Wróciłam do normalności

Publikujemy wyznania lekarki Bożeny, która tuż po dyplomie wpadła w sidła uzależnienia od alkoholu.

Z wielkim trudem, po latach, dzięki profesjonalnej pomocy wróciła do prawdziwego życia.
Dziś znów cieszy się rodziną, przyjaciółmi i wykonywaniem upragnionego zawodu.

Ale mogłoby to trwać zdecydowanie krócej, gdyby koledzy z pracy nie udawali,
że nic się z nią tak właściwie nie dzieje.

 

Mam dziś prawie 60 lat. Pochodzę z rodziny, w której alkohol nie odgrywał szczególnej roli, gościł sporadycznie podczas spotkań towarzyskich i rodzinnych w niewielkich ilościach. Inicjacji alkoholowej w pracy doświadczyłam na stażu podyplomowym w roku 1981, na oddziałach zabiegowych. Kolega podczas „spokojnego” dyżuru poczęstował mnie czystym spirytusem. Do dziś pamiętam, jak bawiło go to, że się krztuszę i nie mogę złapać oddechu.

 

Lufa dla szpanu niby nie zaszkodzi

Widziałam starszych kolegów po udanym zabiegu sięgających po trunek z darów wdzięcznych pacjentów. Byli to dobrzy fachowcy z tytułami naukowymi i renomą. Imponowało mi stanie „na hakach” w asyście operacyjnej u ich boku. Kiedyś, po skomplikowanym zabiegu, zostałam poczęstowana dobrym koniakiem. Do rana czułam się wyśmienicie. Tak odkryłam, że alkohol dodaje energii, a dyżurowy „przestój” nie jest tak nudny. Było na to przyzwolenie. Nawet nie przyszło mi do głowy, że to niestosowne. Tak bywało wielokrotnie i nic się złego nie działo.

 

W pracy nie piłam, ale…

W stanie wojennym dyżurowałam dodatkowo na oddziale pomocy doraźnej. Tam już regularnie piłam z kolegami. Moje alkoholowe doświadczenia przeniosłam po pracy na grunt „bezpieczny”, czyli do domu. Umilałam sobie nudne „robótki domowe” i dodawałam energii po ciężkich dyżurach. Rozpoczęłam specjalizację. W pracy nie piłam, ale po pracy odreagowywałam stres lub stosowałam alkoholowy doping. Po dyżurach w pogotowiu bywałam skacowana. Po dwóch latach pracy w szpitalu zaczęłam pić często w domu, miałam już objawy uzależnienia i sięgałam regularnie po alkohol dla poprawy fizycznego i psychicznego samopoczucia. Zaniepokoiło to mojego męża, więc postanowiłam więcej dyżurować, by ograniczyć picie. Strategia okazała się nieskuteczna, bo po dyżurowych maratonach i wymuszonej abstynencji wracałam do upijania się w domu. Nikt z kolegów nie zwrócił uwagi na moje gorsze funkcjonowanie, wszak nie miałam absencji w pracy, nie spóźniałam się. Byłam tylko coraz bardziej zmęczona, nadpobudliwa, degradacji ulegało moje życie rodzinne. W pracy stwarzałam pozory dyspozycyjnej, gorzej mi szło terminowe pilnowanie dokumentacji medycznej.

Choroba pogłębiała się

Odczuwałam silny głód alkoholowy podczas dyżurów, już nie wytrzymywałam
24-godzinnej przerwy w piciu. Zaczęłam w ukryciu popijać alkohol i traciłam nad tym kontrolę. To było widać nawet po zmianach w charakterze mojego pisma. Jedyną osobą, która wtedy życzliwie ostrzegała, że moje picie nie jest normalne, była zaprzyjaźniona pielęgniarka, ale ignorowałam jej uwagi. Wtedy raporty z dyżuru pisało się odręcznie i często mój raport był napisany chwiejnym, zmienionym pod wpływem alkoholu, pismem. To także nie zwracało niczyjej uwagi, a przecież wszyscy widzieli wpisy w księdze raportów, musieli też ode mnie czuć alkohol. Zbliżał się czas egzaminu specjalizacyjnego. Z dużym trudem na rok bardzo ograniczyłam picie, ale byłam przygnębiona, dręczyły mnie koszmary, pogłębiły się zaburzenia snu. Maksymalna, całkowita przerwa w piciu trwała sześć miesięcy. Ale na przyjęciu z okazji zdanych egzaminów do specjalizacji wypiłam toast. Inni zadowolili się kieliszkiem wina, ja nie poprzestałam na kolejnych lampkach koniaku, w domu musiałam zaraz się dopić.

