Pomóżmy jej wrócić

z Hamidą Alsayed, córką mieszkającej w Syrii lekarki z Lubelszczyzny, rozmawia Anna Augustowska

  • To będzie rozmowa o lekarce Zofii Świderek-Alsayed, Pani mamie, która od blisko 40 lat mieszka i leczy dzieci w Syrii, a teraz sama potrzebuje pomocy. Opowiedzmy dlaczego?

lek-syria-cmyk– Odpowiedź jest jedna: od 6 lat w Syrii trwa mordercza wojna – jej końca nie widać. Życie staje się tam po prostu niemożliwe. Z tego powodu ja z mężem i 3-miesięcznym synkiem cztery lata temu uciekliśmy z Latakii, miasta leżącego stosunkowo blisko Aleppo i teraz mieszkamy w Lublinie. Rodzice z siostrą zostali. Chcemy, aby dołączyli do nas, bo z każdym tygodniem sytuacja w Syrii staje się coraz bardziej dramatyczna.

 

  • A jak Pani udało się wyjechać z Syrii?

– Uratowało mnie to, że mam polskie obywatelstwo. Urodziłam się w Lublinie w marcu 1980 roku. Nie miałam roku, kiedy rodzice wyjechali do ojczyzny mojego taty, do Syrii – powodem tej decyzji był stan wojenny, który wybuchł wtedy w Polsce. Paradoksalnie teraz ja z moją rodziną uciekłam z objętej wojną Syrii… Mama pochodzi z Zamojszczyzny, z małej wsi koło Tomaszowa Lubelskiego. Do dzisiaj żyje tam jej ojciec – mój dziadek i brat mamy (mają małe gospodarstwo). Mama od dziecka chciała być lekarzem i od zawsze chciała leczyć dzieci, chociaż zaraz po studiach myślała też o psychiatrii, nawet rozpoczęła specjalizację w tym kierunku. Ostatecznie jednak uzyskała specjalizację z pediatrii. Na studia przyjechała do Lublina, Wydział Lekarski na tutejszej Akademii Medycznej ukończyła z bardzo dobrymi wynikami – otrzymała nawet „czerwony dyplom”, tzn. ukończyła studia z wyróżnieniem w roku 1974. W trakcie specjalizacji wyjechała na praktykę do Zagrzebia i tam poznała mojego tatę, który studiował na zagrzebskim
uniwersytecie geodezję. Połączyło ich silne uczucie, postanowili być razem. Ślub wzięli w Polsce w 1978 roku. Tata kończył studia w Chorwacji, wkrótce ja pojawiłam się na świecie. Nie wiem, jak ułożyłoby się życie rodziców, gdyby nie wprowadzono stanu wojennego – może nigdy by z Polski nie wyjechali?

 

  • Stało się jednak inaczej. Syria to było dobre miejsce na życie?

– Mieszkaliśmy w Latakii, pięknym mieście założonym na przełomie IV i III wieku p.n.e. (jako Laodycea). Miasto leży w północno-zachodniej Syrii, nad Morzem Śródziemnym. Po przyjeździe mama szybko się zaaklimatyzowała, nauczyła się arabskiego, nostryfikowała dyplom lekarza i zaczęła pracować, najpierw w przychodni a później w naszym domu otworzyła własną praktykę. Odkąd sięgnę pamięcią miała tłumy pacjentów, nawet z innych miast ludzie przyjeżdżali do niej z chorymi dziećmi. Stale też się dokształcała w Polsce (przyjeżdżała na konferencje i kursy), a kiedy urodziła się moja najmłodsza siostra Jola (mam jeszcze średnią siostrę Magdalenę), u której stwierdzono zespół Downa, mama wyspecjalizowała się w rehabilitacji metodą prof. Vaclava Vojty. Tworzyliśmy szczęśliwą rodzinę. Tata prowadził biuro geodezyjne. Ja ukończyłam ekonomię na uniwersytecie w Latakii, rozwijałam moją pasję, jaką jest gra na pianinie. Na uczelni poznałam mojego męża, Assefa Sallooma, który jest anglistą i muzykiem – gra na lutni i gitarze (prowadziliśmy nawet własną szkołę muzyczną, mieliśmy zespół instrumentalny). I kiedy nasze wspólne życie zaczęło nabierać rozpędu, wzięliśmy ślub,
kupiliśmy dom i urodził się Adaś… wszystko to musieliśmy porzucić. Za nic nie chciałam, aby moje dzieci żyły w objętym wojną kraju. Stąd decyzja o wyjeździe.

 

  • Ten wyjazd to także decyzja, aby porzucić wszystko: bliskich, dom, pracę – Lublin to jednak całkiem obce dla Was miasto?

– Obce, bo ja tu się tylko urodziłam, ale znam język – mama rozmawiała z nami po polsku – to bardzo ułatwiło nam początki życia w Polsce. Dzięki pomocy wielu osób udało się nam też skończyć na KUL-u europeistykę, gdzie językiem wykładowym jest angielski, mąż nawet wygrał ogólnopolski konkurs na doktorat (konkurs organizowany jest dla cudzoziemców, którzy piszą prace naukowe na polskich uczelniach). Staramy się układać sobie tu życie, wkrótce urodzi się nam drugie dziecko. Z całą pewnością nie możemy już wrócić do Syrii. Tu mamy bezpieczeństwo. Teraz chcemy zrobić wszystko, aby do kraju wróciła moja mama.

 

  • Skoro ma polskie obywatelstwo to nie będzie chyba trudne?

– Sam przyjazd oczywiście nie jest przeszkodą. Jednak mama musi mieć zagwarantowaną pracę – i to jest teraz nasze zadanie, aby ją dla niej znaleźć. Mama odnowiła swoje prawo wykonywania zawodu w Polsce w 2013 r. Ma duże doświadczenie w pracy z dziećmi niepełnosprawnymi. Po kursach Vojty udoskonaliła swoją wiedzę w diagnostyce zaburzeń neurorozwojowych u niemowląt. Prowadzi też rehabilitację dzieci z już utrwalonymi zaburzeniami m.in. z dziecięcym porażeniem mózgowym, wadami postawy, czy z zespołem Downa. Poza tym mama współpracuje z wydziałem pedagogiki na uniwersytecie w Latakii, gdzie uczy studentów, jak wcześnie można rozpoznać odchylenia od normy a także prowadzi własny ośrodek dla dzieci niepełnosprawnych, gdzie działa zespół złożony z logopedów i terapeutów behawioralnych, aby najskuteczniej pomagać dzieciom.

 

Jeśli ktoś z Państwa, naszych Czytelników, chciałby pomóc Zofii Świderek-Alsayed i jej rodzinie, mógłby ją zatrudnić lub podpowiedzieć, gdzie mogłaby znaleźć pracę, prosimy o kontakt z redakcją, tel. 81 53 604 73 lub sekretariatem OIL, tel. 81 53 604 50 a także mailowo august@oil.lublin.pl

Napisz komentarz