Wtorek

Często się zastanawiam, czy lubię swoją pracę i analizując plusy i minusy, stwierdzam, że lubię. Dzisiaj utwierdziły mnie w tym dwie panie, które przyniosły do przychodni tort, żeby podziękować za opiekę nad ich mamą, która właśnie skończyła 100 lat! Bardzo nas to wszystkich ucieszyło, tort tortem, ale że ktoś pomyślał, żeby nam też podziękować. Kilka osób miało łzy w oczach, pożartowaliśmy, życząc pacjentce 200 lat w zdrowiu! Dla takich chwil warto znieść czasami te gorsze momenty, pretensje i żale pacjentów, bo przecież my jesteśmy na pierwszej linii i często „obrywamy” za cały system ochrony zdrowia w Polsce.

Przypominam sobie optymizm, jaki mieliśmy zaczynając prawie 30 lat temu reorganizację przychodni, szykując specjalizację z medycyny rodzinnej i wyobrażając sobie, jak będzie pięknie i doskonale. Pamiętam szkolenie, na którym wykładowca (o ile pamiętam z Anglii – bo brytyjski system miał posłużyć jako wzór w czasie reformy), opowiadał, że u nich co prawda na endoprotezę stawu biodrowego czeka się 3 lata, ale pacjent jest pod doskonałą opieką swojego lekarza rodzinnego, który jest dostępny 24 godziny na dobę. Nie bardzo mogliśmy sobie to wyobrazić, ale wierzyliśmy, że rządzący wiedzą, co robią. Nie wiedzieli. I wiara nie zawsze czyni cuda.

Lekarze latami wyjeżdżali, teraz może trochę mniej, ale jest nas tak mało, że nie wiem, co będzie za kilka kilkanaście lat. Młodzi, kończący studia ani myślą jechać na wieś i pracować od 8 do 18, pięć dni w tygodniu. W mieście jest trochę lepiej, ale trudno powiedzieć, że dobrze. W szpitalach jeszcze jakoś koleżanki i koledzy dają radę, szczególnie w dużych miastach. Ale niektóre oddziały są zamykane np. pediatryczne i perspektyw na poprawę tej sytuacji brak.

Coraz częściej słyszę o odwróceniu reformy i tworzeniu od nowa publicznych ZOZ‑ów, bo wtedy na pewno będzie lepiej. Patrząc wokół siebie widzę samych emerytów albo prawie emerytów i zastanawiam się, kto z nas pójdzie pracować do takich ZOZ‑ów? Podejrzewam, że prawie nikt. Zostaną na chwilę ci, co muszą dopracować do emerytury i koniec.

Brak lekarzy widać w poradniach specjalistycznych, gdzie już, w większości, nie obowiązują limity narzucane przez NFZ, a i tak nie można się dostać, bo nie ma się do kogo zarejestrować. Jeżeli taki sam system zacznie funkcjonować w POZ, to ciekawe, kto nas będzie leczył?

W tym roku już kilka przychodni POZ w naszym województwie zakończyło działalność wskutek przejścia lekarza na emeryturę a obawiam się, że z roku na rok będzie takich miejsc coraz więcej. Marzy mi się, żeby ktoś pomyślał o programach edukacyjnych w mediach i tłumaczył ludziom, kiedy zgłaszać się do lekarza, co może zrobić lekarz rodzinny, kiedy trzeba skorzystać z SOR‑u, a kiedy dzwonić po pogotowie.
Przecież mamy publiczną prasę, telewizję, radio. Myślę, że taka edukacja szybko by dała efekty zdrowotne i organizacyjne. Pomarzyć mogę. Mąż mi zawsze mówił, że jestem idealistką, ale już się nie zmienię.

Czas zająć się pracą, a nie marzeniami i naprawianiem świata. Mam jeszcze do wypisania 50 recept, kilka skierowań do sanatorium, parę zaświadczeń dla różnych instytucji i będę mogła pójść do domu. Zapomniałam zadzwonić do NFZ, bo znowu w jakiejś tabelce nie zgadza się przecinek, ale to nie takie proste, tam telefony odbierają rzadko i nikt nie sprawdza im dostępności dla nas. I znowu mi się coś marzy.

Zadzwonię jutro, jutro też jest dzień!

Wioletta Szafrańska‑Kocuń