Postać zbliżona do powidełek

Nie dręczyć chorego odrażającem lekarstwem!

Dla dzieci i kobiet lekarstwa przepisują się przyjemniejszego smaku, mężczyźni łatwiej znoszą i przykrzejsze. W przypadku, gdy chory nie jest zamożny, należy dobrać mu tańszy, mniej wyszukany lek. Tak zalecał autor podręcznika pisania recept… 155 lat temu! W czasie rewolucji z e‑receptami zaglądamy do XIX‑wiecznej publikacji profesora Antoniego Kryszki.

Żadna tajemniczość nie przystoi medycynie, bo trąci szarlataneryą, nadto daje powód do niezrozumiałości i pomyłek – to chyba główna myśl przyświecająca autorowi, który postanowił zebrać najważniejsze informacje przydatne jego studentom medycyny i farmacji. Choć wówczas istniały już dwie książki wydane w języku polskim, uczące pisania recept. Jedna ukazała się w Warszawie (1816 i 1829) druga w Krakowie (1851).

Doktor Antoni Kryszka uważał, że lekarz ma obowiązek znać techniczne możliwości aptekarza, by nie wymagał czegoś niewykonalnego. Aptekarz musi mieć wiedzę o ważności i mocy lekarstwa. Recepta, na pierwszy rzut oka, ma ułatwiać zadanie aptekarzowi. Cała musi kończyć się na jednej stronie i pod żadnym pozorem nie wolno jej przenosić na drugą.

Dając jednakże kilka przepisów na jednym papierze, gdy długość jego nie wystarcza na ich pomieszczenie, przenosimy całkowity osobny przepis na drugą stronę, przestrzegając o tym u dołu pierwszej wyrazami: verte, vertatur, przewrócić. Dla uniknięcia przy robocie lekarstw opuszczeń, recepty piszą się w jednostajnym porządku: inscriptio, praepositio, praescriptio, subscriptio i signatum. Inscriptio (nadpis) nie dozwala dopisać żadnego środka i podstępnie włożyć na lekarza niezasłużoną odpowiedzialność – tłumaczy w swej książce.

A ponieważ był to czas na długo przed wprowadzeniem ujednoliconych druków, zalecał, by lekarze używali papieru czystego, takiej wielkości, aby nie zabierał na próżno miejsca na stole, przy którym „receptaryusz” pracuje. – Mają być pisane dobrym atramentem i czytelnie, w języku do recept przeznaczonym. U nas w łacińskim. Przepisywać, co potrzeba, o ile się da, bez żadnych poprawek i doprawek – precyzował.

Ówczesne przepisy mówiły, że jedna recepta służy jeden tylko raz i przechowuje się je w aptekach przez 3 lata.

Filozofia i medycyna

Fakt, że jego ojciec był urzędnikiem, sprawił, że Antoni Kryszka, który pochodził z Radomia, mógł się kształcić. Już średnią szkołę skończył w Krakowie. Później na Uniwersytecie Jagiellońskim zaczął studiować na Wydziale Filozoficznym. Edukację przerwał i kontynuował ją w Wilnie na Akademii Medyko‑Chirurgicznej. Kolejny uniwersytet – w Tartu, gdzie 25‑letni Kryszka otrzymał stopień lekarza I klasy. Sześć lat później stopień doktora medycyny uzyskał w Warszawie, gdzie został lekarzem ordynującym, a potem lekarzem naczelnym w Szpitalu św. Rocha przy Krakowskim Przedmieściu 24. Dziś placówka nie istnieje, nie przetrwała II wojny. Kryszka był z nią związany przez 28 lat. Miał tu nawet mieszkanie.

Równolegle był profesorem warszawskiej Akademii Medyko‑Chirurgicznej, wykładowcą materii lekarskiej Wy­dzia­łu Lekarskiego Szkoły Głównej War­szawskiej – uczył fizjologii, potem objął wykłady terapii ogólnej i receptury. Po otwarciu Uniwersytetu Warszawskiego był profesorem farmakologii.

Pozytywista studentom

„Receptura, czyli nauka pisania recept i przyrządzania podług nich lekarstw”, 45‑letniego wówczas Antoniego Kryszki, ukazała się w Warszawie w 1865 roku.

To rok wojny secesyjnej w Ameryce i czas pierwszego wydania „Alicji w Krainie Czarów”. W Lublinie zaczynała się budowa hotelu Europa. 1865 to rok carskich represji po upadku powstania styczniowego. Pozycję przeznaczoną dla studentów medycyny i farmacji w Szkole Głównej Warszawskiej musiał przeczytać cenzor. Jak wszystko, co ukazywało się oficjalnie drukiem. Widać cenzor J. Błeszczyński nie znalazł nawet cienia aluzji do konspiracji narodowowyzwoleńczej. „Receptura” została wydrukowana.

Współcześni historycy uznają postawę ówczesnych profesorów, którzy za własne pieniądze drukowali polskie podręczniki i materiały do nauki, za pozytywistyczną. W tym gronie był Kryszka.

Lukrecja do tarzania

Apteka nie jest już prostym sklepowym składem, lecz naukową pracownią. Uczynić wybór, przekonać się o dobroci, umiejętnie przerobić i przechować, nareszcie przyrządzić prawdziwe lekarstwa; wszystko to wymaga gruntownej nauki – uważał profesor. Lektura jego „Receptury” daje nam pojęcie, jak wyglądała wówczas praca w tej naukowej pracowni.

