Bez muzyki życie nie ma smaku

z Agnieszką i Dariuszem Wawrzoszek,
lekarzami melomanami, wielbicielami muzyki poważnej,
rozmawia Anna Augustowska

  • Najpierw była muzyka, czy miłość?

Dariusz Wawrzoszek: Zdecydowanie miłość do muzyki była pierwsza, bo w naszym wypadku oboje już w dzieciństwie pokochaliśmy muzykę. Miałem góra 10 lat, kiedy przypadkowo w czasie wizyty u kuzynów wysłuchałem słynnego koncertu fortepianowego b‑moll op. 23 Piotra Czajkowskiego i… zachwyciłem się! Kuzyni mieli adapter Bambino i płyty z muzyką poważną. To było coś wspaniałego! Od tamtej chwili nie przestałem żyć muzyką – tak jest do dziś!

Agnieszka Wawrzoszek: Mój Tata miał wspaniały głos – był tenorem, nie tylko śpiewał, ale też grał ze słuchu, a Mama jako wielbicielka operetek słuchała najsłynniejszych wykonań niemal codziennie. Wychowywałam się w domu pełnym muzyki, rodzice też zabierali mnie na koncerty i spektakle do opery. Często jeździliśmy do Warszawy. Pamiętam, że pierwszą operą, jaką zobaczyłam w Teatrze Wielkim była „Halka” Stanisława Moniuszki.

  • Jednak nikt z Państwa nie wybrał edukacji muzycznej?

D.W.: Mimo mojej pasji i naprawdę głębokiej potrzeby obcowania z najwspanialszą ze sztuk – nie miałem takiej możliwości. W Lubaczowie, skąd pochodzę, nie było szkoły muzycznej. I tak byłem szczęściarzem, bo przez kilka lat brałem lekcje gry na pianinie (w domu był stary, piękny instrument), ale na tym się skończyło. Chociaż została mi umiejętność czytania nut, co bardzo się przydaje. Po maturze w lubaczowskim ogólniaku (klasa matematyczno‑fizyczna) wybrałem studia medyczne, ale muszę dodać, że gdybym mógł ponownie wybierać zawód, to dzisiaj zdecydowałbym się na studia muzyczne. Moim marzeniem była praca w zespole orkiestry filharmonicznej.

A.W.: Chyba nie myślałam o zawodzie muzyka, w liceum marzyłam o polonistyce i dziennikarstwie. Moje muzyczne działania były skromne – śpiewałam w szkolnym chórze i z koleżankami w zespole typu „Filipinki” – nazywałyśmy się chyba „Siódemki”. Po maturze w III LO im. Unii Lubelskiej (klasa ogólna – dodam, że co miesiąc obowiązkowo chodziliśmy razem na koncerty do filharmonii) także wybrałam studia na wydziale lekarskim. Być może na tę decyzję miał wpływ mojej Mamy, która była lekarzem i pracowała jeszcze wiele lat po przejściu na emeryturę, tak bardzo kochała ten zawód. To się udziela i ja też już od 40 lat nieprzerwanie pracuję i to w tym samym miejscu, czyli na oddziale chorób wewnętrznych w Szpitalu Neuropsychiatrycznym!

  • Czyli spotkanie dwojga medyków kochających muzykę zdarzyło się na uczelni?

A.W.: Na piątym roku, a było to w 1979 roku, poszliśmy razem na koncert wirtuoza fortepianu Światosława Richtera! Oczywiście do lubelskiej filharmonii, która mieściła się w pięknej sali w budynku Teatru im. Osterwy (wejście od ul. Kapucyńskiej). Mój przyszły mąż – wtedy jako kolega – zaprosił mnie na to wyjście trochę z zaskoczenia, bo poza sporadycznymi spotkaniami w zasadzie się nie znaliśmy. Najpierw była przyjaźń, a po koncercie w filharmonii dopiero uczucie.

D.W.: I już wkrótce, bo 10 stycznia 1981 roku, wzięliśmy ślub. Było niezwykle, bo w kościele KUL‑owskim, w którym ślubu udzielił nam sam ks. prof. Tadeusz Styczeń, towarzyszyły nam aż dwa chóry: męski chór „Echo” i chór Akademii Medycznej, w którym śpiewałem od pierwszego roku studiów.

  • I dopiero się zaczęło! Rozumiem, że stworzyliście Państwo dom bardzo muzyczny. Słuchacie tego samego?

