Rowerem, tańcząc flamenco, szlakiem historii

Lekarz z pasją

z Martą Malicką, lekarzem stomatologiem z Lublina, rozmawia Anna Augustowska

 

  • Rower, narty, łyżwy i rolki. Flamenco, fotografia i grupa rekonstrukcji historycznej… Tyle pasji, że nie sposób nie zapytać, która z nich jest najważniejsza?

– Nie wiem! Wszystkie są ważne i wszystkie w jakiś sposób się uzupełniają, czy raczej powinnam powiedzieć – dopełniają. Proszę też nie zapominać o jeszcze jednej z nich – to moja praca. Od 11 lat leczę zęby i …uwielbiam to! Zrobiłam także doktorat i trzy lata pracowałam na uczelni.

 

  • To uporządkujmy – najpierw był rower?

– Na rower rodzice sadzali mnie i moje rodzeństwo jak tylko kończyliśmy raczkować. Sami byli i są cały czas bardzo aktywni. To dzięki nim jeżdżę też na nartach – z tatą do dziś na biegówkach przemierzamy szlaki w kozłowieckich lasach każdej zimy, o ile spadnie śnieg – w tym roku nie udało się. Staram się też jeździć na nartach w górach np. we włoskich Dolomitach. Marzę, aby przejechać trasę Sellaronda, która prowadzi przez stoki wokół przepięknego masywu Sella na północy Włoch.

Jeżdżę też na rolkach i na łyżwach. To są pasje, które „rosną” ze mną od najwcześniejszego dzieciństwa.

 

  • Brzmi imponująco. Ma Pani za sobą m.in. prawdziwą rowerową wyprawę z Lublina do czeskiej Pragi.

– Zamierzałam dojechać dużo dalej, do Santiago de Compostella w Hiszpanii szlakiem św. Jakuba i ten projekt nie jest jeszcze zamknięty. Dwa lata temu razem z koleżanką pokonałyśmy tylko część tej, liczącej ponad 3 tysiące km, trasy. Kolejne etapy przede mną. Mam nadzieję, że będę je stopniowo realizowała. Rower jest mi bardzo bliski, jeżdżę nim często i wszędzie, czasami nawet z Lublina do Bychawy, gdzie pracuję.

 

  • Jednak zdarza się, że rower zamienia Pani na buty do tańca?

– Od 5 lat w jednej z lubelskich szkół tańca tańczę flamenco. To cudowna sprawa i wspaniali ludzie, z którymi się spotykam
na tych zajęciach. Ten taniec daje ogromną możliwość otwarcia się, wyrażenia swoich emocji i nie jest tak bardzo ważna idealna poprawność wszystkich elementów i figur flamenco, dużo bardziej liczy się dla mnie samo przeżywanie, energia, którą ten taniec wyzwala. Jestem szczęśliwa, że dałam się na to namówić. I tylko żal, że na flamenco mam czas tylko raz w tygodniu.

 

  • Teraz powinnam chyba zapytać o fotografie, bo…

– …bo robię zdjęcia od dziecka. Pierwszy aparat – a była to Smiena – dostałam od taty, kiedy byłam jeszcze w podstawówce. Fotografowanie to u nas też rodzinny „sport”. Zdjęcia robili już moi dziadkowie (dzięki nim mamy sporą kolekcję fotografii z 20-lecia międzywojennego na Wileńszczyźnie i we Lwowie) a także mój tata, który specjalizował się w slajdach. Ja robię zdjęcia od czasów harcerskich. Głównie kronikarskie – z podróży, spotkań, wydarzeń w których uczestniczę. Nie ukrywam, że najpiękniejsze wspomnienia mam z czasów, kiedy zdjęcia nie tylko się samemu robiło ale także samodzielnie wywoływało w ciemni. Teraz posługuję się aparatami cyfrowymi.

 

  • Ostatnio w Galerii „U Lekarzy” w LIL można było podziwiać wystawę fotograficzną, której temat nierozerwalnie łączy się z Pani kolejną pasją.

– Wystawa „To oni tędy szli i Polskę mieli w oczach” to cykl zdjęć, które wykonałam moim kolegom z Lubelskiej Grupy Rekonstrukcji Historycznej Front. O dostanie się do tej grupy musiałam dość długo się starać, ale warto było – dwa lata temu jako jedyna do tej pory kobieta, zostałam przyjęta i… coraz bardziej wciąga mnie ta przygoda z historią.

 

  • Najlepiej to „widzi” Pani szafa, w której wisi już spora kolekcja mundurów z czasów II wojny światowej.

– Moja szafa to nic w porównaniu z kolekcjami mundurów i sprzętów, jakie mają niektórzy z członków naszej grupy. Przeznaczają na to całe pokoje! Trudno się jednak dziwić, w końcu to prawdziwi pasjonaci. Grupa, do której należę, działa od 15 lat i zajmuje się poznawaniem i odtwarzaniem historii polskich formacji wojskowych z czasów II wojny światowej, m.in. II Korpusu gen. Władysława Andersa walczącego pod Monte Cassino czy I Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego (walczyli w Holandii pod Driel i Arnhem). Dbamy, aby odtworzyć realia z tamtej epoki, szyjemy więc kopie mundurów starając się, aby każdy szczegół wyglądał jak oryginał – od guzików po buty, nie mówiąc już o broni itd. Ja ostatnio usiłuję odtworzyć używane w czasie wojny tubki z morfiną, ponieważ kompletuję ekwipunek sanitariuszki z tamtych czasów. Proszę mi wierzyć, że nie jest to proste.

 

  • Ta miłość do historii to też rodzinne „obciążenie”?

– Z całą pewnością – poza czystą przyjemnością poznawania dziejów Polski mam też bardzo prywatne historie moich przodków, wśród których byli np. budowniczowie Kolei Transsyberyjskiej, obrońcy Lwowa, więźniowie obozów koncentracyjnych, pomordowani w rzezi na Wołyniu czy sanitariuszki pracujące w szpitalu, w jaki zamienił się ich majątek podczas wojny, nie mówiąc o przodku, który na własnych nogach przez Japonię i Stany Zjednoczone wrócił do odrodzonej Polski z zesłania. Ich losy rozbudziły moją historyczną ciekawość, pisałam nawet olimpiadę z historii a teraz mam wrażenie, że ta ciekawość jeszcze bardziej się rozwija. Ostatnio kupiłam sobie nawet książkę o czołgach…

 

  • To skąd w Pani życiu wzięła się stomatologia, bo o ile wiem, tym razem nie jest to rodzinna tradycja?

– O tym kierunku studiów zaczęłam myśleć w pierwszej klasie szkoły średniej, kiedy stwierdziłam, że nie zostanę paleozoologiem i nie wyjadę na pustynię Gobi odkrywać nieznane szczątki prajaszczurów, o czym myślałam w podstawówce. Lubię prace manualne i uwielbiam ludzi, stomatologia wydała mi się więc odpowiednim kierunkiem.