Dziecięca lektura, od której się można pochorować

Z piersi Zdzisia wydarł się bolesny jęk… Ustami zaczęły się toczyć drobne kropelki krwi… Po chwili usta jego otwarły się szeroko… Z kawałkami skrzepłej krwi wyszedł z ust chorego jakiś dziwoląg, podobny do pająka o kilkunastu ssawkach, zakończonych ostrym ryjkiem, jak u pijawki… I tak pojawia się Zarazek. Tytułowy bohater bajeczki dla dzieci!

Szata graficzna „Bajki o Zarazku” znacząco odbiega od współczesnych publikacji dla najmłodszych. Bura okładka i szary papier nie zainteresowałyby dziś nikogo. Ale książeczka wydana w 1928 roku przez łódzką oficynę, chyba by wytrzymała porównanie z wydawnictwami dla naszych dzieci i wnuków pod względem edukacyjnym. Skromna pozycja, ukazała się jako 9 tom cyklu „Moja Bibljoteczka”, była pewnie próbą ratowania fatalnego stanu higienicznego w przedwojennej Polsce. Możliwe, że ktoś ją dostał na Dzień Dziecka?

Wyszedł z ust chorego

Zabieg dydaktyczny autorki jest bardzo prosty. Czytelnik, dzięki rozmowie, jaką prowadzi główna bohaterka Zosia z tytułowym Zarazkiem, poznaje jego działanie i życie. Dowiaduje się, w jaki banalny sposób Zarazek może się dostać do ludzkiego organizmu i jak różne zwierzęta pomagają mu w podróżowaniu po świecie.

Bohaterkę poznajemy, gdy czuwa nad bardzo chorym młodszym braciszkiem. Chłopczyk gorączkuje, bardzo kaszle, pluje krwią. Od dłuższego czasu, ku zmartwieniu mamy i siostry leży w łóżku. Jak na bajkowe reguły przystało z wybiciem północy z kawałkami skrzepłej krwi wyszedł z ust chorego jakiś dziwoląg…

Jeśli ktoś się wzdrygnął i nie wierzy, że to lektura dla nieletnich uprzedzamy – to dopiero początek. Przedwojenna bajeczka serwuje czytelnikowi nagłe zwroty akcji, a ilość nieboszczyków jest godna dobrego kryminału. No, ale w końcu opowieść dotyczy Zarazka wywołującego śmiertelną chorobę.

Zarazek z ul. Piotrkowskiej

Dawno, dawno temu, bo jeszcze w XIX wieku, Szlama Mittler rozpoczął obwoźny handel książkami. Z czasem łódzka firma, którą przejął i rozwinął jego syn Abram Fajbus Mittler słynęła z druku pomocy szkolnych, czyli popularnych już wówczas opracowań i streszczeń zwanych brykami. Oficyna, księgarnia, antykwariat i wypożyczalnia książek działały w okresie międzywojennym pod dobrym łódzkim adresem przy ul. Piotrkowskiej 46. Abram Fajbus, wydawca „Bajki o Zarazku” musiał w latach 20. ubiegłego wieku stwierdzić, że tłumaczenie tekstów, wzory wypracowań, streszczenia podręczników i broszurki z rozwiązaniami zadań dla młodzieży szkolnej to nie wszystko. Że są jeszcze młodsi czytelnicy. Tak powstała seria „Moja Bibljoteczka”, w której do wybuchu wojny ukazywały się teksty o zacięciu dydaktycznym. Dziś może byśmy powiedzieli popularnonaukowe. Higieniczno‑medyczna historyjka o dziewczynce rozmawiającej z Zarazkiem jest jednym z nich. W serii była np. opowieść o kropli wody, czy o pieniądzu. Większość miała niemal identyczną okładkę, zaledwie kilka czarno‑białych ilustracji w środku.

Do dziś są do odszukania w bibliotekach ale też antykwariatach i na aukcjach internetowych. W cenach mniej niż skromnych.

Żerujemy w kanalikach

– Północnej godzinie możesz zawdzięczać tylko, że mnie zobaczyłaś gołem okiem i uwięziłaś w paluszkach… Bo zwykle ja i moje rodzeństwo jesteśmy drobnemi, maleńkiemi punkcikami, które można zobaczyć tylko pod szkłami silnie powiększającemi. Raz na dobę, o północy wolno nam wyjść na świat w postaci większej, tak, jak mnie teraz widzisz… Wówczas możemy pogawędzić z pająkami, z któremi znamy się bliżej… – perorował Zarazek, którego Zosia złapała za tłusty, gruby kadłub.

Czytelnicy, którzy nie lubią pająków, pewnie się zgodzą z autorką bajeczki, że zarazki i pająki, które chwytają muszki i wypijają z nich krew mają wiele wspólnego. Różnica jest taka, jak tłumaczył tytułowy, zagadkowy stwór – on mieszka w płucach.

– Płuco – a są dwa – jest jedną wielką siatką żyłek, po których krąży krew. My przebywamy w tej siatce czasem całemi latami… Żerujemy w kanalikach żyłek. Pożeramy ścianki krwionośne, tak że krew przelewa się w przewód oddechowy czy pokarmowy i bluzga na wierzch ustami chorego. Kiedy stoczymy całe płuca – człowiek umiera.

