Zaczarowany ogród pastelą malowany

z Heleną Marczak-Jaśkiewicz, dentystką, która pasjonuje się malarstwem, rozmawia Anna Augustowska

• Kiedy rozmawiamy kończy się luty a Pani już wybiera się na działkę. Chociaż na kwiaty – ulubiony temat Pani prac malarskich – trzeba będzie jednak poczekać?
– Zdecydowanie! Ale jest już tak piękna pogoda, że muszę zajrzeć do mojego ogrodu, sprawdzić, co się dzieje, jak ogród przetrwał zimę, zorientować się, co trzeba zaplanować na nadchodzące tygodnie.
Zaraz przecież ruszy sezon, rośliny będą się budzić do życia i ja nie mogę się już doczekać, aby je pielęgnować, sadzić, być wśród nich. Z roślinami trzeba rozmawiać, głaskać, chwalić je, że pięknie rosną. Ja o moje „ranczo” dbam już od 35 lat!

• Przygoda z malowaniem też zaczęła się na działce?
– W zasadzie tak. Byłam już bardzo dorosła, siedziałam na działce z moimi dziećmi i zaczęłam rysować kredkami. To był taki moment, który się pamięta. Otworzył mi drzwi do pasji, która towarzyszy mi już ponad 30 lat. Chociaż rysować i malować lubiłam od dziecka. Tak bardzo mnie to pasjonowało, że moim marzeniem stała się nauka w liceum plastycznym. Bardzo chciałam pójść do plastyka w Nałęczowie. Jednak rodzice nie byli tym pomysłem zachwyceni. Tata – nauczyciel matematyki w Kurowie – stanowczo wybił mi to z głowy i tak zaczęłam naukę w Puławach w słynnym Liceum Ogólnokształcącym im. ks. A. J. Czartoryskiego.

• Matura w tak prestiżowym ogólniaku to był zapewne klucz na wyższe studia?
– Nie było problemu z dostaniem się na studia – raczej z ich wyborem. Muszę przyznać, że nie ciągnęło mnie na stomatologię – od początku to wiedziałam, ale byłam posłuszną córeczką i skoro rodzice, a szczególnie mama, uznali, że powinnam studiować ten kierunek, nie buntowałam się. Pojechałam nawet na drugi koniec Polski, z Kurowa do Szczecina. Mamy brat, który był lekarzem, mieszkał niedaleko. Miałam tylko 17 lat! Studia na Pomorskiej Akademii Medycznej poszły jak z płatka, ale nie zagrzałam tam miejsca i znad morza wróciłam zaraz po dyplomie na Lubelszczyznę.

• A malowanie?
– Malowanie przyszło dużo później. Wcześniej była rodzina, wychowywanie dzieci i praca: lubelski ZOZ, gabinet w Kurowie, przychodnia studencka przy ul. Langiewicza w Lublinie, pracowałam też w szkolnym gabinecie. Później, po latach pracy we własnym gabinecie, zdecydowałam się go zamknąć i teraz pracuję w jednej z lubelskich przychodni. Od kwietnia do jesieni dzielę czas między działkę, która mieści się nad jeziorem Piaseczno, a gabinetem. I oczywiście maluję! Może już nie tak intensywnie i dużo jak przed laty, ale cały czas to moje ukochane zajęcie.

• Przed laty prezentowała Pani swoje prace w Galerii u Lekarzy w LIL: „Maluję z potrzeby malowania” – mówiła Pani wtedy.
– I nic się nie zmieniło – maluję, bo tego potrzebuję. Odpoczywam, relaksuję się, czerpię energię, kiedy zanurzam się w świat moich malowanych kwiatów czy pejzaży. To mnie nigdy nie męczyło,
nawet po najbardziej ciężkim dniu w pracy znajdowałam siłę, aby późnym wieczorem zamknąć się w pokoju i malować.
Moją ulubioną techniką jest sucha pastel, na pozór łatwiejsza od farb olejnych, które też czasem stosowałam, a już na pewno od akwareli, która jest niezwykle wymagającą techniką. Pastele pozwalają mi wyrazić moją wrażliwość na piękno przyrody, oddać wszelkie subtelności kolorów, ich tony i odcienie. To ważne, bo maluję głównie kompozycje kwiatów, martwe natury, czasami pejzaż, ale nie stronię też od portretu, zwłaszcza kobiecego a on wymaga subtelności.

• Są portrety, które nie tylko cieszyły ich właścicieli, ale…
– …ale wspierały Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Tak się złożyło, że portret Alicji Bachledy-Curuś, która grała Zosię w „Panu Tadeuszu” Andrzeja Wajdy przekazałam na aukcję Orkiestry Jerzego Owsiaka. Kiedy rok później na ten sam cel przekazałam z kolei portret Otylii Jędrzejczak okazało się, że wylicytował go ten sam uczestnik aukcji, który rok wcześniej kupił „Zosię”.
W sumie namalowałam co najmniej 50 portretów! To naprawdę trudne zadanie. Trzeba umieć oddać nie tylko wierne odbicie ludzkiej twarzy ale także jego duszę, osobowość. Jednak to kwiaty zawładnęły moją duszą i ich portrety, czy to w wazonach czy też wkomponowane w pejzaż łąki albo ogrodu są moją nieustającą pasją.
Prezentowałam swą twórczość na wystawach indywidualnych – w Galerii „Amsterdam” (w 2000 r.), w pasażu Centrum Handlowego E. Leclerc (w 2003 r.) oraz w Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej z okazji 50-lecia istnienia Studium Języków Obcych (w 2004 r.). Ta wystawa tak się spodobała, że pracownicy studium zamówili u mnie portret ówczesnego rektora UMCS Mariana Harasimiuka. Był tym bardzo mile zaskoczony.

• A autoportrety też Pani malowała?
– Nie, na to się nigdy nie zdecydowałam – ale mam swój portret wykonany przez Edmunda Tracza, malarza, który pięknie malował w oleju. I był trochę moim mistrzem. Dał mi kilka bardzo ważnych wskazówek, w końcu jestem samoukiem, który nigdy nie korzystał z lekcji, czy warsztatów z malarstwa. Ale gdybym dzisiaj miała dokonać wyboru drogi życiowej, zdecydowanie poszłabym na akademię sztuk pięknych.