Częściej chorowali chłopcy

z dr n. med. Barbarą Hasiec,
lekarzem kierującym Oddziałem Chorób Zakaźnych Dziecięcych w szpitalu im. Jana Bożego w Lublinie,
rozmawia Anna Augustowska

  • Czy wbrew temu, co od początku epidemii się mówiło, że młodzi i dzieci nie chorują na Covid‑19, do oddziału, którym Pani kieruje, trafiali mali pacjenci?

– Oczywiście, że tak. Zresztą u dzieci objawy COVID‑19 mogą być podobne, jak u dorosłych, chociaż dzieci częściej mają je łagodniejsze, podobne do przeziębienia i rzadziej wykazują zmiany w badaniach laboratoryjnych i radiologicznych. Najczęściej występują u nich zakażenia bezobjawowe lub od łagodnych po średnie. Od połowy marca w Oddziale Chorób Zakaźnych Dziecięcych było konsultowanych 28 dzieci z potwierdzonym COVID‑19, część z nich, ok. 17, wymagała hospitalizacji. Pozostałe miały przebieg bezobjawowy, lub trafiły na oddział na kilka dni, w ostrym okresie choroby i potem były kierowane do izolacji domowej lub do izolatorium z zakażonym rodzicem, mamą lub ojcem. Należy podkreślić, że dzieci wywodziły się ze znanych ognisk zakażenia, najczęściej rodzinnych. Tylko w jednym przypadku trudno było określić źródło zakażenia. Jest to niewątpliwie wynik ograniczenia kontaktów w społeczeństwie.

Wiek dzieci był różny – czworo dzieci było między 2 a 3 rokiem życia, pozostałe powyżej 6 lat. Żadne dziecko nie było dzieckiem z grupy ryzyka, to znaczy nie miało chorób towarzyszących. Jeśli chodzi o płeć – przeważali chłopcy. Typowe objawy to: najczęściej gorączka czasem do 39 stopni, kaszel, katar, ból gardła, bóle mięśni, rzadziej biegunka i zaburzenia smaku. Nikt z naszych pacjentów nie wymagał respiratora, ale i na taką ewentualność byliśmy przygotowani. Z tej grupy dzieci do chwili obecnej (połowa maja) wyzdrowiało 26 dzieci. Średni czas utrzymywania się koronawirusa w organizmie to dwa tygodnie, ale mieliśmy chłopca, u którego koronawirus utrzymywał się 5 tygodni.

  • Czy dzieci trafiały na oddział z polecenia lekarzy poz?

– W okresie epidemii do oddziału było kierowanych dużo dzieci z podejrzeniem koronawirusa. To grupa ok. 150‑200 pacjentów, wszystkie dzieci gorączkowały, część z nich była ciężko chora. Początkowo były to dzieci z grypą, a potem z ciężkimi zakażeniami bakteryjnymi. Z powodu ograniczeń dostępu do lekarzy, były to dzieci najczęściej przetrzymane w domu, nie powiem, że bez leczenia, ale z niewystarczającym leczeniem.

Zakażone dzieci z dodatnim wynikiem SARS‑CoV‑2 przywożone były przez karetki z ratownikami medycznymi lub ze znanych ognisk epidemicznych.

  • Jak wygląda leczenie dzieci z COVID‑19? Czy jest inne niż dorosłych?

– Procedura postępowania, jeśli chodzi o diagnostykę jest podobna u dzieci, jak i u dorosłych. Wszystko zależy od stopnia nasilenia choroby. Wszystkie dzieci z objawami SARS‑CoV‑2 wymagają leczenia objawowego. Należy unikać leków w postaci aerozolu, ponieważ ich stosowanie zwiększa ryzyko transmisji wirusa. Nie ma udowodnionego, popartego badaniami klinicznymi, leczenia przyczynowego. Ok. 2 proc. dzieci choruje na COVID‑19 ciężko i może wymagać intensywnej terapii.

Leczenie powinno być rozpoczęte jak najszybciej po rozpoznaniu, gdy objawy są łagodne. Z dostępnych publikacji wynika, że leki obniżają wiremię, skracają czas wydalania wirusa z nosogardła, przyśpieszają zdrowienie. U dzieci proponowane jest zastosowanie chlorochiny w skojarzeniu z azytromycyną. Dokładne wytyczne są w rekomendacjach zespołu doradczego ekspertów ds. dzieci podejrzanych i zakażonych SARS‑CoV‑2.

Jeśli chodzi o nowe terapie to myślę, że w sytuacji zagrożenia życia będziemy po nie sięgać. Oczywiście po uzyskaniu zgody Komisji Bioetycznej, rodziców dziecka, a także jego samego, jeśli ma powyżej 16 lat i w oparciu o wyniki leczenia u dorosłych. Dopiero uczymy się tego wirusa.

  • Jak wygląda sprawa obecności rodziców przy hospitalizowanych dzieciach?

– Dzieci kilkunastoletnie przebywały same. Dzieci młodsze z jednym z opiekunów zdrowym lub chorym bezobjawowo, gdy pobyt z dzieckiem w oddziale nie zagrażał jego zdrowiu. Gdy tylko było to możliwe, wypisywaliśmy dziecko do izolacji domowej lub w izolatorium. Taką opcję chętnie wybierali rodzice.

  • Czy nie brakuje środków ochrony osobistej ?

– Lekarze naszego oddziału przygotowywali się do ewentualnej epidemii już od połowy stycznia. Wtedy trafiła do nas dziewczynka z Pekinu, która odwiedziła brata, który tam pracuje. Miała cechy infekcji, gorączkę i podejrzenia zakażenia koronawirusem. Podejrzenie się nie potwierdziło, ale już wtedy zaczęliśmy gromadzić sprzęt ochrony osobistej. Czytaliśmy codziennie wytyczne ECDC i GIS. Reorganizację oddziału rozpoczęliśmy po pierwszych zachorowaniach we Włoszech. Kiedy więc pojawiły się w Polsce zachorowania, byliśmy już przygotowani. Oczywiście cały czas starania dyrekcji szpitala, LIL, sponsorów, a także wsparcie władz wojewódzkich i samorządowych, sanepidu i służb ratownictwa sprawiły, że nie czuliśmy się osamotnieni.

Wszyscy pracownicy oddziału byli parę razy testowani. Nikt nie uległ zakażeniu, to najlepszy dowód na to, że dajemy radę.

Jednak jeśli chodzi o koronawirusa byłabym ostrożna w ocenie, jeśli chodzi o dzieci. Pamiętajmy, że przebywaliśmy do tej pory w pewnej izolacji. Są przecież w populacji dzieci z grupy ryzyka. Amerykanie i Anglicy publikują nowe objawy lub powikłania, jeśli chodzi o populację dzieci. Okazuje się, że ryzyko powikłań u młodych ludzi jest wyższe niż sądzono.

Koronawirus może wywołać nową wieloukładową chorobę zapalną, której objawy są podobne do choroby Kawasakiego. Jest już opublikowany cały album zmian skórnych, towarzyszących tej chorobie. Coraz częściej też się mówi, że pierwszymi objawami u dzieci mogą być dolegliwości ze strony przewodu pokarmowego.

  • Czy epidemia zmieni podejście rodziców do obowiązkowych szczepień?

– Szkoda, że potrzeba aż epidemii, aby ludzie zrozumieli, że w przypadku masowych zachorowań na choroby zakaźne najskuteczniejszą formą ochrony są szczepienia.