Emeryturę chciałbym spędzić na jachcie

z Janem Jakubem Kęsikiem,
chirurgiem naczyniowym, kapitanem jachtowym,
rozmawia Anna Augustowska

  • Należy Pan do elitarnej grupy osób, które posiadają uprawnienia kapitana jachtowego. Aby je zdobyć potrzeba czasu, czy to znaczy, że zaczynał Pan już w dzieciństwie?

– Można powiedzieć, że tak, chociaż od czasów mojego żeglarskiego dzieciństwa wiele się zmieniło. Obecnie, po znacznej liberalizacji przepisów, patent sternika morskiego można zdobyć nawet w ciągu jednego sezonu. Już ten stopień jest wystarczający do prowadzenia większości współczesnych jachtów turystycznych. Później patent kapitański to już formalność – trzeba wykazać się odpowiednią ilością godzin spędzonych na jachcie. Za moich czasów system szkoleniowy i egzaminacyjny stopni żeglarskich był bardzo rozbudowany. Generalnie poziom trudności egzaminów teoretycznych zdawanych na stopień sternika morskiego czy kapitana odpowiadał trudności zdania cięższych sesji egzaminacyjnych na wydziale lekarskim. Trzeba było też wykazać się sprawnym manewrowaniem na żaglach w porcie. Egzamin odbywał się na dużym, 2‑masztowym jachcie bez użycia silnika. Z perspektywy czasu cieszę się, że miałem okazję uczyć się tradycyjnego żeglarstwa. To zawsze procentuje w sytuacjach awaryjnych np. 4 lata temu po awarii silnika na Atlantyku wchodziłem na żaglach do Porto. Oprócz technicznych kwestii manewrowych podczas cumowania, trzeba było wyliczyć konkretną godzinę, o której musieliśmy wpłynąć w ujście rzeki Douro, tak żeby w końcowej fazie przypływ wniósł nas pod prąd rzeki, ale w razie problemów ze znalezieniem miejsca do zacumowania, rozpoczynający się odpływ pozwolił na bezpieczną ucieczkę na ocean, zanim zbyt mocno opadnie poziom wody (pomiędzy górami nie mogłem liczyć na pewny napęd żaglowy wobec braku wiatru, a silnika nie było). Rok później również problem z silnikiem wymusił cumowanie w Helu na żaglach. W tych sytuacjach można oczywiście wezwać przez radio pomoc, ale samodzielna zabawa w manewrowanie na żaglach jest niezapomniana (ekscytująca). Współczesne przepisy wprawdzie nie pozwalają na poruszanie się po porcie pod żaglami, ale we wspomnianych sytuacjach można uzyskać przez radio zgodę kapitanatu na manewry.

  • Patent kapitański uzyskał Pan w trakcie studiów, ale przygoda z żeglarstwem zaczęła się dużo wcześniej?

– W dzieciństwie pojawiło się bardzo silne marzenie o pływaniu pod żaglami. Nie pamiętam, kiedy dokładnie, ale być może już w przedszkolu, kiedy słuchałem bajek o piratach? Potem były powieści Juliusza Verne’a, oczywiście „Znaczy Kapitan” Borchardta i generalnie literatura marynistyczna. Pamiętam też spacery z rodzicami nad Zalewem Zemborzyckim i mój zachwyt nad pływającymi tam żaglówkami. Marzenie jednak skonkretyzowało się dopiero, kiedy mając 13 lat pojechałem nad jezioro Piaseczno na kolonie żeglarskie – zdobyłem na nich patent żeglarza jachtowego! Byłem przeszczęśliwy.

  • Czyli żagle, to miłość od pierwszego wejrzenia?

– Zdecydowanie tak, co prawda już jako licealista „zdradziłem” żagle na jakiś czas i ruszyłem w góry – przemierzałem Beskid Niski i Bieszczady, jednak woda ciągnęła i za namową kolegi z klasy wstąpiłem do Yacht Klubu Polski w Lublinie. Wyruszyłem wtedy na mój pierwszy wymarzony rejs po Mazurach – wspaniałym żaglowcem „Biegnąca po falach”. Potem była sekcja żeglarska AZS Antares (AR) i pierwszy morski rejs po Bałtyku na moim ukochanym do dziś jachcie „Roztocze”.

  • A medycyna?

– Kiedy kończyłem liceum byłem gotowy na dalszą edukację w Szkole Morskiej, chociaż myślałem też o medycynie. Ostatecznie zdecydowałem się na wydział lekarski, a zawdzięczam to prof. Kazimierzowi Goeblowi – ówczesnemu rektorowi UMCS. W trakcie wspólnego rejsu przekonał mnie, że żeglarstwo powinno pozostać pasją, a medycyna zawodem. Zawsze będę mu za to wdzięczny, bo moja praca też jest moją pasją. Jako lekarz chciałem być chirurgiem – to prawdopodobnie ta ciągła potrzeba odkrywania, wspólna dla duszy żeglarza. Kiedy po I roku studiów trafiłem na praktykę pielęgniarską do Kliniki Chirurgii Naczyń zrozumiałem, że to jest specjalizacja moich marzeń i tak się stało. Dyscyplina rozwijająca się bardzo dynamicznie dzięki nowoczesnym metodom radiologii zabiegowej, łączonym z klasyczną chirurgią naczyniową. Każdy pacjent jest inny, podobnie, jak zmiany w jego naczyniach. W żeglarstwie jest podobnie: np. wejście jachtem do dobrze znanego portu za każdym razem jest inne (zmienny jest kierunek i siła wiatru, pływ, ustawienie i ruch innych jednostek), a portów na świecie są tysiące… W klinice zajmuję się całym obszarem chirurgii naczyniowej, obejmującej leczenie tętniaków oraz miażdżycy tętnic kończyn i szyjnych. Ulubiony, niszowy temat, to wewnątrznaczyniowe leczenie zakrzepicy żył głębokich oraz pozakrzepowej ich niedrożności.

