Templariusze moralności

Marek Stankiewicz

Marek Stankiewicz

Politycy nie pozwolą nam się nudzić. W ubiegłym roku powołano do życia Parlamentarny Zespół dla Przywracania Zasad Moralnych w Medycynie. W kaptury współczesnych inkwizytorów przyoblekła się dziarska siódemka rodem z dobrej zmiany. Na straży cnót lekarskich stanęła czwórka nauczycieli, politolog, chemik i rolnik. Mniejsza o nazwiska.

Przypominam, że kolejny prima aprilis będzie dopiero niemal za rok. Ale tym razem sprawa wydaje się poważna. Tak samo daleko mi do chichotu z zażenowania, co płaczu i załamania rak. Moralność to po prostu zbiór zasad i norm, które określają, co jest dobre, a co złe. Luminarze narodu polskiego zdają się nie dostrzegać, że normy etyczne w medycynie zdefiniowano grubo przed Chrystusem i światowe gremia lekarskie stale je udoskonalają. W tej sprawie doniosłe zasługi położyli Platon, Arystoteles i Tomasz z Akwinu. Historia nie donosi, aby do tego potrzebny był im jakiś alians polityczny. Każdy z nich mówił co innego, a każdego z nich światowa medycyna cytuje przez wieki.

 

Apostołowie fałszywych dogmatów

Co więcej, chrześcijanie, muzułmanie i buddyści oraz wielu agnostyków, liberałów i anarchistów akceptuje znakomitą większość uniwersalnych zasad etyki lekarskiej. Oczywiście żaden współczesny kodeks medyczny nie zamknie ludziom ust, aby nie spierali się o początek życia i godne umieranie. Czy to znaczy, że wszędzie należy całkowicie zakazać lub wszem i wobec umożliwić aborcję, eutanazję i przetaczanie krwi? Mam nadzieję, że dziarska siódemka z Wiejskiej oświeci nas wkrótce, jak to naprawdę powinno działać na co dzień.

Nie zamierzam się mądrzyć na temat moralności i społecznych systemów normatywnych. Wolę, by o sztuce przyzwoitego życia pouczali mnie filozofowie, a nie politycy ani apostołowie fałszywych dogmatów. Ziemia kręci się niby tak samo leniwie, a dylematów etycznych w medycynie ciągle przybywa, co potwierdzają liczne publikacje i sympozja poświęcone etyce lekarskiej. Jakoś nigdy nie spotkałem tam polityków. Twórcy polskiego Kodeksu Etyki Lekarskiej (KEL) już w 1991 roku pokazali godną podziwu pokorę. Nie ulegli szaleństwu szczegółowego kodyfikowania zmieniającej się rzeczywistości, w której funkcjonuje lekarz, ani utopijnemu dążeniu do rozstrzygnięcia wszelkich wątpliwości. I to nie z pobudek fałszywej solidarności zawodowej, a wręcz przeciwnie, w art. 4 wskazali na ostateczne instancje, w zgodzie z którymi ma pracować lekarz: „Dla wypełniania swoich zadań lekarz powinien zachować swobodę działań zawodowych, zgodnie ze swoim sumieniem i współczesną wiedzą medyczną”.

 gnys-3-do-marka-stankiewicza

Biurokracja karykaturą medycyny

Wszelka władza bywa bardzo skuteczna w podporządkowaniu sobie sumienia koniunkturalistów, karierowiczów i oportunistów, w tym również
niektórych lekarzy i pracowników służby zdrowia oraz zmuszaniu ich do przestrzegania rygoru partyjnego w sprawach moralności. Tymczasem medycyna jest odpowiedzią na rozpoznanie wielkiego zła, jakim jest choroba. A rozpoznanie tego zła staje się możliwe dla tych, którzy rozumieją dostępne człowiekowi dobra. Gdyby medycyna odrzuciła to specyficzne dla niej dobro i przejęła się nagle dogmatami ekonomicznymi i politycznymi, byłaby już odtąd karykaturą.

Bo nie da się jej do końca skodyfikować ani przypisać poszczególnym jej dziedzinom instrukcji obsługi. Postępowanie oparte ściśle na przepisach i standardach ani chybi prowadzi do dehumanizacji pacjenta. Biurokracja, w czeluściach
i głębinach której porusza się współczesny lekarz, sprawia, że jego odpowiedzialność wobec pacjenta słabnie. Z wolna rośnie w nim złudne przekonanie, że skoro narzuca mu się standard, to on nie ponosi pełnej odpowiedzialności za skut­ki leczenia. Ale to bardzo niebezpieczne myślenie.

