Zadąć w dudy

Lekarz z pasją

z Arturem Machajem, absolwentem lubelskiego UM, stażystą w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Lublinie i dudziarzem, rozmawia Anna Augustowska

  • Zacznijmy od tego, że dudy…

– …to nie kobza. To dwa całkiem inne instrumenty, które są powszechnie mylone.

Kobza jest instrumentem strunowym, rodzajem lutni, występującym m.in. na Ukrainie, gdzie była ulubionym instrumentem Kozaków. Dudy zaś to instrument dęty, z mieszkiem i piszczałkami. Dudy do dziś są bardzo popularne w Szkocji i Irlandii, ale nie tylko. Na dudach gra niemal cały świat; występują w muzyce Hiszpanii, Francji, także Bułgarii, Czech i Polski, gdzie nazywane są m.in. kozą.

Prawdopodobnie pomyłka w nazywaniu dud kobzą wzięła się z błędu w tłumaczeniu. Trudno to jednoznacznie dziś stwierdzić. Warto natomiast wiedzieć, że dudy należą do najstarszych instrumentów muzycznych, jakie towarzyszą ludziom. Źródła historyczne mówią, że przywędrowały do Europy z Azji, z obecnych terenów Iranu i Iraku.

 

  • Przywędrowały też do Pana. Od kilku lat jest Pan dudziarzem – jak to się stało?

– Muszę podkreślić, że gram na dudach z pasją, ale nie jestem muzykiem. Mówię o sobie, że jestem dudziarzem hobbystą-entuzjastą. A skąd to się wzięło? Nie umiem powiedzieć. Może odezwały się geny, bo mój dziadek grał na saksofonie? Ale naprawdę, to jeszcze kiedy byłem w szkole i po raz pierwszy usłyszałem grającego dudziarza, ta muzyka zrobiła na mnie silne wrażenie. Zacząłem zwracać na nią uwagę, potem szukać w Internecie itd., ale rodzice – mama jest lekarzem dentystą, tata pediatrą – kładli nacisk na to, abym przede wszystkim zajmował się nauką, bo medycyna wymaga poświęcenia i pracy a nie uprawiania dość dziwacznego hobby, jakim jest granie na dudach. Pasja musiała więc trochę poczekać.

 

  • Rozpoczął Pan studia na Wydziale Lekarskim w Szczecinie i to właśnie wtedy rozpoczęła się przygoda z dudami?

– Uznałem wtedy, że same studia to za mało, i że nauka gry na dudach to będzie dla mnie najlepsze uzupełnienie studiów. Okazało się jednak, że to nie takie proste. Internet okazał się tu niezastąpiony. Chwyty, nuty, płyty CD a także instrument, na którym można nauczyć się podstaw gry na dudach, czyli przebierka (wygląda jak flet prosty) – wszystko to zgromadziłem korzystając z Internetu i zacząłem ćwiczyć. Szybko zrozumiałem, że to jest to!

  • Ale jeszcze nie grał Pan dla publiczności?

– Nie było o tym mowy! Po drugim roku studiów przeniosłem się na UM w Lublinie i okazało się, że mieszka tu doświadczony dudziarz. Udało mi się z nim spotkać, przesłuchał mnie, pochwalił i udzielił kilku ważnych rad, utwierdzając zarazem w tym, że dudy to instrument, na którym chcę grać coraz lepiej. Do dzisiaj mamy zresztą świetny kontakt.

Przyjeżdżając do Lublina związałem się także z uczelnianym chórem – śpiewam w nim mimo ukończenia studiów – a przychylność szefostwa chóru pozwala mi korzystać z sali prób. To ważne, bo trudno ćwiczyć grę na dudach np. w akademiku. Ja ćwiczę w specjalnych słuchawkach ochronnych.

  • Dudziarz potrzebuje instrumentu. Łatwo kupić dobre, profesjonalne dudy?

– Najłatwiej byłoby mieć sporo pieniędzy i kupić je w Szkocji, ponieważ ja gram na dudach szkockich. Można jednak nie wydawać majątku. Tu znowu pomógł mi Internet. Co prawda nie aplikowałem po dudy z górnej półki – takie mają m.in. drewniane (hebanowe) piszczałki, inkrustowane grawerowanym srebrem lub niklem i skórzany worek – ale nie o to chodzi, aby się snobować, tylko aby dobrze grać na dudach, które mają ciekawe brzmienie. Dzisiaj gram na dudach, które mają czarne hebanowe patyki (z ozdobami wykonanymi z niklu i imitacji kości słoniowej) i hybrydowy worek (syntetyk z zewnątrz pokryty skórą).

 

  • Dudy wymagają jeszcze czegoś – odpowiedniego stroju, czyli m.in. słynnej spódniczki?

– Dudziarz szkocki ubiera się w kilt, czyli spódnicę – ja mam cztery (różnią się kolorem), białą koszulę z krawatem a także specjalne buty, które sprowadziłem sobie – nie bez przygód – ze sklepu w Edynburgu. Tak ubrany gram publicznie, zwykle na ślubach, uroczystościach typu urodziny, czy np. w czasie wręczania dyplomów ukończenia studiów na Uniwersytecie Medycznym.

 

  • Pamięta Pan pierwszy występ?

– Oczywiście – to był ślub. Na miejscu okazało się, że mam prowadzić do ołtarza pannę młodą. Dziewczyna szła z ojcem, a ja miałem iść przed nimi i grać, wspólnie ze mną miał grać organista. Nie kryję, że miałem obawy, czy uda się nam to pogodzić. Daliśmy radę. Bardzo ciekawe zadanie miałem też na urodzinach, w czasie których jubilat miał otrzymać bardzo szlachetną whisky. Ceremonii wręczania tego prezentu miała towarzyszyć muzyka dudziarza.

 

  • Łatwo godzi Pan pasję z medycyną?

– Jak widać jest to możliwe. Oczywiście nie wiem, jak będzie to wyglądało, kiedy zacznę normalnie pracować, będę miał dyżury itd., ale jestem dobrej myśli. Moim medycznym marzeniem jest radiologia. Na razie odbywam staż i coraz bardziej się upewniam, że medycyna to był najlepszy wybór.

Napisz komentarz