiej się mają. Tyle tytułem przydługiego wstępu, żeby czytelnik nie myślał, że się na tym nie znam. Czy zatem stwierdzenie, że empatyczny lekarz lepiej wpływa na efekty leczenia pacjenta niż nieempatyczny nie jest zbyt śmiałe? Nie spotkałam się z wynikami badań naukowych w tym obszarze, ale ostatnio empirycznie jako pacjent przeżyłam (póķi co!) traumatyczny eksperyment.

Trafiłam do szpitala w poważnym stanie; z ciężkim bezdechem sennym (też warto o tym przypomnieć lekarzom, że istnieje), nadciśnieniem etc. I oczywiście otyłością. Tak, niestety znowu przytyłam, tym razem „pandemicznie” i stresowo. Przerażona oczekuję profesjonalnej pomocy, motywującego wsparcia, poczucia bezpieczeństwa w szpitalu, ludzkiej empatii. A tu niemiłe zaskoczenie. Krótkie spojrzenie znad papierów, jakby z obrzydzeniem (fe, gruba) i grubiańskie uwagi na temat mojej tuszy oraz – w domyśle – bezmyślności. Pan Doktor Wszystkowiedzący bez badania pacjenta i analizy jego badań diagnostycznych wykazuje szczerą niechęć do komunikacji na temat proponowanego leczenia, mimo że jako pacjent mam do tego prawo, a dodatkowo jako lekarz o to proszę. Bezdyskusyjnie ordynuje mi nowe leki, z grubsza zamienniki moich, ale w innych dawkach, choć w szpitalu mam być 3 dni i zabrałam ze sobą swoje leki (do których wrócę po powrocie do domu). Ale nie ma dyskusji! Takim doktorem można dzieci straszyć, a dorosłym będzie się śnił w nocnych koszmarach. Szkoda, że procedura empatii do pacjenta i umiejętności komunikacji nie są dodatkowo punktowane przez NFZ. Wtedy ubodzy w te atrybuty medycy, zmuszeni do podejścia profesjonalnego zgodnie z procedurami, przyoblekaliby – choćby sztuczny – uśmiech na usta i otwieraliby je do rozmowy z pacjentem. A ON BY W OCZACH ZDROWIAŁ! Niech się tak stanie, Amen.

Maria Król
lekarz chorób wewnętrznych, specjalista rehabilitacji

Badania w „baraku”…

Punkty pobierania materiału do badań z założenia powinny umożliwiać odsiewanie osób zdrowych od chorych, a tym samym ograniczać rozprzestrzenianie się pandemii. Tymczasem to tam właśnie może dochodzić do masowego przekazywania koronawirusa innym! Ludzi, którzy z różnych względów nie zdecydowali się na przyjęcie warunkowo dopuszczonego do użycia preparatu szczepionki przeciwko COVID‑19, aby mogli wyjechać za granicę kieruje się na obowiązkowe testy RT PCR. Na te same testy decydują się lub kierowane są również osoby z podejrzeniem infekcji koronawirusem. Wszyscy trafiają wtedy do punktu pobierania materiału do badań.

To, co zobaczyłem w jednym z nich wywołało we mnie dreszcz przerażenia. Czy to dzieje się naprawdę?! – zapytałem sam siebie. Pawilon, a właściwie coś na kształt wąskiego baraku, służy do wykonywania testów RT PCR na obecność infekcji SARS?‑CoV‑2. Testów, podczas których właściwie jedyną osobą czującą się bezpiecznie mogła być ta, która robiła wymaz, bo była ubrana w bezpieczny „strój kosmonauty”. Co chwilę jedna osoba opuszczała barakowóz, którego drzwi „przyozdabiała” groźnie brzmiąca karteczka: GABINET 7 – „POBIERANIE BADAŃ ZAKAŹNYCH” a na jego miejsce wcho­dzi?/ał/a następny/a zdejmując z twarzy maseczkę, która zdawała się być ostatnią barierą, mogącą powstrzymać inwazję wirusów krążących w unoszącym się wokół badanych aerozolu. Barak obsługiwany przez ogólnopolską medyczną „sieciówkę” mógł być dla niektórych dosłownie okiem cyklonu, w którym osoby chore zakażają zdrowych. W zamkniętych i niewystarczająco wentylowanych pomieszczeniach, a taki był z pewnością ten pawilon, choć bardziej przypominał „barak”. Barak, do którego w ciągu 10 minut, jak policzyłem, weszło i wyszło aż 14 pacjentów. Kilku z nich w trakcie pobierania materiału dosyć porządnie zakaszlało. Każdy z wchodzących zamykał za sobą drzwi, co jeszcze bardziej zwiększało ryzyko, że potencjalnie zakaźne kropelki z dróg oddechowych jego poprzedników, tańcząc w niezbyt dobrze wentylowanym pomieszczeniu, dosięgną dróg oddechowych swojej kolejnej ofiary.

Od dawna zastanawiam się czy inżynier elektryk, a nawet doświadczony informatyk, a nie lekarz, to rzeczywiście właściwa osoba na stanowisku Głównego Inspektora Sanitarnego?! Kto poniesie odpowiedzialność za dotychczasowe kardynalne wręcz błędy? Pytanie z oczywistych względów wydaje się być retoryczne.

(imię i nazwisko do wiadomości redakcji)