Ratownik stwierdzi zgon

Szkoda gadać

Marek Stankiewicz

Marek Stankiewicz

Dobra zmiana ma dla nas kolejną dobrą nowinę. Pielęgniarki już wystawiają recepty, ratownicy medyczni szykują się do wystawiania kart zgonu. Tylko patrzeć jak na salowe gruchną jakieś unikatowe kompetencje. Marek Tombarkiewicz, anestezjolog, świeżo upieczony wiceminister zdrowia, przekonuje, że prawo stwierdzania zgonu uzyskają odpowiednio wyedukowani ratownicy. Swoje kompetencje będą musieli potwierdzić dyplomem licencjackim i zdaniem egzaminu państwowego w Centrum Egzaminów Medycznych. Pierwsi pionierzy wyruszą na spotkanie śmierci na przełomie 2021/2022 roku.

Dyskusja, kto będzie stwierdzał zgon pacjenta po wejściu w życie nowelizacji, trwa od dawna. Tymczasem stan lekarski systematycznie się kurczy i starzeje. Młodzi lekarze nie rwą się do łatania dziur w systemie, a starszym z wolna brakuje zdrowia, by sprostać wszystkim zachciankom ambitnych reformatorów. Nie wspominając o entuzjazmie. Projekt Ministerstwa Zdrowia zakłada, że w karetkach ambulansach będą jeździć wyłącznie zespoły złożone z ratowników medycznych. Podobno wykształcenie lekarza jest zbyt kosztowne, aby po studiach wsadzić go do karetki. Ale już na szpitalnych oddziałach ratunkowych, gdzie o wpół do czwartej nad ranem zgłasza się pacjent ze swędzeniem pleców, dyplom lekarski jest w sam raz.

Dotychczas o zgonie i jego przyczynie orzeka lekarz leczący chorego w ostatniej chorobie. Stwierdzenie zgonu i jego przyczyny mają nastąpić w drodze oględzin dokonywanych przez lekarza lub, w razie jego braku, przez inną osobę, powołaną do tej czynności przez właściwego starostę, przy czym koszty tych oględzin i wystawionego świadectwa nie mogą obciążać rodziny zmarłego. A ileż to razy w sukurs nieboszczykowi i jego zrozpaczonej rodzinie przychodzi nocna i świąteczna opieka zdrowotna, która wyręcza uprzywilejowaną dziś kastę medyków. I znowu wszystko sprowadza się do tego, żeby komuś nie zapłacić za usługę. Albo nie płacić dwa razy komuś, kto już za to skasował.

Stwierdzenie zgonu to jedno z najważniejszych i najtrudniejszych rozpoznań, niejednokrotnie stanowiące trudność nawet dla lekarzy. Zatrzymanie akcji serca i przerwanie reanimacji tylko przez ratownika wydaje się korzystne z punktu widzenia sprawności systemu, ale nie życzyłbym nikomu, by jego śmierć rozpoznano tak łatwo. Na całym świecie to przywilej lekarza. Ale z nim przyjdzie niedługo nam się rozstać.

Marek Stankiewicz

stankiewicz@hipokrates.org