I śmierć nie ulega już powątpiewaniu

A gdyby dziś, chirurdzy zakopywali w ogródkach pozostałości z ćwiczeń anatomicznych… W listopadowym nastroju, lektura z pogranicza medycyny, higieny i prawa. Przypominamy XIX‑wiecznego autora, który uświadamia, jakim wyzwaniem dla jego współczesnych było ustalenie zgonu. Do jakich metod uciekali się lekarze, by mieć pewność śmierci. A jeśli już zgon nastąpił, to co dalej…

Kiedy Stanisław Wojciech Łukowskich pisał w Karlsruhe „Oględziny i grzebanie ciał zmarłych. Ze stanowiska higieny publicznej”, w Lublinie cmentarz „Pod Lipkami” był trzymorgowym terenem ogrodzonym parkanem i jak alarmował Dozór Kościelny: założonym zupełnie trupami. Nekropolia położona za ostatnią linią obrony miasta już wtedy, jak wskazywała zwyczajowa nazwa, obsadzona była lipami.

Łukowski na publikację tekstu czekał dwadzieścia dwa lata (chyba że były wcześniejsze wydania, o czym edycja z 1873 roku nie wspomina). Przez ten czas lubelski cmentarz powiększano dwa razy dokupując na rzecz Dozoru Kościelnego kolejne kawałki gruntu.

Co ciekawe, w świetle publikacji sprzed blisko 150 lat, pomysł dawnych lublinian, by sadzić przy cmentarzu lipy był zły, powinni wybrać inne gatunki drzew. Najlepsze dla cmentarzy, bo „korzenie ich i liście pochłaniają produkty rozkładu oraz kwas węglany i wydalają w powietrze wilgoć gruntu” to: topole, brzozy, wierzby i osiny.

XIX wiek był czasem zmian kulturowych. Zmarli przestali należeć do Kościoła, a ich ciała znikać w bezimiennych, przekopywanych wedle potrzeb grobach. Cmentarz stał się ważnym miejscem, gdzie zmarłych się odwiedza. Wcześniej nie było to praktykowane. Równocześnie wraz z rozwojem medycyny i dbaniem o stan sanitarny pojawiały się publikacje, jak ta Łukowskiego.

Została wydana w Warszawie, jak to się wówczas mówiło, czcionkami „Gazety Lekarskiej”. W „Oględzinach i grzebaniu ciał zmarłych. Ze stanowiska higieny publicznej” autor korzysta z dorobku uznanych wówczas medycznych autorytetów, głównie lekarzy niemieckich: Friedrich Oesterlen i Louis Pappenheim czy francuskich jak Michel Lévy. O nim samym wiemy niewiele: data urodzin 1843 i śmierci 1879.

Tylko niewątpliwie zmarłych

– Znanych jest kilka niewątpliwych objawów rzeczywistej śmierci: stężenie oraz brak kurczliwości mięśni pod wpływem elektryczności lub galwanizmu, brak bicia serca wyśledzony przez wysłuchiwanie (auskultacya) i zgnilizna. Pierwsze z tych pojawów mogą być czasowe, drugi sprawdza się przez doświadczenie, ostatni następuje dość późno i poznaje się dochodzeniem, niepozbawionem niebezpieczeństwa i przykrem. Z powyższego zatem wynika, że bezpośrednim i jedynie pewnym objawem rzeczywistej śmierci, jest zupełny brak bicia serca. Dlatego nie myślimy, aby trzeba było odkładać pogrzebanie do pojawienia się pierwszych oznak gnicia (zielonawe zabarwienie brzucha z odęciem i szczególną wonią), jeśli biegli specyaliści przekonają się o zupełnem ustaniu bicia serca, dwukrotnie: w chwilę śmierci, i po upływie prawnego terminu na pogrzebanie – pisze Łukowski.

To powtórne zaświadczenie zostało wprowadzone po doniesieniach lekarzy, którzy widzieli i opisali powrót do życia noworodków i osób chorych na cholerę.

We Francji ówczesne przepisy zalecały odłożenie pogrzebania na 24 godziny po śmierci i poświadczenie zmarłego przez cywilnego urzędnika. W Wiedniu i Salzburgu, grzebanie nakazane było nie wcześniej jak w 48 godzin po zgonie, w Saksonii i Ansbach (Bawaria) w 72 godziny.

Michel Lévy, profesor w paryskim szpitalu „Val‑de‑Grâce” i dyrektor Cesarskiej Szkoły Medycyny i Farmacji w Val‑de‑Grâce przeprowadzał eksperymenty nad metodami stwierdzenia zgonu. Chodzi, jak przytacza Łukowski, o przypalanie rozgrzanym do czerwoności żelazem.

– Działanie rozpalonego żelaza nigdy nie sprowadza na tkankach trupa, ani strupów, ani zaczerwienienia w postaci koła lub czerwonego paska; lecz ażeby żar podziałał widocznie na część obumarłą, potrzeba żelazo mocno rozpalić i po przyłożeniu potrzymać przez pewien czas. Stopień gorąca i długotrwałość przypalania, wystarczają na zniszczenie całej grubości skóry u osoby żyjącej, a u zmarłej zaledwie wywołują wysychanie naskórka i zwiędnienie skóry; przy wyższym stopniu gorąca i dłuższem przypalaniu, żelazo sprowadza proste zwęglenie, bez żadnego objawu nadymania lub zapalenia skóry w około miejsca przypalonego. Próba ta, według naszego zdania, stanowczo jest pewną i zawsze łatwo się da zastosować – pisze w swojej książce powołując się na Francuza.