Medycyna to nie jest tylko relacja lekarza z pacjentem. Wskazówki społeczne barometrów moralności wychylają się ponad normę, kiedy widzą jak finansowa mizeria szpitali nie robi żadnego wrażenia na osobach konstytucyjnie odpowiedzialnych za ochronę zdrowia: kiedy puchną listy oczekujących na leczenie i rehabilitację; kiedy koncerny farmaceutyczne wmawiają nam, że ceny leków rosną, bo badania naukowe też kosztują. Za tymi osobliwymi
zjawiskami kryją się ludzie, często znani z imienia i nazwiska. Ale to nie o nich dowiadujecie się z pierwszych stron gazet i telewizyjnych czołówek.

Nie wszystko więc zależy od personelu medycznego, chociaż białe kitle to ulubiony obiekt do medialnego walenia jak w bęben. To właśnie im przypisuje się bez głębszej analizy i zastanowienia większość niedociągnięć, błędów i zaniedbań oraz brak wrażliwości na potrzeby chorego, czy brak szacunku do niego.

 

Moralność niejedno ma imię

 Jakie dylematy etyczne trapią lekarzy? Dlaczego pacjenci im nie ufają? Można by powiedzieć, że lekarze są przemęczeni, czasem niedouczeni, przesiąknięci rutyną, nie przepadają za dociekliwymi pacjentami, męczy ich odpowiadanie na te same pytania i chyba z czasem się wypalają. Niby skończyli studia, zrobili specjalizację ale mają problem z nawiązywaniem kontaktów z normalnym zjadaczem chleba. Jeszcze do tego można dodać frustrację wywołaną brakiem perspektyw zawodowych, awansu, emigracją kolegów do dobrobytu, nie najlepszą atmosferą w pracy. Ale jak głosi mądre porzekadło, wszystko można, czego nie można byle z wolna i ostrożna. Tylko po co?

A więc moralność niejedno ma imię. Warto się zastanowić, czy rzeczywiście wśród personelu medycznego nastąpiła jakaś znieczulica, upadek moralny, o którym tak chętnie na podstawie pojedynczych przypadków donoszą media? Słowa często ranią dotkliwiej niż sztylet. Gniew, odwet ani rewanż to nie są narzędzia lekarskiego warsztatu. Brak panowania nad emocjami usprawiedliwia pacjenta, ale niemal zawsze dyskwalifikuje lekarza. Medyk nie może zapominać, że ma do czynienia z laikiem, dla którego to, co się dzieje z jego organizmem nie jest niczym oczywistym. Lekarzowi nie wolno wypowiedzieć słów, które w normalnych warunkach nie przeszłyby mu przez gardło. To właśnie lekarz ma cierpliwie czekać, aż potok słów ucichnie w ustach jego pacjenta. Niestety, nie zawsze tak jest.

Dzisiaj lekarz mierzy się z zupełnie innym pacjentem niż dawniej. Współczesny pacjent, kiedy odczeka swoją kolejkę kilku miesięcy czy lat na przyjęcie u specjalisty, już tak łatwo nie wypuści z rąk swojego dobrodzieja. W znakomi­tej większości jest to pacjent bardziej świadomy choroby i sposobu jej leczenia, znający dobrze zarówno możliwości współczesnej medycyny, jak i swoje pra­wa. Dążąc do wykorzystania wszechwładnej, w jego mniemaniu, współczesnej medycyny, oczekuje szybkiego powrotu do zdrowia, a wraz z nim do życia o do­brej jakości. Własnych zaniedbań zdrowia i powikłań w leczeniu nie przyjmuje do wiadomości. Może liczyć na wsparcie coraz prężniejszego kartelu młodych adwokatów, głodnych zawodowego sukcesu w procesach z lekarzami i szpitalami.

 

Ten kij ma również dwa końce

Lekarz, podejmując interwencję medyczną wobec nietrzeźwych czy będących pod wpływem narkotyków pacjentów, stąpa dziś po polu minowym. Polskie prawo bardzo silnie akcentuje zasadę samostanowienia pacjenta. Prawidłowa ocena jego zgody na zabieg medyczny lub na badanie diagnostyczne jest wciąż źródłem problemów dla lekarzy. W sytuacjach poważnych, nagłych i pilnych lekarz jeszcze przed wykonaniem zabiegu medycznego może źle odczytać wolę pacjenta i popełnić poważny błąd, skutkujący dla niego lub zakładu opieki zdrowotnej negatywnymi konsekwencjami prawnymi. Dziś już nie Hipokratesowskie dobro chorego, ale jego wola bywa najwyższym prawem.

To jest moralny nonsens. Czyżby lekarz musiał czekać aż ćpun czy menel, zgarnięty przez policyjny patrol, ocknie się z upojenia czy naćpania, aby uzyskać jego zgodę na medyczne czynności. W końcu chyba trzeba uwierzyć lekarzowi, że kieruje się sumieniem, wiedzą naukową i służy tylko dobru pacjenta. A moralne dylematy w medycynie zostawmy tym, którzy nie mają o niej zielonego pojęcia. Na razie, poczciwa medycyna to po prostu bogata ilustracja moralności.

Marek Stankiewicz

stankiewicz@hipokrates.org

Napisz komentarz