Za łgarstwa zapłacimy zdrowiem

Ilekroć biały personel raz na dziesięć lat tupnie nogą i upomni się o swoje, tylekroć zasadność jego postulatów natychmiast przykrywa ogólnonarodowa debata o etyce lekarskiej. Hipokrates i Judym stają się natychmiast dyżurnymi strażnikami i drogowskazami ku zawodowej i moralnej doskonałości.

Ale nie tylko oni. Zapowiedzi, że lekarze będą pracować mniej, minister Radziwiłł odebrał jako uderzenie w podstawy etyki lekarskiej. A wezwania do wypowiadania klauzuli opt-out uznał za skandaliczne i haniebne. „Myślenie o pieniądzach nie jest w życiu najważniejsze. Warto pracować dla jakiejś idei” – przekonywał protestujących rezydentów marszałek Senatu i chirurg Stanisław Karczewski. Niejeden lekarz chętnie by się oddał każdej idei w zamian za połowę aktualnej gaży parlamentarnej Doktora Karczewskiego.

Przypomnijmy, że etyka lekarska to tylko zbiór norm, regulujących stosunek lekarza do pacjenta i stosunki pomiędzy lekarzami, oraz określających zakres i sposób działania lekarza tak, aby były one zgodne z zasadami etyki ogólnoludzkiej. I tu właśnie zaczynają się bardzo strome schody, na których połamał sobie nogi już niejeden mędrzec. Bo nie ma idealnego wzorca etycznego do zastosowania w medycynie niczym wzorzec kilograma, przechowywany w Międzynarodowym Biurze Miar i Wag w Sèvres koło Paryża.

 

Banały i oklepane sądy

Truizmem, żeby nie powiedzieć banałem i starą śpiewką jest troska lekarza o zdrowie i życie pacjenta. Życie jednak składa się również z wyjątków od oklepanych sądów. Dzisiejsza młodzież lekarska huknęła jak z armaty czterotygodniową głodówką, która pomimo ignoranckich trików ze strony rządu, obiegła niemal wszystkie najważniejsze światowe serwisy agencyjne. Czyli sprawdziła się stara prawda: dyskusja w ochronie zdrowia drgnęła wokół tego, co medialne. Chociaż tu i ówdzie pomrukiwano, że protest głodowy nie przystoi lekarskiej profesji, bo lekarz ma propagować postawy prozdrowotne. Apologetom takich śmiesznych teorii przypominam, że kontrolowane głodowanie i spożywanie tylko niskomineralizowanej wody jest bardziej skuteczne niż wielotygodniowa dieta. Oczywiście głodówki heroicznej, prowadzącej nieuchronnie do śmierci, nie można pod żadnym pozorem zaakceptować. Ale przecież nikt nie umarł, ani nawet nie zemdlał. A co najwyżej trochę podniósł ciśnienie tym, którzy dumnie uważają, że pacjentom niczego w Polsce nie brakuje, z wyjątkiem lekarskiej wielkoduszności, ciepła i czułości, oraz wyrozumiałości i szczypty altruizmu dla Dobrej Zmiany.

 

Głodówka była tylko preludium

Na dumnych polityków czai się nowa niespodzianka. Tym razem młodzi lekarze zamierzają pracować tylko tyle, na ile pozwala im dyrektywa Unii Europejskiej. Czyli 48 godzin tygodniowo, a nie sto kilkadziesiąt, które już trupem położyły paru dyżurowych tytanów. Ciekawe tylko czy kultowa ponoć solidarność lekarzy będzie miała swój dziejowy kwadrans, czy znów okaże się iluzją i bajeczką, która w chwilach społecznych napięć od zawsze służyła bałamuceniu mas. Póki co, lekarska starszyzna, poza symboliką i apelowaniem do władz, na razie nie wniosła niczego przełomowego do posagu swoim następcom. Naczelna Rada Lekarska dostrzegając zło sączone przez pracę ponad siły zachęca lekarzy do ograniczenia w najbliższym czasie gotowości do świadczenia pracy i wykonywania świadczeń zdrowotnych, również w ramach umów cywilnoprawnych, do maksymalnie 48 godzin w tygodniu.

