Szukam dzikich, odludnych miejsc

z Karoliną Siwkiewicz, lekarzem dentystą, podróżniczką, blogerką i wielbicielką mopsów, rozmawia Anna Augustowska

  • Dlaczego Norwegia, koło podbiegunowe a nie plaże Hiszpanii, słońce południa Europy, czy choćby tak uwielbianych przez Polaków Egiptu i Tunezji?

– Właśnie dlatego, że te piękne i niezaprzeczalnie ciekawe miejsca są tak uwielbiane… A ja należę do osób, które nie potrzebują do wypoczynku zatłoczonych plaż i kurortów z deptakami pełnymi spacerowiczów, kafejek i sklepów. Razem z mężem szukamy raczej odludnych, wręcz dzikich miejsc, gdzie można wejść w bliski kontakt z otaczającą przyrodą, mieć przestrzeń tylko dla siebie… Na Południu raczej trudno takie znaleźć.

Od dziecka fascynowała mnie inna, ta zdecydowanie zimna część świata – zaczytywałam się w książkach Jamesa Curwooda i Jacka Londona – i teraz się śmieję, że ten zew Północy zawsze we mnie tkwił, ale dopiero jako dorosła osoba mogę za nim podążać.

 

  • W dodatku razem z mężem i ostatnio także z psem, który staje się nieustraszonym globtroterem?

– Z mężem znamy się od szkolnych lat w gimnazjum, od 11 podróżujemy razem. Zaczynaliśmy rowerowymi wyprawami np. wzdłuż Bałtyku. Ostatnio nasze drogi prowadzą dalej na Północ: przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię i Szwecję aż na północ Norwegii. Te kraje nas fascynują i chyba nigdy nie przestaną, dlatego w tamtym roku, już jako świeżo upieczone małżeństwo, wyruszyliśmy w podróż poślubną – oczywiście do Norwegii. Tym razem jeszcze bardziej na północ, jeszcze bardziej naokoło, ciągnąc za sobą domek na kółkach, a zamiast rowerów – kajak (składane i nadmuchiwane canoe). Przejechaliśmy 6100 km – osiągając zawrotne 80 km/h, a kolejne ponad tysiąc kilometrów przemierzyliśmy promami.

 

  • Celem tej wyprawy były Lofoty, czyli… „koniec świata”?

– Zanim dotarliśmy do naszego końca świata – miejscowości Å (czytanej jako „Oooo”) na czubku Lofotów, 300 km za kołem podbiegunowym – jechaliśmy przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię i Szwecję. Dostać się tam jest rzeczywiście niełatwo, ale warto! Lofoty to wejście do całkiem innego świata. Piaszczyste, bezludne wyspy, błękitna woda i więcej zwierząt niż ludzi – takie cuda czekają na nas za kołem podbiegunowym. Panuje tu wyjątkowo przyjazny mikroklimat. Nietrudno trafić na piękną pogodę – dzięki ciepłym prądom, pada wyjątkowo mało. W lecie możemy cieszyć się wakacjami prawie całą dobę, bo słońce w ogóle nie zachodzi (trzeba mieć opaski na oczy, bo inaczej budzimy się o 4 rano w pełnym słońcu!), a zimą, o ile dopisze szczęście, można podziwiać zorzę polarną.

Morza są pełne dorszy, przyroda dzika, a porozrzucane gdzieniegdzie rybackie chatki, tylko urozmaicają prawie nietknięty przez człowieka krajobraz. Można poczuć się jak pierwsi wikingowie,
beztrosko przemierzając fiordy w poszukiwaniu największych piaszczystych plaż.

 

  • Rozumiem, że apetyt na „zimne” wakacje nie osłabł, chociaż…?

– …chociaż właśnie wróciliśmy z wyprawy do Chorwacji, a kilka tygodni temu z Czech. Norwegia musi więc poczekać. Tym razem jeździliśmy z naszym czworonożnym podróżnikiem – mopsem Toudim. Piesek był moim wielkim marzeniem i spełnił je mój mąż Arek, zaskakując mnie takim świątecznym prezentem. Od tamtej pory jesteśmy nierozłączni. W czasie podróży nasz mopsik sprawdził się doskonale: śpi w namiocie, chodzi po górach, a nawet pływa kajakiem – prawdziwy psi globtroter! Teraz już nie wyobrażamy sobie wyjazdów bez niego, chociaż zapewne nie wszędzie będziemy mogli go zabrać, np. na Islandię. Lot samolotem, kwarantanna i bardzo silne wiary raczej nie sprzyjają pomarszczonym pyszczkom. Ale Islandia zakorzeniła się w naszych marzeniach już parę lat temu i apetyt ciągle rośnie i rośnie…

 

  • Podróże, o których zresztą wspaniale opowiada Pani na swoim blogu, nie były przeszkodą w ukończeniu dwóch kierunków: farmacji i stomatologii. Dość nietypowe połączenie.

– Tak wyszło, po prostu! – studiowanie i jednego, i drugiego kierunku to była fascynująca przygoda, ale praca w aptece nie do końca… Ponieważ kończąc liceum (klasa biologiczno-chemiczna w I LO im. Staszica w Lublinie) brałam pod uwagę obok farmacji także stomatologię, rodzice zachęcili mnie, abym wróciła na studia i tak „zdradziłam” farmację… Właśnie zakończyłam staż podyplomowy. Moje zainteresowania zawodowe zdecydowanie kierują się w stronę pracy z dziećmi, najlepiej w szkolnym gabinecie stomatologicznym.

 

  • Chyba powinnyśmy zdradzić jeszcze jedną Pani pasję?

– Czy chodzi o fitness i pilates? Faktycznie, mam uprawnienia instruktorskie i przez dwa lata trzy razy w tygodniu prowadziłam zajęcia w kilku lubelskich klubach. Wspaniała sprawa!

 

  • Ooo…imponujące, ale ja chciałam zapytać o love krowe – co się kryje za tą bardzo szczególną nazwą?

– To historia mojego roweru – czarny wydawał mi się strasznie smutny… ale ozdobiłam go łatami i tak powstało love krowe! Rower okazał się niezawodny, zaliczyłam na nim niejedną wyprawę, a razem z nim ruszył pomysł na podróżniczego bloga. Początkowo opisywałam na nim tylko rowerowe wyprawy – m.in. wzdłuż Bałtyku i po górach Norwegii, a potem ruszyło – doszedł kajak, przyczepa kempingowa i oczywiście mops! Teksty chyba nie są złe, bo były publikowane dwa razy na stronie National Geographic, w magazynie Travel Polska i na portalu Polski Caravaning.

 

  • A tuż przed naszą rozmową gościliście całą trójką w telewizyjnym programie „Pytanie na śniadanie”. Rozmowa była o, niech zgadnę…?

– O naszych podróżach! Pokazaliśmy nawet nasz kajak, którym pływaliśmy po północnych morzach. Mam nadzieję, że w ten sposób przełamujemy stereotyp o podróżach na Północ – może mniej słońca, ale jaka wolność!!!

 

Więcej o podróżach i pasjach przeczytają Państwo na profilu Facebook: Love krowe – nasze podróże

Napisz komentarz