Znakomicie wykształceni, zbyt nisko wynagradzani

z prof. Jerzym Kowalczykiem, konsultantem krajowym w dziedzinie onkologii i hematologii dziecięcej, rozmawia Jerzy Jakubowicz

  • Od 20 lat jest Pan konsultantem krajowym w dziedzinie onkologii i hematologii dziecięcej. Jakie obecnie stoją problemy przed tą specjalnością?

– Od początku pełnienia funkcji konsultanta krajowego – cały czas – toczę walkę o dwie rzeczy. Po pierwsze o organizację opieki nad dzieckiem z chorobą nowotworową w Polsce, która jest dobrze ustawiona i czasami muszę nawet hamować różne „zapędy reformatorskie”, aby nie uszkodziły tego, co jest dobrze zbudowane. Obecny system opieki nad dziećmi zdaje egzamin, wszyscy pacjenci objęci są opieką ośrodków specjalistycznych, a wyniki uzyskiwane w leczeniu są porównywalne z innymi ośrodkami zagranicznymi. Tymczasem w onkologii pacjenta dorosłego wyniki terapii uzyskiwane w Polsce odbiegają od tych w Europie Zachodniej na co składa się cały szereg czynników, w tym organizacyjne. Ponieważ bardzo wielu dorosłych choruje na nowotwory, a choroby dzieci stanowią tylko 1 proc. wszystkich nowotworów naszej populacji, to nie można przekładać zmian organizacyjnych w sposób automatyczny na system opieki dla dzieci. Od początku byliśmy przekonani, że pakiet onkologiczny w onkologii dziecięcej to jest wyważanie otwartych drzwi, bo nasi pacjenci są przyjmowani na bieżąco, leczenie jest w 90 proc. wdrażane błyskawicznie, w ciągu 2-3 dni od pojawienia się pacjenta. Włączenie leczenia u dzieci dopiero w ciągu 6 tygodni było dla nas czymś kompletnie bzdurnym. Konsylia specjalistów wprowadziliśmy dawno, już wiele lat temu. W związku z tym walczyłem o to, aby onkologia dziecięca była z pakietu onkologicznego wyłączona i po wielu dyskusjach Ministerstwo Zdrowia to zrozumiało.

 

  • Będąc konsultantem krajowym zrobił Pan bardzo dużo dla małych pacjentów i ich rodzin.

– Prawdę mówiąc, uważam, że to stanowisko powinien objąć już ktoś młodszy. Wychowaliśmy bardzo wielu znakomitych onkologów, którzy mają uznanie w gremiach międzynarodowych i mają zdolności organizacyjne – dlatego pałeczkę powinni przejąć młodsi koledzy. Dzięki temu da się utrzymać taki wysoki poziom leczenia nowotworów u dzieci. W ramach Polskiego Towarzystwa Onkologów i Hematologów Dziecięcych chcemy
te zmiany przeprowadzić. Myślę, że również w nadzorze specjalistycznym są konieczne pewne zmiany pokoleniowe, aby przyszli nowi ludzie z nowymi koncepcjami, przed którymi staną nowe wyzwania. Przez ostatnich 20 lat walczyłem, żeby finansowanie onkologii dziecięcej było na takim poziomie, aby dało możliwość wykorzystania wszystkich osiągnięć współczesnej medycyny dla ratowania życia dzieci z nowotworami. Uważam, że to finansowanie jest wciąż niedostateczne, ale jednak, na szczęście, umożliwia nam przyzwoite leczenie, bo, to muszę przyznać, finansowanie na leki, na diagnostykę jest wystarczające.

Niestety, pieniądze nie są wystarczające, aby docenić wysoko wykwalifikowaną kadrę specjalistów, którzy pracują na naszych oddziałach. To jest problem, bo ci specjaliści mogą pracować wszędzie. Rezydenci, stażyści po zaliczeniu praktyk stwierdzają, że po pobycie tutaj nauczyli się właściwie całej pediatrii, bo u nas jest przekrój wszystkich możliwych zaburzeń ze strony wszystkich narządów. W chwili obecnej w naszych 18 ośrodkach w kraju pracuje 160 specjalistów z onkologii i hematologii dziecięcej, mamy 40 osób specjalizujących się. Na potrzeby oddziałów szpitalnych ta liczba jest wystarczająca, natomiast jest niewystarczająca, aby zapewnić dzieciom opiekę ambulatoryjną. Chcielibyśmy otworzyć poradnie hematoonkologiczne w takich miastach jak: Biała Podlaska, Chełm, Puławy, Zamość, aby rodzice z błahą sprawą nie musieli jechać do Lublina. Nasi lekarze powinni być lepiej wynagradzani, co dotyczy także pielęgniarek. Praca u nas na oddziale jest bardzo stresująca, bo opiekujemy się dzieckiem, którego życie jest zagrożone. Chemioterapia wymaga niezwykłej koncentracji i uwagi, bo pomyłka w dawce leku o 1/10 mg lub nawet mniej, może mieć katastrofalne znaczenie. Lekarze i pielęgniarki wypalają się zawodowo i dochodzą do wniosku, że mając taki wysoki poziom wiedzy i umiejętności poradzą sobie wszędzie. Wyjeżdżają za granicę, szukając lżejszej pracy, wcale gorzej nie wynagradzanej, a nam świetnie wykształconych specjalistów ubywa.