Symbol koźlego uporu

Z lekarskiej wokandy

W jednej ze swoich przypowieści dobry wojak Szwejk o przymiocie wierzyciela kapelana polowego Katza wyraził się w taki oto sposób: „Wytrwały jak niejaki Bouszek z Libni. Osiemnaście razy w ciągu jednego wieczora wyrzucili go u „Exnerów”, a on po każdym wyrzuceniu wracał, że niby zapomniał tam fajki. Właził oknem, drzwiami, przez kuchnię, właził do lokalu przez mur ogrodu, przez piwnicę i wlazłby może nawet kominem, gdyby go strażacy nie zdjęli z dachu. Był taki wytrwały, że mógłby zostać ministrem albo i posłem”. Ów szwejkowski symbol koźlego uporu przyszedł mi na myśl po lekturze akt pewnego medyka, cechującego się niemal równą zatwardziałością.

gnys2Święto Trzech Króli, siódma rano. W notatce urzędowej funkcjonariusza drogówki czytamy, że badanie urządzeniem elektronicznym, poruszającego się drogą krajową hyundaiem tucson kierowcy lekarza, wykazało 0,61 miligrama alkoholu w decymetrze sześciennym wydychanego powietrza, a po upływie piętnastu minut poziom ten wzrósł do 0,65 miligrama. W zasobach naszej wiedzy utrwalone jest jeszcze określanie poziomu alkoholu we krwi w promilach. By uzyskać te dane, wartość w mg/dcm trzeba pomnożyć przez 2,1. Zatrzymany miał zatem przy drugim badaniu 1,36 promila alkoholu we krwi. Z wykonanych prób wynikało, że organizm kierującego znajdował się wówczas w tzw. fazie wchłaniania, kiedy po spożyciu alkoholu jego stężenie w organizmie człowieka wzrasta. Oznacza to, że doktor biesiadował stosunkowo niedawno i musiał wypić około ćwiartki czterdziestoprocentowej wódki.

Do protokołu z przebiegu badania stanu trzeźwości lekarz podał, że nie spożywał alkoholu. Niemniej policjanci wykonali swoje powinności: zatrzymali za pokwitowaniem prawo jazdy, wydali dyspozycję usunięcia pojazdu z drogi i zabezpieczyli go na strzeżonym parkingu. W notatce policyjnej znajduje się znamienny zapis: „Kierujący podczas interwencji wielokrotnie ponaglał nasze czynności informując, że jest podczas przejazdu
z miejsca zamieszkania do szpitala, gdzie pracuje jako lekarz i spieszy się w celu zmienienia koleżanki z dyżuru nocnego”. Z informacji, jaka znalazła się później na łamach lokalnej prasy wiemy, że medyk zamówił taksówkę i lubo spóźniony o dwie godziny, dotarł do szpitala w celu podjęcia lekarskiego dyżuru.

W czasie policyjnej interwencji organizm lekarza przeszedł już do fazy wyrównania, a zapewne jeszcze przed wyruszeniem do szpitala – do fazy eliminacji alkoholu. Do wytrzeźwienia doktor potrzebował jeszcze jednak paru godzin. Funkcjonariusze z drogówki wykazali się policyjnym nosem. Dyżurnemu właściwego terenowo komisariatu przekazali informację o swoich porannych czynnościach, a ten – wobec okoliczności sprawy – wysłał na interwencję do szpitala starszego sierżanta sztabowego i starszego aspiranta. Dokonane w południe dwa badania wykazały 0,23 i 0,20 miligrama alkoholu w litrze wydychanego powietrza, co odpowiadało 0,48 i 0,42 promila alkoholu we krwi. Na rutynowe pytanie funkcjonariuszy, lekarz miał odpowiedzieć śmiejąc się (co odnotowano w policyjnej notatce), że ostatni raz pił alkohol… pół roku wcześniej.

Czynności z urzędu podjął w tej sprawie okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej, stawiając lekarzowi zarzut podjęcia pracy bez zachowania trzeźwości. Lekarz w procesowej roli obwinionego nie wypierał się już, że krytycznej daty nocą spożywał alkohol i złożył wyjaśnienie: „Miałem obowiązek zmienić koleżankę po dwudziestu czterech godzinach
dyżuru. Czułem się na siłach. Zanim wykonałem jakiekolwiek czynności z pacjentami, pojawili się policjanci. Pierwsze zgłoszenie z izby przyjęć było podczas ich interwencji i do chorego zszedł inny lekarz. Ja poprosiłem o zastępstwo mojego kolegę i po jego pojawieniu się, opuściłem oddział”.

Sprawa trafiła na wokandę okręgowego sądu lekarskiego.

W czasie rozprawy rzecznik zwrócił uwagę sądowi na obwinienie lekarza jedynie o podjęcie pracy w stanie nietrzeźwości, a nie o wykonywanie w tym stanie czynności lekarskich. Obrońca zaś wywodził, że skoro w czasie „pobytu w szpitalu” lekarz znajdował się „tylko” w stanie wskazującym na spożycie alkoholu (poniżej 0,5 promila), to nie można przypisać mu odpowiedzialności za naruszenie kodeksu etyki zawodowej, albowiem to byłoby możliwe dopiero w przypadku stanu nietrzeźwości (od 0,5 promila w górę). Ostatecznie sąd zawyrokował – wykonywanie zawodu lekarza zarówno w stanie nietrzeźwości, jak i w stanie wskazującym na spożycie alkoholu jest etycznie naganne i wymierzył podsądnemu karę nagany.

W ostatnim słowie obwiniony powiedział: „Moja kara za przewinienie zawodowe zaczęła się już, gdy wychodziłem z oddziału. Nikomu nie życzę tego, co przeżyłem, tego wzroku personelu i pacjentów, skierowanego na lekarza, którego policja zdjęła z dyżuru”. Wypowiedź tę pozwolę sobie skomentować jedną z mądrości dobrego wojaka Szwejka: „Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”.

Jerzy Ciesielski

 

 

Autor jest adwokatem w Łodzi, publicystą i długoletnim współpracownikiem samorządowej prasy lekarskiej.

Napisz komentarz