A.W.: Ja przede wszystkim kocham muzykę operową i operetkową, ale to nie znaczy, że tylko do niej się ograniczam. Z równą przyjemnością słucham muzyki symfonicznej, ale od klasycyzmu do muzyki współczesnej. Mąż kocha muzykę dawną (chorał gregoriański, renesans). To oczywiście nas nie dzieli – raczej dajemy sobie wolną rękę, jak ktoś z nas chce jechać sam na ukochany koncert, to nie robimy z tego problemu. Zdecydowanie jednak słuchamy muzyki razem.

D.W.: To prawda. Mamy nawet roczny grafik festiwali i koncertów, których chcemy wysłuchać i według którego, co tu kryć, żyjemy od początku naszego małżeństwa. Dlatego teraz z powodu epidemii tak bardzo ubolewamy, że muzyki słuchanej na żywo – po prostu nie ma. Nawet nasz lekarski chór „Continuum”, w którym śpiewam (tenor) musiał zawiesić swoją działalność…

  • Takie wyjazdy, próby chóru i chodzenie na koncerty, chyba trudno pogodzić z pracą zawodową?

D.W.: Nam się to zawsze udawało, nawet jak wychowywaliśmy dzieci. Oczywiście na pewno pomaga nam to, że oboje kochamy muzykę i jest dla nas tak bardzo ważna. Ja zrobiłem specjalizację z okulistyki – zresztą uważam się za ucznia prof. Tadeusza Krwawicza (pięć lat pracowałem na oddziale okulistyki w Lubartowie, gdzie prof. Krwawicz przeprowadzał operacje), a później zrobiłem drugą specjalizację – z medycyny nuklearnej – i pracowałem najpierw w Zakładzie Medycyny Nuklearnej AM, a następnie prowadziłem Zakład Medycyny Nuklearnej w dawnym Szpitalu Kolejowym. Chcę podkreślić, że zawsze mogłem liczyć na moją żonę i bardzo się starałem, abyśmy dzielili wszystkie obowiązki po równo, aby potem razem cieszyć się muzyką.

A.W.: Tak było i jest nadal. Możemy mieć inne ukochane gatunki muzyczne, ale zawsze pomagamy sobie w organizowaniu wyjść związanych z muzyką.

  • Proszę więc zaproponować ‑ przynajmniej kilka takich „wypadów” – bo miejmy nadzieję, że po epidemii świat muzyki znowu stanie otworem.

D.W.: Spróbujemy, chociaż to nie takie łatwe, w muzyce dzieje się naprawdę bardzo, bardzo dużo, co przysparza kłopotu z wyborem. Bardzo lubimy i od 15 lat uczestniczymy w Festiwalu Chopinowskim w Dusznikach Zdroju – najstarszym na świecie nieprzerwanie działającym festiwalu pianistycznym i zarazem najstarszym polskim festiwalu muzycznym; mój ukochany festiwal, w którym staram się zawsze uczestniczyć to festiwale muzyki dawnej „Pieśń Naszych Korzeni” w Jarosławiu, festiwal im. Kromera w Bieczu, „Muzyka w Raju” w Paradyżu (woj. lubuskie). Jesteśmy wiernymi słuchaczami festiwalu „Chopin i jego Europa” (Warszawa) i Festiwalu Beethovenowskiego w Krakowie. Kochamy też fantastyczną salę koncertową NOSPR w Katowicach. Bardzo ciekawy program oferują festiwale muzyczne w Orońsku (polskie centrum rzeźby) oraz w Wąchocku.

A.W.: Ja dodam festiwal operetkowy w Ciechocinku; koncerty operowe w ramach Opera Rara (Kraków), nasze ukochane koncerty Warszawskiej Opery Kameralnej (to jedyne miejsce na świecie, gdzie w ciągu jednego sezonu wykonuje się wszystkie opery Mozarta!); a także nałęczowskie Bell Canto (śpiew) i nałęczowskie warsztaty pianistyczne, prowadzone przez prof. Brzozowskiego; a także słuchane w Teatrze Starym w Lublinie transmisje na żywo wielkich oper z Metropolitan Opera z Nowego Jorku.

  • co z lżejszą muzyką? Domyślam się, że rap, hip‑hop czy disco‑polo to nie są Państwa klimaty?

A.W. i D.W.: Oj nie!!! Ale chętnie byśmy czasem posłuchali dobrej polskiej piosenki np. w wykonaniu Zbigniewa Wodeckiego czy Ireny Jarockiej. Jedno jest pewne – muzyka jest niezbędna!