Żeby uświadomić przedwojennym odbiorcom, jak niewiele trzeba, by zachorować Zarazek relacjonuje swoje przygody. Raz dostał się do nosa młodej zdrowej pani, a przy oddechu wpadł do siatki płucnej. Gdy zakrztusiła się gorącą zupą Zarazek ze śliną trafił na bułkę, którą zjadł jakiś chłopczyk.

– W przełyku gardlanym wsiąkłem w śluz tchawicy. Stąd już łatwo odnalazłem drogę do płuc dziecka. Tu już zastałem dużo innych zarazków. Płuca były na wpół stoczone. Toteż niedługo popasaliśmy. Chłopczyk umarł. Ja przypadkowo znalazłem się na chusteczce, którą obtarto wargi krztuszącego się w śmiertelnym kaszlu chłopczyka. Jedna z much przetrząsnęła plwociny. Uczepiłem się jej kosmatej nogi i powędrowałem z nią daleko za miasto – opowiadał przerażonej Zosi Zarazek.

Na jego trasie mamy nawet wydarzenia wojenne.

Trumna to nie koniec

Pochowany razem z jedną ze swych ofiar, Zarazek był pewny, że gdy ciało gospodarza całkiem zgnije zginie i on. Tymczasem nastąpił niespodziewany zwrot akcji, do grobu wpadł granat armatni i w powietrze wyleciały, jak precyzuje autorka bajeczki, „zbutwiałe strzępy trumny wraz z ostatkami ludzkiej cielesnej materji”, a to wszystko opadło na nogę zranionego żołnierza. Gdzie Zarazek zręcznie przecisnął się przez poszarpane strzępy ciała i wgryzł w zgruchotany piszczel.

Dalej nasz bohater trafia do szpitala, gdzie chirurg obcina żołnierzowi zakażoną nogę, ale „maleńka odrobina tkanki upadła pod stół”…

Ponieważ lektura jest dostępna w wersji elektronicznej i bardzo łatwo po nią sięgnąć, nie będziemy zdradzać kolejnych przygód Zarazka.

Historia Zarazka, który krąży od bogatych pań, przez gospodarzy, dzieci, po żołnierzy nie była abstrakcyjna. W okresie międzywojennym niemal wszystkie przedmieścia Lublina nie były skanalizowane. Doły kloaczne opróżniano w prymitywny sposób. Lubelska służba zdrowia między I a II wojną światową nie mogła się uporać z najgroźniejszą chorobą społeczną, właśnie gruźlicą. Chorowali na nią dorośli i dzieci. Wpływ na to miały fatalne warunki mieszkaniowe i niski poziom higieny. W Łodzi pewnie nie było lepiej.

Jeszcze w 10 lat po wydaniu „Bajki o Zarazku” Lublin był na pierwszym miejscu w Polsce pod względem liczby chorych na gruźlicę i tyfus.

A Alicji Chylińskiej brak

„Historia złotówki”, „Historia o głupim Maciusiu i okrutnym Kasprze”, „Ukarane łakomstwo”, „Historia kropelki”, „Historia o gniazdku wróbli” i „Bajka o Zarazku”. Wszystkie pozycje wydał Abram Fajbus Mittler. Wszystkie w 1928 roku. Wszystkie mają jedną autorkę Alicję Chylińską.

I możliwe, że dopiero tu zaczyna się prawdziwa historia wstrzymująca dech w płucach. Alicja Chylińska nie istnieje w innym kontekście niż siedem tytułów wydanych przez Mittlera 92 lata temu. Książki meldunkowe Łowicza z pasującego okresu wspominają to nazwisko, ale żadnej Alicji. Przetrząsanie przewodników po Łodzi, pytanie bibliotek elektronicznych, zaglądanie do gazet z epoki i Muzeum Miasta Łodzi nie daje nic. Nawet wyszukiwarka osób pochowanych Grobonet nie daje żadnej informacji, choć ma w bazie 600 nekroplii.

Z informacji, opracowań i przypisów da się skleić historię rodziny Mittlerów. Jest malownicza opowieść o kamienicy przy Piotrkowskiej 46, gdzie działała ich oficyna, księgarnia i wypożyczalnia książek. Miała tu też siedzibę redakcja „Kuriera Codziennego”, który drukował w odcinkach „Ziemię obiecaną”, a Reymont sypiał na redakcyjnej kanapie. Od strony ul. Piotrkowskiej, od XIX wieku istniała apteka, w której Agnieszka Holland kręciła sceny „Gorączki”. Na podwórku „46” stoi do dziś budynek, który był prywatną bożnicą. I tak dalej. A Alicji Chylińskiej brak…

Janka Kowalska


Korzystałam z http://baedekerlodz.blogspot.com/, J. Marczuk „Rada Miejska i Magistrat Lublina 1918‑1939”.

„Bajka o Zarazku”ze zbiorów Polona.pl

Zdjęcie w winiecie – NAC