Czwartek

Kiedy to się skończy? – to najczęstsze pytanie, jakie teraz słyszę. Nawet nikt nie pyta, co to jest „to”. Wszyscy wiemy. Ale końca nie widać.

W przychodni ciągle jak w młynie, co chwila awantury o wszystko: o brak szczepionki na grypę, o ceny w sklepie i brzydką pogodę. Jeden pacjent nawet mnie rozbawił. Napisał do mnie pismo z potwierdzeniem odbioru. Pisał, że ma ponad 80 lat i takim jak on premier Morawiecki kazał się szczepić, a ja nie wykonuję poleceń premiera i nie chcę go zaszczepić. Zadzwoniłam i tłumaczyłam, że nie mamy szczepionek, ale bezskutecznie. Jak tylko pojawiło się trochę szczepionek (zamówiłam tysiąc, dostałam 200) zaprosiłam pacjenta i jego żonę. Wykonałam polecenie premiera, przynajmniej tak odebrał to pacjent. Niech człowiek ma złudzenia, ja ich mam coraz mniej.

Dzisiaj jakby trochę spokojniej, chociaż lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca. Zadzwonili z telewizji z pytaniem, czy mogą nagrać moją wypowiedź o tym, jak sobie radzimy z pacjentami głuchymi. Jak udzielamy takiemu pacjentowi teleporady? Na chwilę odebrało mi mowę, co w moim przypadku jest dość trudne. Zapytałam, czy to nie jest wydumany problem, przecież taki pacjent może do nas napisać maila, albo przyjść i zapytać na piśmie. Na to usłyszałam, że w komercyjnych przychodniach są aplikacje do tłumaczenia języka migowego i my też powinniśmy je mieć. Wytłumaczyłam pani z telewizji, że mam trzy osoby głuche zapisane do naszej przychodni i nikt z nich problemu z kontaktem nie zgłaszał, a aplikacja to koszt kilkuset złotych miesięcznie, więc jej nie kupię, bo nie widzę uzasadnienia merytorycznego. Mam nadzieję, że wyraziłam się jasno. Swoją drogą nie jest z tą epidemią tak źle, skoro mamy takie problemy.

Marzy mi się, żeby telewizja zrobiła na przykład program edukacyjny, krótki, powtarzany 3 razy dziennie i wytłumaczyła ludziom, co to jest izolacja, a co to jest kwarantanna. Tak rozumiem „misję telewizji publicznej”. JESTEM NAIWNA? Pewnie tak, ale czas, który poświęcam codziennie na tłumaczenie tych dwóch słów jest nie do policzenia. Zastanawiałam się, czy nie napisać o tym na drzwiach przychodni, ale zrezygnowałam, bo tego, co jest napisane, często pacjenci nie czytają. Najczęściej tłumaczą, że nie wzięli okularów, to po co pisać więcej.

Zadzwoniła pani z NFZ (powiedziała to na koniec rozmowy), podając się za pacjentkę i chciała się umówić na wizytę, koniecznie osobistą (z infekcją). Otrzymała informację, że po teleporadzie, jeżeli lekarz uzna, że jest potrzeba, to ją zaprosimy, nawet natychmiast. Po informacji, że to kontrola a nie prawda poskarżyła się jeszcze, że dodzwoniła się DOPIERO za drugim razem.

Wczoraj dzwoniłam do NFZ chyba 20 razy, bezskutecznie, nikt nie odbierał. Zadzwoniłam więc do jednej z PAŃ na komórkę, nakrzyczała na mnie, jakim prawem dzwonię na jej prywatny numer. Skoro go miałam, to chyba musiała go udostępnić. Tłumaczyłam, że stacjonarnych nikt nie odbiera i przecież jest w pracy, a nie w domu. Nie pomogło. Kto weryfikuje DOSTĘPNOŚĆ NFZ? Do przychodni piszą pisma i grożą karami. Punkt widzenia i punkt siedzenia, jak to w życiu.

A może zaraz nas wszystkich powołają do obsługi pacjentów covidowych i nie będziemy mieli co się martwić o pacjentów w przychodni. Tylko co ja tam zrobię? Ostatni raz intubowałam pacjenta ponad dwadzieścia lat temu i sama już nie jestem pewna, czy to prawda. Respiratora nie obsługiwałam nigdy, a te, które pamiętam, chyba już są w muzeum. Uczę się już wolniej, ale czy kogoś to obchodzi. Pomartwię się jutro, czas do domu.

Wioletta Szafrańska‑Kocuń