Służba to kiepska wróżba

Konstanty Radziwiłł, jak na urzędnika, ma jedną wadę – kiedy mu się coś nie podoba, próbuje to zmienić. Dla niektórych działa zbyt wolno, dla innych zbyt pospiesznie. Ale działa. Już za niecały rok naszymi troskami zajmie się Narodowa Służba Zdrowia. NFZ po szesnastu latach przejdzie na wcześniejszą emeryturę. Złośliwi mawiają, że różnica polega na tym, że za ochronę trzeba godnie płacić, a za służbę to co łaska.

Radziwiłł zapowiada też zwiększenie nakładów na zdrowie, ale dopiero za kadencji następnego Sejmu, kiedy może nie być już ministrem. Na razie raczej odbiera, niż daje, czego przykładem jest kardiologia. Za jego rządów zwiększyły się stawki za leczenie chorych z niewydolnością serca, ale zmniejszyły za leczenie zawałów. Podwyżki nie rekompensują obniżek, co sprawia, że kardiologia, która przynosiła szpitalom zyski, teraz ma straty. Ten brak stabilności wcześniej czy później odbije się na chorych.

Licentia poetica ministra

101Uwielbiamy cytaty z obcych języków. Niestety, w złym znaczeniu używa się czeskiego sformułowania: „To se ne vrati…”. Nie oznacza ono bynajmniej sentymentalnego westchnienia w kierunku tego, co już odeszło i nie powróci, ale zwykłe proste i przyziemne „to się nie opłaca”. Licencja poetycka dopuszcza maksymalną swobodę stosowania niespotykanej lub nawet błędnej formy odmiany danego słowa tak, aby zachować rytm albo rym.

Ale do rzeczy! Definicję publicznej służby zdrowia wprowadziła ustawa z dnia 15 czerwca 1939 r. Trudno podejrzewać rząd sanacyjny o wraże intencje wobec ochrony zdrowia. Niestety, wojna przewróciła światowy porządek i w Polsce Ludowej zmodyfikowano tę definicję na zakłady społeczne służby zdrowia.

To już był prawdziwy groch z kapustą. Opieka zdrowotna pod protektoratem komunistycznym była obrazem nędzy, rozpaczy i bezsilności. A co najgorsze, była skutecznie przez ówczesny reżim izolowana od zachodniej medycyny. Mnie zawsze tamta służba zdrowia będzie się kojarzyć z dziadostwem, siermiężnością graniczącą z przaśnością, zacofaniem cywilizacyjnym i niewolniczym wyzyskiem pracowników szpitali. Bo czymże był brak dostępu do innowacyjnych leków, notoryczne niedobory sprzętu jednorazowego użytku czy stawka za lekarski dyżur w pogotowiu o równowartości butelki czystej wódki. Tym wątpliwym wyzwaniom losu osobiście stawiałem czoła przez czternaście lat jako chirurg w powiatowym szpitalu. Publicznie teraz przyznaję, że nieraz wtedy zakląłem soczyście z bezsilności. Zresztą nie byłem wyjątkiem.

 

Moda na sukces…

Dziś tylko naiwni mogą uwierzyć, że zmiana nazwy niczym czarodziejska różdżka usprawni system zarządzania, zwiększy nakłady na leczenie, a podstawowej opiece zdrowotnej oraz zdrowiu publicznemu zapewni należną pozycję w systemie. Ale magia słów ma swoich ślepych wyznawców. Powiatowy szpital w Gnieźnie ma od Nowego Roku nową nazwę. Radni miejscy jednogłośnie zgodzili się, żeby był „Pomnikiem Chrztu Polski”. Mniejsza o to, że chrzest Polski sam w sobie jest pomnikiem i nie wymaga żadnego szpitalnego retuszu. Ale kto tam teraz zwraca uwagę na takie drobiazgi.

Tak naprawdę mijający rok nie dał nam powodów do przekonania, że wszystko lepiej się ułoży. Na razie słyszymy tylko tyle, że reformatorzy z Miodowej wykonują jakąś tytaniczną pracę od świtu do późnej nocy, której wredni pracownicy ochrony zdrowia nie chcą docenić.

