Przy samowarze graliśmy… rock’n’rolla

Lekarz z pasją

z torakochirurgiem Januszem Jendrejem z Kliniki Chirurgii Klatki Piersiowej w SPSK 4 w Lublinie, pasjonatem muzyki i instrumentów klawiszowych, rozmawia Anna Augustowska

  • Grzeczne dziewczynki chodziły na lekcje gry na pianinie, a chłopcy uczyli się gitarowych chwytów. A Ty? Chyba zacząłeś inaczej?

– To prawda, zacząłem od pianina. Moja mama grała na pianinie, mocno starym i wiecznie rozstrojonym, gromadziła nuty i płyty gramofonowe więc ja jakby automatycznie, już od dziecka miałem klawisze pod ręką. Nie pamiętam, czy mama zachęcała mnie do grania, po prostu był instrument więc zacząłem na nim wystukiwać dźwięki.

 

  • Chyba dość efektownie, bo trafiłeś na lekcje do szkoły muzycznej?

– Nie zagrzałem tam jednak zbyt długo miejsca. Po kilku latach spędzonych w ognisku przy szkole muzycznej, która wówczas mieściła się w kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu, zniechęcony mozolnymi i niepotrzebnymi, jak mi się wówczas zdawało, ćwiczeniami przerwałem naukę. Co nie znaczy, że porzuciłem grę na pianinie. Wręcz odwrotnie, kiedy skończył się szkolny dryl odkryłem radość samodzielnej, bezstresowej i niestety – niesystematycznej nauki. W ruch poszły mamine nuty zalegające w domu, zacząłem sam dobierać sobie repertuar i czerpać z gry wielką przyjemność. Moja późniejsza edukacja w III LO im. Unii Lubelskiej obfitowała w liczne „incydenty” muzyczne. Artystyczna atmosfera, która wówczas panowała w szkole, wywarła na mnie duży wpływ.

 

  • No i pojawił się rock’n’roll?

– Na początku lat 70. w radiu zaczęto nadawać coraz więcej muzyki zza „żelaznej kurtyny”, słuchaliśmy więc rocka, big-beatu, popu, bluesa. W lubelskim radiu swoje autorskie muzyczne audycje nadawał redaktor Jerzy Janiszewski; coraz częściej można było dotknąć oryginalnej płyty. Nieprawdopodobnie drogiej, ale jednak! Szczęśliwcy mogli się pochwalić perfekcyjną kopią na taśmie magnetofonowej, reszcie pozostawały nagrania z audycji radiowych „na UKFie”. Piękne czasy!

 

  • Zmieniłeś wtedy swój repertuar?

– Oczywiście! Mój repertuar zresztą stale i dość swobodnie modyfikuję. To poniekąd komfort, jaki daje mi nieprofesjonalny kontakt z muzyką. W czasach szkolnych ćwiczenia słuchu odbywałem odtwarzając na pianinie linie melodyczne słuchanych utworów. A było co robić, bo te najbardziej pożądane nuty praktycznie były niedostępne. Pierwszy ever­green, który pamiętam to wielki blues-protest song „Blow’in The Wind” (notabene usłyszałem go po raz pierwszy na lekcji muzyki w jak najbardziej socjalistycznej szkole!). A wcześniej „Dom wschodzącego słońca” – kanon początkującego gitarzysty. W liceum działał też zespół muzyczny z prawdziwego zdarzenia, prowadzony przez nauczyciela muzyki. Dysponował organami elektronicznymi, perkusją i gitarami elektrycznymi. Nie udało mi się do niego dostać więc wymyśliliśmy z kolegami sposób na możliwość dostępu do instrumentów. Zainspirowani przez młodą nauczycielkę języka rosyjskiego, postanowiliśmy przygotowywać spektakle wypełnione piosenkami i poezją… rosyjską. Oczywiście w czasie prób grywaliśmy przy okazji całkiem inną muzykę… a „Wieczory przy samowarze” okazały się idealnym kamuflażem, aby grać big-beat, rocka i bluesa.

 

  • To wtedy zacząłeś grać na gitarze?

– Trochę wcześniej. Musiałem! Przecież trudno zabrać na ognisko czy rajd pianino, a dziewczyny lgnęły do chłopaków z gitarą. Nie chciałem być gorszy. Okazuje się, że życie może zaskoczyć nieraz – okoliczności sprawiły, że ostatnio wziąłem lekcje gry na… perkusji.