Przytacza też sposób podany przez dr. Magnusa, polegający na ściągnięciu mocno nicią lub szpagatem ręki osoby zmarłej poniżej ramienia. U kogoś na pozór zmarłego miejsce się zaczerwieni, następnie zsinieje aż do przejścia w błękit i zostawi po sobie biały prążek. U trupa zaś tak się nie stanie.

Maisons mortuaires

Już w XVIII wieku w Weimarze a potem we Francji zaczęto urządzać domy przedpogrzebowe. Trzymano tam zwłoki, które miały dzwonki na sznurkach przeprowadzonych do palców u rąk i nóg. W ten sposób próbowano uniknąć pochowania osób żyjących.

W Warszawie pierwszy dom przedpogrzebowy, tak zwany Morgue, urządzony został w 1844 r. „podług dyspozycyi Rady Lekarskiej” na rogu ul. Wareckiej i Szpitalnej. Instytucja ta została potem przeniesiona do zabudowań cmentarza Powązkowskiego, na wprost kościoła.

W Lublinie dom przedpogrzebowy, którego jeden z pokoi był przeznaczony dla osób w letargu, postawiono w 1872 roku. Zamiast sznurków był drut, który z jednego końca miał pierścienie zakładane na nogi i ręce nieboszczyka, a z drugiej dzwonek wiszący w pokoju zajmowanym przez felczera.

W ogrodzie chirurga

Trudno sobie dziś wyobrazić eksperymenty, jakie w XIX wieku przeprowadzał dr Orifla, który zakopywał zwłoki w różnego rodzaju podłożu od piachu z kamieniołomów, przez ziemię wapnistą do ogrodowej. Po jakimś czasie sprawdzał rezultaty.

We Francji przyjęto, że w ciągu 5 lat, jedno i to samo miejsce, nie służyło dwa razy do pogrzebania. W Niemczech nie wolno było chować zwłok w starych grobach wcześniej jak w 10‑15 lat. Łukowski wspomina lekarzy, którzy eksperymentalnie sprawdzali jak długo trupy zmieniają się w szkielety i uznali, że działo się tak po upływie 15‑18 miesięcy, chociaż ciała były ubrane i w trumnach. Ale chirurg, dr Petit, zakopał w ogrodzie szczątki trupa, który służył mu do ćwiczeń i zastał ślady tegoż, jeszcze po dwóch latach.

Te i inne badania miały na celu ustalenie czasu rozkładu, jak i zasięg zanieczyszczeń. Dało to podstawy do określenia zasad organizacji cmentarzy oraz wytycznych co do ich sąsiedztwa. Chodziło przede wszystkim o ochronę wody pitnej i podstawę stworzenia przepisów mówiących w jakiej odległości od cmentarzy można bezpiecznie kopać studnie.

Szkodliwe wyziewy

Łukowski pisze też o absolutnym potępieniu zwyczaju pochówków na terenie kościołów, zamków i opactw. Przywołuje postać holenderskiego chirurga i rektora Katolickiego Uniwersytetu w Leuven, który już w XVIII wieku aby poprzeć zniesienie grobów w kościołach, kazał się pochować na zewnątrz murów kościelnych. Na płycie miał być napis: Filip Verheyen, doktor medycyny i profesor, część swą znikomą polecił złożyć tutaj na cmentarzu, aby kościół nie był zbezczeszczony lub zatruty szkodliwymi wyziewami.

Tu konieczna dygresja: bo, to ten sam Filip Verheyen, który jest bohaterem powieści „Bieguni” Olgi Tokarczuk. W czasie studiów, wskutek zakażenia, musiał mieć amputowaną nogę. Kończynę spreparowano, bo pacjent jako osoba religijna chciał być pochowany w całości i tak doczekać zmartwychwstania. Po latach, Verheyen, cierpiący na bóle fantomowe, zainteresował się anatomią i chirurgią, zajął się sekcją własnej kończyny odkrywając ścięgno Achillesa. Z notatek wynika, że jego celem było udowodnienie, iż dręczący go ból w rzeczywistości pochodził z amputowanej kończyny wykluczając tym sposobem przyczyny psychosomatyczne.

Jak po bitwie

W Londynie w 1849 roku powstało towarzystwo spalaczy. Zajmowali się oni kremacją zwłok. W Paryżu też zaczęto zwracać uwagę na korzyść palenia trupów. Lekarze zauważali, że w miastach, gdzie przybywało ludzi, grunt coraz bardziej był zanieczyszczony i „wszystkie inne sposoby zniszczenia ciał zmarłych, z czasem muszą ustąpić miejsca, paleniu”. Przypominali, że do tego sposobu uciekano się w nadzwyczajnych okolicznościach – po bitwach czy w czasie epidemii.

Oprócz względów sanitarnych, w kremacji widziano korzyści ekonomiczne, oszczędzano miejsce do grzebania.

– Trudno pojąć, dlaczego nie oddajemy pierwszeństwa w paleniu zmarłych, które jak wiadomo niszczy zupełnie niebezpieczne istoty zaraźliwe wraz z gnijącemi trupami – zastanawia się autor.

Przepisy i zalecenia

Stanisław Wojciech Łukowski na końcu książki zamieszcza wzory dokumentów, jakie wówczas obowiązywały jak „Świadectwo oględzin” i „Świadectwo śmierci”. Robi też wypis z przepisów, głównie niemieckich, dotyczących zasad pochówków, transportu zwłok itp. a nawet z zaleceniami, że cmentarze opuszczone powinny być zamknięte przez przynajmniej 5 lat, po tym czasie można je oddać pod zasiew lub sadzenie drzew. Rozkopywanie i stawianie budynków wymaga, by upłynęło lat 20 a nawet 40.

Janka Kowalska


Korzystałam z „Cmentarz rzymskokatolicki przy ul. Lipowej”.