  • Wracając do żeglowania – wspaniale Pan obie swoje pasje łączy! Niemal wszyscy z Kliniki Chirurgii Naczyniowej PSK1 żeglują dzięki Panu.

– Tak się złożyło. Mam ogromną satysfakcję, że udaje mi się zachęcić – co ważne, skutecznie – także innych ludzi do żeglowania. Tak jak mówiłem, dzisiaj zdobycie kwalifikacji uprawniających do prowadzenia żaglówki np. po wybrzeżu Chorwacji czy Grecji, nie jest zbyt trudne. Czasami ludzi trzeba do tego lekko popchnąć – tak było z kolegami z kliniki; podobną grupę stworzyłem z rodzicami uczniów z klas moich dzieci – z klasą córki jeździmy na Mazury, z synem nad morze – dziś on jako student też organizuje rejsy. To działa! Oczywiście najbliższą drużyną, z którą co roku organizujemy wspólne pływanie, jest moja rodzina. Nawet zaręczyliśmy się z żoną w czasie rejsu.

  • To luksus mieć żeglarską rodzinę w domu i w pracy. Jak jednak pogodzić obowiązki zabiegowca z kliniki z wypadami w morze?

– Na morzu spędzam w sumie ok. 5 tygodni w roku. Wystarczy dobra organizacja. A w pracy: zaraz po zakończeniu obowiązków dydaktycznych, z kolegami z Kliniki Chirurgii Naczyń przesiadamy się z sali operacyjnej na żaglowy katamaran i poszukujemy morskich przygód. Werbunkiem do załogi zajmuje się kierownik kliniki – prof. Tomasz Zubilewicz, ja pełnię funkcję kapitana jachtu.

Wspólne, morskie żeglowanie daje olbrzymie możliwości integracji chirurgicznego zespołu, nieporównywalne z popularnymi „imprezami integracyjnymi” dostępnymi na lądzie. Wyjście w morze to wyzwanie rzucone żywiołom. Na łodzi czas zaczyna płynąć zupełnie inaczej. Pojawia się radość z przemierzania świata pod żaglami, wzrasta zaufanie do kolegów. Doznania te potęgują się podczas nocnej żeglugi. Załoganci podzieleni na małe wachty – analogicznie do lekarzy podczas szpitalnego dyżuru – uczą się podejmować samodzielne decyzje – czasem kończące się obudzeniem kapitana/ordynatora. Nocnego sterowania jachtem po połyskujących w świetle gwiazd i księżyca falach nie da się opisać – to trzeba przeżyć. Kiedy kładziemy się do koi musimy być pewni, że koledzy pozostający na wachcie prowadzą jacht bezpiecznie, bez względu na warunki żeglugi. To jak w klinice, kiedy ktoś musi pełnić dyżur i wszystkiego dopilnować.

Poza tym podróż jachtem, nawet w miejsca powszechnie znane podczas wakacyjnych, lądowych wojaży, pozwala na zwiedzanie z zupełnie innej perspektywy. Odwiedzamy urokliwe zatoczki, spotykamy delfiny i wielkie żółwie morskie, dopływamy w miejsca całkowicie niedostępne dla turysty lądowego. Nawet podczas postoju jachtu przy miejskiej kei, odczuwamy miasto zupełnie inaczej niż mieszkając w hotelu.

  • Jakieś najciekawsze wyprawy „naczyniówki”?

– Ojej, trochę tego było, każdy rejs inny, każdy pozostawił inne wspomnienia. Zaczęliśmy 10 lat temu od rejsu „Szlakiem wina i lawendy” w Chorwacji (Adriatyk). Potem kolejno były: „Cyklady i pozostałości świata antycznego” (Grecja/Morze Egejskie); „Rejs po Balearach” (Hiszpania/Morze Śródziemne); Wybrzeże Toskanii i Korsyka” (Włochy‑Francja/Morze Tyrreńskie); „Rejs po turkusowym wybrzeżu” (Turcja/Morze Śródziemne); Egzotyka Tajlandii (Tajlandia/Morze Andamańskie), „W krainie wielorybów i sztokfiszy” (Lofoty/Norwegia/Morze Norweskie); „Dubrownik – czyli tam, gdzie nie dopłynęliśmy za 1‑szym razem” (Chorwacja/Adriatyk); „Kanary” (Wyspy Kanaryjskie/Ocean Atlantycki).

  • A kolejne plany?

– Lubię też tam, gdzie chłodniej. Jeśli tylko wirus pozwoli, to wybieram się na fiordy Grenlandii. Marzy mi się też Alaska, fiordy Patagonii, Antarktyda. Zawsze wracam na Bałtyk. Tutaj klasycznie, czyli moja pierwsza miłość – mahoniowy jacht „Roztocze”. Uwielbiam rejsy w starym stylu, czyli bez GPS i całej elektroniki, która jest wspaniała, ale cóż… wyznaczyć kurs przy pomocy kompasu, cyrkla i ekierki to jest dopiero wyzwanie! Jeśli doda się do tego gitarę i doborowe towarzystwo… Poza tym… chciałbym spędzić emeryturę na jachcie!