Proszę się nie bać… zaraz pan zaśnie

z anestezjologiem Wiesławem Mikusiem, tekściarzem, kompozytorem muzyki i autorem zbioru opowiadań, rozmawia Anna Augustowska

• Nie ukrywam, że czytając Pańskie opowiadania „Proszę się nie bać… zaraz pan zaśnie…” – szczególnie te dramatyczne – zakładałam, że są zapewne inspirowane Pana pracą ale jednak, że to… fikcja literacka. Tymczasem okazuje się, że to samo życie?
– Wszystko o czym piszę, zdarzyło się naprawdę. Byłem uczestnikiem większości z nich, chociaż wykorzystałem w kilku miejscach historie opowiedziane mi przez innych lekarzy. Nosiłem je w głowie od lat, ale dopiero ostatnio stwierdziłem, że jeśli ich nie opiszę, odejdą razem ze mną. A tego nie chciałem. Tym bardziej że żadne z nich, nawet te najbardziej zaskakujące i nieprawdopodobne, nie zostały przeze mnie wymyślone. Życie naprawdę pisze najbardziej fascynujące scenariusze.

• Wystarczy je tylko zapisać?
– Zapisać i nadać formę literacką. Ja chciałem, aby te opowiadania „dało się czytać”, ale nie jak rejestr przypadków medycznych, ale jak wciągające ludzkie historie. Stąd zabieg fabularyzacji dialogów, opisów itd. Zmieniłem też wszystkie imiona i nazwiska bohaterów – poza jednym przypadkiem. Chodzi o dramatyczną historię, kiedy w wypadku samochodowym ginie rodzeństwo. Młodzi 20-paroletni siostra i brat, Małgosia i Mateusz. Ich rodzice mnie o to poprosili: „Nasze dzieci odeszły, ale w książce będą żyć zawsze”.

• Jest w Pana książce kilka niezwykle dramatycznych historii, ale jedna – ta o poparzonym, a w zasadzie żywcem spalonym mężczyźnie – nie pozwoliła mi zasnąć… Opisał Pan ją pod wymownym tytułem: „Eutanazja”.
– Chory był tak potwornie poparzony, że nigdy wcześniej – ani nigdy potem zresztą – czegoś takiego nie widziałem. A żył! Był przytomny i jęczał… To był początek lat 90. Nie było jeszcze ośrodka leczenia poparzeń w Łęcznej… Chory konał, a co najgorsze, nie miał już tkanek, w które mógłbym się wkłuć i podać leki przeciwbólowe. Człowiek błagał, aby go dobić… Nie ukrywam, że to był moment w całym moim lekarskim życiu, kiedy pomyślałem o eutanazji…
• Ale są też opowiadania, przy których – co tu kryć – pęka się ze śmiechu.
– Na szczęście! Starałem się tak skomponować układ książki, aby czytelnik mógł się pośmiać, zadumać, ale też wzruszyć. Pracuję od 44 lat, więc mam z czego wybierać. Już szykuję drugi tom, bo pierwszy nakład „Proszę się nie bać…” – rozszedł się w kilka tygodni i teraz już trzeci dodruk jest szykowany. Historii do opisania mam cały zapas.

• A przecież wcale nie chciał Pan być lekarzem?
– Mój tata, Ryszard Mikuś, któremu zresztą dedykuję tę książkę, był chirurgiem. Kiedy patrzyłem na jego zapracowanie, wieczną nieobecność w domu uznałem, że nie pójdę w jego ślady. W liceum marzyłem o politechnice. Ale się zakochałem. Ela marzyła o medycynie. I z tej miłości do niej też zdawałem na Lekarski – paradoksalnie ja się dostałem od razu, Ela rok później. Wtedy jednak nasze drogi już się rozeszły… Kiedy byłem w połowie
studiów wprowadzono tzw. studia kierunkowe z chirurgii i znalazłem się w grupie 11 osób wytypowanych do tych studiów. Do dzisiaj nie wiem, na jakich zasadach nas wybrano. W każdym razie wszystko wskazywało na to, że jest mi pisana chirurgia. Dużo czasu będąc jeszcze studentem spędzałem w szpitalu, gdzie asystowałem już przy poważnych operacjach, dokumentacji itd. Jednak los sprawił inaczej – pewnego dnia idąc korytarzem kliniki zostałem wezwany na ratunek przez pacjentki z sali, na której jedna z nich nie dawała oznak życia. Wszyscy lekarze byli na sali operacyjnej – nikogo z personelu, tylko ja, zresztą przechodziłem przypadkiem, nie miałem dyżuru… no i nagle to wezwanie. Rozpocząłem reanimację, masaż serca, sztuczne oddychanie… chyba 40 minut to trwało aż kobieta odzyskała przytomność. Kiedy przybiegli starsi koledzy jeden z nich stwierdził, że wszystko zrobiono dobrze i poszedł, a ja zdałem sobie sprawę, że chcę zostać lekarzem, który zawsze – w każdych okolicznościach – będzie umiał pomóc choremu. I uznałem, że zostanę anestezjologiem. I tak się stało.

• Doświadczenie ma Pan ogromne – praca w pogotowiu ratunkowym, w szpitalu w Zamościu, gdzie był pan szefem anestezjologów i wielu z nich wykształcił, w Szczebrzeszynie i w Biłgoraju – a przecież jest jeszcze pisanie tekstów do kabaretu, komponowanie muzyki, rysowanie! Jak to wszystko upchać w 24-godzinnej dobie?
– Nie wiem. Ale tak działam. Jeszcze na studiach doktor Irosław Szymański wciągnął mnie do swego kabaretu „Loża” – byłem tam też aktorem; grać i komponować muzykę nauczyłem się sam. Lubię rysować – kilka rysunków dałem nawet do mojej książki. Pomysły stale chodzą mi po głowie, nawet na sali operacyjnej potrafię zapisywać na kartce jakieś hasła i skojarzenia. Taki jestem przypadek.

• A czy Przypadek był kiedyś pacjentem – usypiano Pana do operacji?
– Kilka razy nawet! I wie pani co? Zmieniło to we mnie postrzeganie samego procesu usypiania do operacji. Jest taki bardzo krótki moment, kiedy lek zostaje podany, ja to wiem, że już „leci”, a jeszcze pacjent jest przytomny, ale nie ma już odwrotu! Lek zaraz zrobi swoje i to jest moment, kiedy – bo tego nigdy się nie wie – kiedy być może ostatni raz widzi się świat. Jak sobie to uświadomimy to… groza. Więc ja zawsze wtedy staram się odwrócić uwagę pacjenta, coś tam mu śmiesznego mówię, o coś pytam. Zwykle w połowie odpowiedzi chory zasypia – a kiedy go już po wszystkim wybudzam, to zawsze tym samym pytaniem. I ludzie nie mogą uwierzyć, że są już po operacji. Jacy są wtedy szczęśliwi! I chyba o to mi w życiu chodzi – pomagać ludziom i zawsze z całej siły starać się zrobić wszystko, co tylko można w danej sytuacji. Nie odpuszczać! Tylko wtedy można poczuć się spełnionym w tym zawodzie – ja się tak czuję i dlatego dzisiaj bez wahania wybrałbym tę samą drogę życia.