 

Wiara we własną genialność

W gremiach Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) panuje zgodne przekonanie, że żadnego kraju, który na ochronę zdrowia przeznacza mniej niż 6 proc. PKB nie można uważać za państwo rozwinięte. W Polsce jest to ponoć niemożliwe. Dlaczego? Bo w ciągu 28 lat od ustrojowej transformacji żadna formacja polityczna, od lewa do prawa, nie sprostała temu wyzwaniu. Każda prędzej czy później wpadała w pułapkę własnej propagandy sukcesu, fatalnie rozkładając finansowe akcenty. Co gorsza, niemal za każdym razem, po kolesiowsku zabierała się do dzieła. Eksperci byli co najwyżej przybudówką do partyjnych lub koalicyjnych konstelacji. Owszem, chętnie byli widziani w zamkniętych panelach dyskusyjnych, emablowani przez media, ale nigdy ich opinie nie stały się bazą politycznych decyzji. Bo zdrowie publiczne nigdy w Polsce nie stało się kategorią polityczną, dzięki której wygrywa albo przegrywa się wybory. Winnych nie ma.

W ostatnim ćwierćwieczu najpierw od czci i wiary odsądzono zespoły opieki zdrowotnej, chociaż zachodni ekonomiści przekonywali, że ZOZ-y rodem z komuny są niedoścignionym wzorem holdingu w ochronie zdrowia. Potem panaceum na wszelkie niedostatki upatrywano w kasach chorych. Jeszcze te kasy nie okrzepły, gdy lewica stworzyła NFZ. Następnie PO przez lata wmawiała nam, że najważniejsze jest uszczelnianie systemu i zgrabniejsze gospodarowanie publicznym groszem. W końcu Dobra Zmiana wymyśliła na poczekaniu, że pieniędzy na wszystko nam wystarczy, byleby tylko nie kraść i dobrać się do skóry VAT-owskiej mafii. Tymczasem zmiany w funkcjonowaniu
płatnika za opiekę zdrowotną „to nie jest priorytet na dziś” – oświadczył 15 listopada na konferencji podsumowującej dwa lata pracy resortu zdrowia jego szef Konstanty Radziwiłł. No to teraz mamy coraz więcej eufemizmów, figur retorycznych oraz zaskakujących karier ministerialnych niż wymiernych pomysłów na nasze bezpieczeństwo zdrowotne.

 

Aparatura zamiast ludzi?

W minionym dwudziestoleciu szpitale kliniczne i wojewódzkie naszpikowano wyszukanymi technologiami za setki milionów dolarów. Oddaniu ich do użytku za każdym razem towarzyszyła lokalna partyjna pompa z bąbelkami i orderami. Tymczasem tysiące chorych musi czekać miesiącami na badania, bo dziwnym trafem nie przewidziano, że tomograf, rezonans, pracownię hemodynamiczną czy poczciwe USG mogą obsłużyć tylko wykształceni ludzie z dyplomami, którym trzeba za to zapłacić. Tak więc, kosztowna aparatura po południu i wieczorami ma wolne. Bo na jej wykorzystanie w cyklu całodobowym zabrakło funduszy i wyobraźni.

Po tych wszystkich pseudoreformach, nic już porządnie nie funkcjonuje. Państwo jest tak słabe, że obywatelskie protesty, nawet w sprawach oczywistych, są nieskuteczne, a ich organizatorzy muszą szybko salwować się podkuleniem ogona. Im pozostaje żal i rozczarowanie, a władzy cyniczna radość z ugaszenia pożaru. Mniejsza o zgliszcza.

Marek Stankiewicz