Wcale nie do śmiechu jest dziś właścicielom prywatnych placówek, którzy zainwestowali wszystkie oszczędności swojego życia i zadłużyli się po uszy. Teraz mają za swoje, że uwierzyli liberalnym rządom i wzięli sprawy w swoje ręce. Dekomercjalizacja szpitali, lansowana przez ministra Radziwiłła, to bardziej oględna odmiana powojennej nacjonalizacji. Przypomnę tylko pamiętną noc 8 stycznia 1951 roku, kiedy upaństwowiono apteki, a aptekarzy okrzyknięto kułakami. Przedstawiano ich jako kastę zawodową, wzbogacającą się na cudzym cierpieniu, a w najlepszym razie oskarżano o nieudolność w prowadzeniu aptek. Teraz podobnie zaczyna się mówić o prywatnym sektorze lekarskim.

 

…czy na Robin Hooda?

Obawiam się, że pod tym populistycznym, acz chwytliwym hasłem dekomercjalizacji i wzmożonego tropienia nadużyć kryje się pozbawienie placówek prywatnych możliwości realizacji świadczeń za publiczne fundusze. Doceniam kluczowe zasady dyscypliny finansowej oparte na racjonalnym i optymalnym gospodarowaniu groszem publicznym. Choć w mojej ocenie bez prywatnych podmiotów nie da się zapewnić wszystkich niezbędnych świadczeń. Może mnie ktoś oświeci, dlaczego w stołecznym Instytucie Reumatologii na protezoplastykę stawu kolanowego czeka się ponad tysiąc dni, podczas gdy w prywatnej klinice w Nałęczowie lub Otwocku można te zabiegi wykonać niemal z marszu.

To wszystko miałoby sens i zasługiwałoby na obywatelski aplauz, gdyby narodowa służba zdrowia była w stanie zapewnić podatnikowi pełny dostęp do optymalnych terapii. Ograniczanie dostępu do środków publicznych tylko do szpitali, w których rząd kontroluje sposób wykorzystania pieniędzy, jest pułapką, która już niejednemu skręciła kark. Ten wątpliwy manewr, jako żywo zaowocuje nowymi kolejkami i patologicznymi efektami prób oszczędzania,
by szpitalowi wystarczyło pieniędzy. Zaawansowane technologie i innowacje dostępne będą przede wszystkim w sektorze prywatnym, na którego usługi stać będzie tylko zamożnych, którzy zapobiegliwie wykupią odpowiednie polisy ubezpieczeniowe.

 

Nowa jakość, czy jakoś to będzie?

Polityka zdrowotna to wyjątkowo wredna dziedzina. To pięta achillesowa polskich stronnictw politycznych. Na razie, gromy eksperckiej krytyki cudownie przez 27 lat omijają tę piętę. Z badań sondażowych wynika, że Polacy najgorsze oceny wystawiają rządowi właśnie za ochronę zdrowia. I nic tu nie pomoże nienaganna reputacja doktora Konstantego Radziwiłła.

Nadszarpniętego zdrowia i cierpliwości pacjentów, czekających w nadal gigantycznych kolejkach do lekarzy, nie da się naprawić ani zaspokoić realizacją obietnic o niektórych darmowych lekach dla seniorów i przywróceniem stażu podyplomowego lekarzy. To trochę za mało, nawet jak na tę pierwszoroczną rozgrzewkę. Rząd wybrał drogę, wiodącą ku upaństwowieniu, kontroli, nadzorowi i regulacji wszystkiego, co można uregulować. Tylko co z tego galimatiasu uzyskają pacjent i jego lekarz, których rozgrzane mózgi naprawiaczy świata coraz bardziej ich od siebie izolują.

No to kochać, czy rzucić? Samotność w związku nie jest tym, co przychodzi do nas z zewnątrz, lecz czymś, co nosimy w sobie. Gdy brakuje umiejętności budowania bliskich więzi z innymi lub chęci otwarcia się na nich, nawet wśród dużego grona znajomych, czy z kochającym partnerem u boku, będziemy osamotnieni

Marek Stankiewicz