 

  • No właśnie, przecież to dzięki Tobie wielu muzykujących lekarzy mogło wziąć ostatnio lekcje gry u mistrzów z najwyższej półki: gitarzystów Marka Radulego i Krzysztofa Ścierańskiego i perkusisty Grzegorza Kuligowskiego! Skąd ten pomysł?

– Z radości, jaką daje kontakt z muzyką graną samodzielnie, szczególnie w grupie. Na studiach medycznych, które jednak wymagały czasu i oddania, muzyka zeszła trochę na drugi plan. Grywaliśmy już sporadycznie, najczęściej tylko przypadkowo. Podobnie, kiedy zaczęliśmy pracę, pozakładaliśmy rodziny i zwyczajnie brakowało czasu i możliwości, bo zebrać w jednym miejscu i czasie kilku czynnych zawodowo, zabieganych między dyżurami, gabinetami i szpitalami
lekarzy to bardzo trudne zadanie. O systematycznym, na przykład cotygodniowym wspólnym graniu, można zapomnieć.

 

  • Chyba jednak nie do końca. A zespół „Po Godzinach”?

– To prawda, kilka bratnich muzykujących dusz spotkałem pracując już w szpitalu przy ul. Jaczewskiego. Pierwszy, dwuosobowy zespół muzyczny tworzyliśmy zupełnie nieformalnie z kardiochirurgiem Czarkiem Jurko – gitarzystą, bardem, chórzystą. Ponad 10 lat temu
ortopeda Krzysztof Piecyk – gitarzysta i wokalista z sukcesem powołał do życia zespół lekarzy, którego nazwę „Po Godzinach” wymyślił radiolog Maciek Szajner – gitarzysta, wokalista, człowiek bluesa. Pozostali członkowie zespołu również są medykami, z którymi jednak moje ścieżki muzyczne splatają się znacznie, znacznie dłużej. Z kolegą z roku, pulmonologiem – wokalistą i chórzystą, Wojtkiem Remiszewskim współtworzyliśmy zespół muzyczny na obozie wojskowym. Z gitarzystą basowym Andrzejem Majem oraz naszym perkusistą – chirurgiem Jarkiem Melko grywaliśmy jeszcze w latach siedemdziesiątych. Teraz spotykamy się zawsze, kiedy jest to tylko możliwe, więc oczywiście niesystematycznie i właśnie …po godzinach.

 

  • Daliście się poznać szerszej publiczności w ubiegłym roku w czasie jesiennego Pikniku dla lekarzy. To wtedy narodził się pomysł na lekcje mistrzowskie?

– Po pierwsze pomyślałem, że grających lekarzy jest zapewne dużo, dużo więcej i dobrze by było, abyśmy wiedzieli o sobie, poznali się i może wspólnie zagrali. Później wpadłem na pomysł zorganizowania pod egidą LIL warsztatów – lekcji gry u profesjonalnych muzyków. Zadanie ambitne, bo jednak jesteśmy naprawdę bardzo zajęci i w zasadzie każdy termin był zły.

 

  • Udało się jednak wspaniale i chyba apetyt rośnie na więcej?

– Przede wszystkim bardzo się cieszę z naszego wspólnego spotkania. Mam nadzieję, że razem uda się nam zorganizować występ lekarzy dla środowiska medycznego. Być może zagramy znowu jesienią, 9 października na Pikniku w Jabłonnie – oby się udało. Chciałbym, aby koleżanki i koledzy, którzy grają i śpiewają, nabrali odwagi i czynnie dołączyli się do naszej zabawy w bluesowo-rockowe muzykowanie. Kontakt z żywą muzyką jest czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym, dlatego chcielibyśmy, żeby klimat otwartej, kameralnej sceny był zachętą dla wszystkich lekarzy, również tych muzykujących w zaciszu domowym. Zapraszamy i zachęcamy – jak najszybciej dajcie znać.

 

 

Wywiad z Markiem Radulim, gitarzystą i kompozytorem, można przeczytać w „Medicusie” ze stycznia 2016 roku (www.medicus.lublin.pl), natomiast na internetowej stronie Komisji Kultury LIL: kultura.oil.lublin.pl umieszczono
obszerną fotorelację z warsztatów muzycznych dla lekarzy.