Szaleństwa nie będzie

Szkoda gadać

Marek Stankiewicz

Marek Stankiewicz

Dobra zmiana szczęśliwie ukończyła już wiek niemowlęcy. Czy rząd zdecyduje się na przejęcie szpitali od samorządów terytorialnych? To niewykluczone.

Część zarządów powiatowych chętnie wycofałaby się z prowadzenia polityki zdrowotnej. Nie wspominając już o wojewódzkich molochach, w dodatku rozbudowywanych i rozgrzebanych w długoterminowych inwestycjach. Nie mówią o tym głośno, bo to mogłoby się nie spodobać wyborcom. Ale coraz wyraźniej widać, że tracą serce do zajmowania się zdrowiem mieszkańców. Wiecznie tylko jęczą. A dobrego słowa dla skołowanego pacjenta – jak na lekarstwo. Wojewódzkie i powiatowe szpitale stały się prawdziwą kulą u nogi dla ich władców. A miało być tak fajnie. I było, tylko coś się zacięło.

Polityka zdrowotna to wyjątkowo wredna dziedzina. To pięta achillesowa polskich stronnictw politycznych. Póki co, groty krytyki cudownie przez 27 lat omijają tę piętę. Z badań sondażowych wynika, że Polacy najgorsze oceny wystawiają rządowi właśnie za ochronę zdrowia. I nic tu nie pomoże nienaganna reputacja Konstantego Radziwiłła. Samorządowcy z Polski powiatowej dobrze wiedzą, w czym rzecz. Że politycznie bardziej opłacalne jest np. wybudowanie drogi lub przedszkola niż pożyczenie pieniędzy szpitalowi na „wieczne nieoddanie”. Tymczasem centrala przewrotnie umywa ręce i oczekuje, że oprócz dotychczasowych zadań w zakresie zdrowia – będą jeszcze kupowali mieszkańcom świadczenia medyczne.

Od kilku miesięcy nowelizacja ustawy o działalności leczniczej pozwala Polsce powiatowej robić to na takich samych zasadach, jak robi to NFZ. Samorządy mogą zakupić świadczenie, choć nie muszą. Ale jeśli w gminie lub powiecie szpitalowi kończy się kontrakt na operacje czy limit wizyt w przychodni, lokalne władze mogą sprezentować pacjentom zakup deficytowej usługi zdrowotnej. Ale przecież nie kupią, bo nie mają za co. Co więcej, NFZ nie płaci w całości za nadwykonania, a samorządom proponuje się nowe wydatki.

Tak więc zakupowego szaleństwa nie ma. Wprost przeciwnie. Jest oburzenie, bo propozycja rządu rozbudza oczekiwania mieszkańców, którym samorząd nie jest w stanie sprostać. Na razie ani jeden nie zaczął kupować świadczeń. Co gorsza, żaden nie ma tego w planach na przyszły rok. Ani nawet na 2018.

Czy ratunkiem będzie sieć szpitali, o której dziś tak dumnie grzmi minister Radziwiłł? Do zastawionej przez rząd sieci, niczym dorsze w Bałtyku, wpadną tylko te najważniejsze i najlepiej wyposażone kadrowo. Pewnie także spolegliwe zespoły menedżerskie. Tylko zawartość tej sieci, wyciągniętej z morza polskiego odmętu dziadostwa, dostąpi gwarancji finansowania i świętego spokoju. O pozostałe ochłapy reszta szpitali będzie musiała kopać się po kostkach w postępowaniach konkursowych.

Marek Stankiewicz

stankiewicz@hipokrates.org