Pigułki powstawały z masy zawierającej składniki wyszczególnione na recepcie i formowanej w wałeczki. Wałeczki dzielone na części, zamieniane były w palcach w zaokrąglone porcje.

Pigułki zrobione i starannie zaokrąglone, mogłyby z czasem zlepiać się z sobą i używanie ich uczynić niewykonalnym – zauważa Kryszka i dodaje – W celu więc przeszkodzenia zlepianiu się pigułek, zwykle posypują się jakim obojętnym proszkiem, widłaku (lycopodium), lukrecyi. Lub dla nadania im zapachu proszkiem aromatycznym, cynamonowym, waniliowym. Można także pigułki powłóczyć klejem, zanurzając je na szpilce lub tarzając w karuku (klej rybi, otrzymywany z wysuszonych pęcherzy rybnych – red.). Autor podręcznika tłumaczy, że wyrażenie „obclucantur gelatina cum saccharo”, którego lekarz użyje na recepcie znaczy, że pigułki lekko zwilżone klejem, mają być tarzane w miałko sproszkowanym cukrze.

Złoto i rozynki

Nie pisze niestety na co i komu przepisywane były pigułki upiększane kruszcami. Wyjaśnia jedynie, że dla posrebrzenia i pozłocenia pigułek, najpierw robi się ich powierzchnię lepką – jeżeli taką nie była – a następnie potrząsa się nimi i listkami złota albo srebra w kulistym naczyniu. Przestrzega by nie zdobić tak pigułek zawierających związki, które czernią te metale.

Profesor, który miał wieloletnie doświadczenie w pracy w szpitalu uprzedzał swoich czytelników, że niektórzy chorzy nie umieją połykać pigułek. Gryzą je narażając się na nieprzyjemny smak. Sposobem jest zawinięcie pigułki w zwilżony opłatek, położenie jej daleko na języku i szybkie popicie wodą.

Zastępowanie opłatka przy używaniu pigułek i proszków suszonemi śliwkami, rozynkami i podobnie małemi owocami, należy do indywidualnych dogodności, jakich usłużny lekarz nigdy nie lekceważy – zauważa.

Słonina, miód, konfitury. Na recepcie

Mydło, słonina, krochmal, wosk, masło kakaowe, miód i silniejsze środki to skład ówczesnych czopków. Stosowane w, jak się mówiło w XIX wieku kiszce odchodowej – były i wówczas jedną z form podawania leków.

Miód, ale tym razem praśny, czyli świeży, płynny pojawia się w ponad 200-stronicowej publikacji, by wytłumaczyć czytelnikom gęstość powidełek. To nieznana nam zupełnie postać lekarstwa, którego istotą było ukrycie w miłym dla pacjenta smaku, środków lekarskich. Używano do tego konfitur, roobów (sok ze świeżych jagód, owoców i skórki uzyskany przez kruszenie i wyciskanie oraz odparowywanie z dodatkiem cukru – red.). miazg owocowych i syropów. Niektóre z powidełek zawierały terapeutycznie kojące dawki opiatum.

Przypisywano je określając porcje łyżeczkami do kawy. Mogły być pierwszej gęstości lub drugiej – w formie słodkiego soku. Postać już w czasach Kryszki była krytykowana. Wadą powidełek było to, że szybko się psuły.

Ukrycie nieprzyjemnych własności lekarstwa, uczynienie go smacznem, jest jednem z ważniejszych zadań piszącego recepty. Któż zaprzeczy, aby nie było słusznem nie dręczyć chorego odrażającem lekarstwem – poucza swoich studentów autor podręcznika.

Płynne prędzej skutkują

Przy chorobach ostrych, lekarstwa płynne prędzej skutkują i mniej obciążają żołądek, kiedy w cierpieniach przewlekłych, postacie stałe dłużej przechowujące się, bardziej będą na swojem miejscu. Dla dzieci i kobiet lekarstwa przepisują się przyjemniejszego smaku, mężczyźni łatwiej znoszą i przykrzejsze; środek w naturze, czyli in substantia przystępniejszy jest dla ubogiego, naciągi i wyciągi, to jest tynktury i extrakta dla bogatego – tłumaczył swoim następcom wykładowca.

Podkreślał, że aptekarz ma zachowywać przy robocie największą czystość i nie „dozwalać sobie żadnych nieprzyzwoitości, np. wydmuchiwania naczyń, nadgryzania korków” itp. Dozowanie, czyli rozdzielanie lekarstw, polegało na podzieleniu całości przepisanego leku na pojedyncze dawki (zwane dozami, czyli wziątkami). Dozowanie należało do obowiązków farmaceuty.

XIX‑wieczna nowoczesność

W 1885 roku, w 20 lat po ukazaniu się „Receptury”, uznawanej przez dzisiejszych farmaceutów za nowoczesną – profesor przeszedł na emeryturę. Zrezygnował z prowadzenia katedry farmakologii na UW, musiał zaniechać pracy naukowej. Wszystko przez chorobę oczu.

Zmarł w 1912 roku, miał 94 lata. Jego grób jest na Powązkach.

Janka Kowalska


  • Korzystałam z „Farmacja Krakowska” i „Znani i nieznani Ziemi Radomskiej”

Ilustracje:

  • XVIII-wieczne recepty lekarskie ze zbiorów Biblioteki Załuskich. Fot. Polona.pl
  • Tytułowa strona podręcznika prof. Kryszki. Ze zbiorów Polona.pl