Potem to już była równia pochyła

Frustrujące, bo coraz bardziej nieudane próby kontrolowania picia, objawy depresji. W tym czasie jedynie raz rozmawiała ze mną życzliwie moja pani ordynator. Bardzo bałam się o utratę pracy, bo tylko to dawało mi resztkę poczucia bycia potrzebną i wartościową osobą. Zapewniałam, że panuję nad tym. Rodzina izolowała się ode mnie, a ja od niej. Był rok 1992. Wymyśliłam sobie swój sposób na zapanowanie nad piciem. Wzięłam długi bezpłatny urlop. Przez tydzień odpoczywałam, potem piłam ciągami, złamałam sobie rękę, będąc pod wpływem alkoholu, więc okres przerwy w pracy znacząco się wydłużył. Wróciłam do pracy, ale źle się czułam, popijałam w ukryciu. Czujniejsza już pani ordynator podpowiedziała mi, abym zgłosiła się do psychiatry w przyszpitalnej poradni. To było trudne dla mnie. Znałam wielu psychiatrów, z niektórymi się przyjaźniłam, bardzo wstydziłam się swojej słabości, cierpienia, jakiego przysparzałam mojej rodzinie. Nikt z zaprzyjaźnionych psychiatrów otwarcie nie podejmował tematu mojego picia. Kilku z nich także nadużywało alkoholu. Wtedy zaczęto mnie leczyć pod przykrywką depresji na psychiatrycznym oddziale dziennym. Przyjmowałam leki przeciwdepresyjne, uczestniczyłam w zajęciach, a po trzytygodniowej abstynencji znowu popijałam w weekendy, w majestacie leczenia, na oddziale z ludźmi prawdziwie chorującymi na depresję, z zaburzeniami adaptacyjnymi i psychotykami w stanie remisji. Nikt, ani lekarze, ani psycholodzy, nie dotykał drażliwego tematu mojego picia, a psychiatrzy nie proponowali podjęcia leczenia odwykowego. Powiedziano mi tylko, że nie należy łączyć leków z alkoholem.

Był rok 1993

W końcu ktoś zgłosił policji, że jestem nietrzeźwa na dyżurze w szpitalu. Policyjny patrol pobrał mi krew. W wydychanym powietrzu miałam 1,7 promila alkoholu. Nie miałam wtedy argumentów. Sprawę zgłoszono do prokuratury oraz do sądu lekarskiego. Postawiono mi otwarcie ultimatum: muszę leczyć się od uzależnienia i wtedy nie stracę pracy. Najpierw umieszczono mnie na miesiąc na oddziale psychiatrycznym, włączono leki przeciwdepresyjne, potem podjęłam leczenie ambulatoryjne w poradni leczenia uzależnień. Kontynuowano farmakoterapię. Na proponowane leczenie w warunkach stacjonarnych nie zgodziłam się. Starałam się pogodzić pracę zawodową w szpitalu (odsunięto mnie tylko od dyżurów) i leczenie uzależnienia w trybie ambulatoryjnym, chodzenie na spotkania anonimowych alkoholików, prowadzenie domu. Z poczuciem winy było to trudne, ale doświadczyłam ulgi, moje picie przestało być tematem tabu. Zostałam ukarana przez sąd karami grzywny i pozbawienia wolności na pół roku w zawieszeniu na dwa lata, a sąd lekarski wymierzył mi karę upomnienia, bo wziął pod uwagę, że byłam już w trakcie terapii. Poniosłam konsekwencje karne, nie próbowałam ich unikać i przeciągać sprawy w sądzie. Mojego picia w pracy koledzy lekarze nigdy nie komentowali w mojej obecności. Zaprzyjaźnione pielęgniarki wyliczały, ilu to innych lekarzy w naszej miejscowości pije bezkarnie, i dopytywały się życzliwie o postępy w leczeniu. Przełożeni dyskretnie monitorowali mój regularny udział w terapii ambulatoryjnej.

