Wtorek

A miało być tak pięknie. Dzisiaj nie szczepimy na Covid, szczepimy dzieci. Musimy to robić szybko i sprawnie, bo za kilka dni minister obiecał pacjentom, że prawie wszyscy natychmiast zostaną przyjęci przez lekarza rodzinnego i to osobiście. Jak to zrobić technicznie i w reżimie sanitarnym już nie powiedział.

Pierwszy telefon z samego rana z Rzeszowa, zmarł pacjent zapisany do naszej przychodni. Ostatni raz był w przychodni rok temu, leki przewlekle brane pisane po informacji telefonicznej, kod poszedł SMS‑em. Dlaczego nie zmienił lekarza? Nie wiem. Lekarz z pogotowia w Rzeszowie wg relacji pacjentki stwierdził, że kartę zgonu ma napisać lekarz rodzinny. Mam nadzieję, że to nie jest prawda, chyba nikt nie jest aż tak głupi? Ale nic nie wiadomo.

W pewnym momencie słyszę podniesiony głos na korytarzu. Pacjent robi pielęgniarce awanturę, chce się zapisać na szczepienie i nie ma telefonu komórkowego. Tłumaczę, że musi podać numer, bo tak wymaga system. Może być numer syna, córki, wnuka, sąsiada. Pacjent twierdzi, że nie ma nikogo i ograniczamy jego wolność, bo jego na telefon nie stać. Jestem w przysłowiowej kropce. Jedna z pielęgniarek mówi mi jednak, że zaraz to załatwimy. Jak? Okazuje się, że od początku zapisów moje pielęgniarki (nie wszystkie), o czym nie miałam pojęcia, wpisują w system swój prywatny numer telefonu u tych pacjentów, którzy nie mają komórek i nikogo bliskiego. Jestem pełna podziwu, nie pomyślałam o takim rozwiązaniu i nie wiem, czy jest do polecenia innym, ale się sprawdza.

Dzisiaj zaczęła się też dalsza część serialu „zaświadczenia i maseczki”. Pan minister lub jego rzecznik powiedział na konferencji prasowej, że jak jest zaświadczenie, to nie trzeba nosić maseczki i duża część naszych pacjentów, całymi rodzinami, zaczyna odczuwać duszność. Po zaświadczenia dzwonią ci naprawdę chorzy (rzadko, bo oni praktycznie nie wychodzą z domu) i ci, co muszą mieć zaświadczenie natychmiast, bo właśnie muszą wyjść z domu np. na zakupy do marketu.

Miałam nie narzekać, miało być dzisiaj spokojnie i bez stresu. Ale już nie będzie. Zadzwoniła pacjentka, która wczoraj miała wynik testu na Covid nierozstrzygający, i teraz ma pretensje, że nie dostała skierowania na ponowny wymaz. Po przeczekaniu krzyków informuję, że wczoraj nie mogliśmy, dzwoniąc kilkakrotnie, do niej się dodzwonić. Na to słyszę, że nie musi odbierać każdego nieznanego numeru telefonu. Grzecznie tłumaczę, że lekarze dzwonią z własnych telefonów, żeby nie blokować numerów przychodni. Nie dociera. Krzyczy, że zrobi z nami porządek. Trudno. Niech robi.

Na zakończenie dnia przyszedł pacjent szczepiony kilka tygodni temu na Covid. Wysłaliśmy go po szczepieniu do szpitala z podwyższonym ciśnieniem i bradykardią. Długo trwały negocjacje, bo nie chciał jechać, twierdząc, że był już parę razy na SOR i nic mu nie pomogli, a siedział po kilkanaście godzin. Udało nam się go namówić po długich prośbach i nawet ratownicy z pogotowia bez dyskusji pacjenta zabrali. W szpitalu na cito wszczepili mu stymulator i czuje się jak nowo narodzony. Żona dzisiaj usmażyła racuchy z jabłkami i przyniósł do przychodni, żeby podziękować za uratowanie życia. Od razu poprawił nam humor na resztę dnia. Poczuliśmy, że może jednak jesteśmy potrzebni i robimy coś dobrego i nie wszyscy o wszystko mają do nas pretensje. Jak mało trzeba, żeby poczuć sens tego, co się robi i się uśmiechnąć. Czas do domu. Jutro też jest dzień!

Wioletta Szafrańska‑Kocuń