Środa

Coraz częściej tracę ochotę na chodzenie do pracy i zaczynam się zastanawiać czy to tylko zmęczenie, czy już wypalenie zawodowe? Najwyższy czas zasięgnąć porady specjalisty. Ale na razie nie mam na to czasu. Od rana szczepimy pacjentów na COVID.

Godziny wydzielone, poczekalnia oddzielna, rejestracja na godziny i co chwila awantury. Najpierw zirytowana pacjentka wykrzykiwała, że szczepienie ma wyznaczone na godzinę 8.45, jest już 8.50 a ona jeszcze nie weszła. Tłumaczenie nie pomaga, pani wychodzi. Pielęgniarka mi tłumaczy, że pacjentka była namówiona na szczepienie przez rodzinę, ale szukała pretekstu do rezygnacji i znalazła. Kolejna pani – lat 96 – emerytowana lekarka też rezygnuje ze szczepienia (pierwsza dawka), bo musi to przemyśleć…

Takie rozmowy z pacjentami mam codziennie, różne teorie spiskowe, od chęci wzbogacenia się na pandemii (bez definicji kto ma się dorobić) poprzez eksperyment medyczny do próby zmniejszenia populacji na świecie przez „rząd światowy”. Po takich kilku rozmowach mam wrażenie, że sama jestem na pograniczu zdrowia psychicznego. Ratują mnie ćwiczenia, jak pojadę na 20.30 na siłownię, i poćwiczę 45 minut na bieżni i 45 minut „zdrowy kręgosłup”, wracam do domu, idę spać i zdrowie psychiczne uratowane. Ale codziennie tak się nie da, brak czasu i siły, a szkoda. Dla domu mam tylko czas w niedzielę, kiedy gotuję rosół i tylko dlatego, że ładnie pachnie i przypomina mi dzieciństwo i czas spędzony u babci. Taka domorosła psychoterapia. Może zacznę gotować rosół częściej i rozdawać znajomym, wychodzi mi naprawdę dobry. Lata praktyki.

Skończyły się szczepienia, czas zacząć przyjęcia chorych i tych, co im się wydaje, że są chorzy, albo chcą się upewnić, że są zdrowi. Wczoraj przyszła do mnie pacjentka z niewielkimi objawami infekcji, bez umawiania terminu wizyty, „bo musi pilnie”. Zbadałam. Poza katarem nic jej nie było, bez temperatury, bez zmian osłuchowych, gardło blade, tak naprawdę chciała tylko zwolnienie na kilka dni. Wypisałam jej skierowanie na test, z oporami się zgodziła, po informacji, że jak się nie zgodzi to też wypiszę i wtedy będzie w domu 10 dni na kwarantannie, a tak tylko do wyniku testu – jeżeli będzie negatywny. Na koniec wizyty pani oświadczyła, że wszyscy w domu mają objawy infekcji – to 5 osób – ale zamówiła już prywatną wizytę domową i ma nadzieję, że doktor prywatnie nie jest taki zasadniczy jak ja i nikogo na test kierować nie będzie. Poinformowałam, że każdy lekarz może skierować pacjenta na bezpłatny test PCR na COVID‑19 przez gabinet.pov.pl.

Awantura u koleżanki w gabinecie, pacjent z podejrzeniem krwawienia z przewodu pokarmowego, blady, niska hemoglobina, 70 lat, transport medyczny życzy sobie ustalenia miejsca w szpitalu na gastrologii. Jest to zwyczajnie niemożliwe: nikt nie odbiera telefonów, jak już zdarzy się cud i ktoś odbierze, to zawsze jest odpowiedź, że nie ma miejsc, a informacja na stronie wojewody o wolnych miejscach to jakaś bzdura a nie rzeczywistość. Pacjent na razie ciśnienie ma dobre, nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, mieszka w bloku obok przychodni. Koleżanka odesłała go do domu z żoną i z informacją, że muszą zadzwonić po karetkę, bo to jedyna możliwość, żeby chory trafił do szpitala. Porażka.

Zastanawiam się, po co jest funkcja lekarza koordynatora ratownictwa medycznego? Przecież z poziomu Urzędu Wojewódzkiego widać, gdzie i na jakich oddziałach są miejsca. Ale niedawno przeczytałam pismo tego pana (swoją droga lekarza) skierowane do prezesa Lubelskiego Związku Lekarzy Rodzinnych Pracodawców, w którym była jedna myśl: pan koordynator nie będzie ustalał miejsc, bo on jest jeden a lekarzy rodzinnych w województwie kilkuset. Koniec, kropka. Dosłownie było napisane – koniec, kropka.

Wioletta Szafrańska‑Kocuń