Znów sięgnęłam po alkohol

Po roku godzenia leczenia ambulatoryjnego z pracą zawodową w czasie urlopu wypoczynkowego znów sięgnęłam po alkohol. Chciałam bardzo poczuć się dobrze. Po wypiciu około 100 g wódki miałam dość, nie doświadczyłam nawet śladu poprawy nastroju, doznałam bolesnego rozczarowania. Coś jednak z terapii ambulatoryjnej uzależnienia i udziału w AA mi zostało, bo zgłosiłam się następnego dnia do psychiatry. On profesjonalnie przekierował mnie do poradni leczenia uzależnień, poprowadził dosłownie za rękę. Postawiono mi ultimatum: tylko leczenie w ośrodku stacjonarnym. Już nie chciałam pić, nie wiedziałam jednak, jak żyć bez alkoholu i jak uwolnić się od depresji. Przełożeni bardzo sekundowali mojemu leczeniu, nikt nie robił mi trudności. Blisko miesiąc czekałam na przyjęcie do Ośrodka Terapii Uzależnień w Instytucie Psychiatrii i Neurologii
w Warszawie. Potraktowano mnie tam z szacunkiem i powagą. Dopiero tam, oderwana od pracy i domu, mogłam podjąć trud odbudowania swojego poczucia wartości. Zaproponowano mi wielomiesięczny plan leczenia i zdrowienia po hospitalizacji, w postaci uczestnictwa w zajęciach zapobiegających nawrotom choroby oraz w corocznych dwutygodniowych turnusach rehabilitacyjnych dla osób uzależnionych.

Po latach…

Doceniam konsekwentną postawę pracodawcy wobec mojej choroby: nie zwolniono mnie z pracy, tylko wymuszono zgodę na podjęcie leczenia, a później monitorowano jego przebieg. Niezwykle cenny był dla mnie długoterminowy program zdrowienia obejmujący m.in. turnusy rehabilitacyjne. Początkowo byłam ich uczestniczką, a później opiekunką tych turnusów. Obecnie pracuję jako lekarz i specjalista psychoterapii uzależnień. Pomagam w zatrzymaniu choroby także moim kolegom lekarzom.

Bożena

– lekarka, której się udało

Personalia Autorki zastrzeżone.
Jej wyznania publikujemy za zgodą i dzięki uprzejmości dr. Bogdana Woronowicza, wybitnego terapeuty uzależnień
oraz Ewy Gwiazdowicz-Włodarczyk,
redaktor naczelnej biuletynu
Warszawskiej Izby Lekarskiej „PULS”.

Ściągawka do wzajemnej pomocy

  • Jeżeli podejrzewasz u siebie problem z alkoholem, lekami bądź narkotykami – umów się telefonicznie na spotkanie. Możesz to zrobić anonimowo, a wizyta może mieć miejsce zarówno na terenie naszej Izby, jak i w innym, zapewniającym dyskrecję miejscu.
  • Jeżeli jesteś osobą bliską lekarzowi, który Twoim zdaniem ma problemy wynikające z przyjmowania substancji psychoaktywnych (alkohol, leki, narkotyki) – przyjdź i wspólnie zastanowimy się nad tym, jak temu lekarzowi pomóc.
  • Jeżeli uważasz, że ktoś z Twoich kolegów lekarzy może mieć problemy wynikające z przyjmowania substancji psychoaktywnych (alkohol, leki, narkotyki) – zadzwoń, przyjdź do mnie sam, a może razem z tym kolegą. Wspólnie zastanowimy się nad tym, jak można temu koledze pomóc.
  • Jeżeli jesteś pracodawcą i uważasz, że ktoś z Twoich pracowników lekarzy ma problemy wynikające z przyjmowania substancji psychoaktywnych (alkohol, leki, narkotyki) – przyjdź lub zdzwoń. Wspólnie zastanowimy się nad tym, jak temu lekarzowi pomóc.

Maria Dura

pełnomocnik ds. zdrowia lekarzy Lubelskiej Izby Lekarskiej,
specjalista internista i psychiatra