Pierwszy ułan II Rzeczypospolitej, dyplomata i lekarz

Gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski 1881–1942 

Wieniawa połączył w swoim życiu tak różne postaci, że stał się legendą. Był lekarzem, adiutantem i przyjacielem marszałka Józefa Piłsudskiego, towarzyszem zabaw i bohaterem wierszy największych ówczesnych polskich poetów – Antoniego Słonimskiego, Juliana Tuwima i Mariana Hemara. Był ambasadorem Rzeczypospolitej we Włoszech i przez dwa dni we wrześniu 1939 r. następcą prezydenta Ignacego Mościckiego.

 

Beniaminek Warszawy

Pozostała po nim legenda beniaminka Warszawy, bywalca knajpek i kabaretów, arbitra elegancji i wdzięku, niestrudzonego uwodziciela i pojedynkowicza. Ale też kawalera wielu najwyższych orderów polskich i zagranicznych, a nawet tytułu księcia, który otrzymał od króla Afganistanu. Bolesław Długoszowski urodził się w 1881 r. w rodzinnym majątku Bobowa na Podkarpaciu. Był przedstawicielem rodziny, z której pochodził też słynny kronikarz Jan Długosz. Po maturze wybrał studia medyczne w ukochanym Lwowie na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza. Na studiach uczył się wręcz celująco, zdawał egzaminy bez problemu i w 1906 r. otrzymał dyplom doktora wszech nauk medycznych. W tym samym roku poślubił Stefanię Calvas i młodzi małżonkowie wyjechali do Paryża – on miał studiować okulistykę, a ona kształcić swój głos. Jednak w Paryżu Bolesławowi więcej czasu zajmowało studiowanie życia paryskiego, niż medycyny, z której ostatecznie zrezygnował. Za to poznał wielu później sławnych ludzi. W lutym 1914 r. Wieniawa był w Paryżu na odczycie Piłsudskiego i to spotkanie zmieniło całe jego życie. Jak napisał do brata Kazimierza: „Od dziś uważam się za żołnierza, bo nareszcie mam Wodza”. I w ślad za Piłsudskim pojechał do Krakowa, aby walczyć
z zaborcami. Tak narodził się Wieniawa, pierwszy ułan II Rzeczypospolitej. Znalazł się w składzie słynnej Pierwszej Kompanii Kadrowej, która 6 sierpnia 1914 r. wyruszyła na front z krakowskich Oleandrów. Wkrótce jako ochotnik dołączył do słynnego oddziału kawalerii Władysława Beliny Prażmowskiego. Szybko zdobył uznanie kolegów za swoją odwagę i brawurę połączoną z talentem organizacyjnym, beztroską i specyficznym humorem. Zachwyt budziły teksty jego piosenek legionowych, układane do melodii ówczesnych przebojów.

Na energicznego ułana zwrócił uwagę Józef Piłsudski i tak Wieniawa został adiutantem Komendanta, który go nie tylko lubił ale traktował wręcz jak syna, za co Wieniawa odpłacał mu bezgranicznym oddaniem. Po uwięzieniu Piłsudskiego w Magdeburgu, Wieniawę zdegradowano, wcielono do armii austriackiej, gdzie pełnił funkcję lekarza (został ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych w Cieszynie). Jednak na polecenie Rydza-Śmigłego, Wieniawa zdezerterował z wojska austriackiego i przedostał się w ramach działalności wywiadowczej do ogarniętej rewolucją Rosji, aby nawiązać kontakt z gen. St. Hallerem. Wraz z francuską misją wojskową miał bezpiecznie wrócić do kraju.

 

Więzień Łubianki

WIENIAWAJednak bolszewicy wagon dyplomatyczny zrewidowali i będących w nim Polaków aresztowali. Cudem uniknęli rozstrzelania, ale i tak Długoszowski wylądował
w katowni Czeki na Łubiance. W próbach jego uwolnienia uczestniczyli Ignacy Daszyński, a nawet sam Feliks Dzierżyński. Ostatecznie ocaliła go żona adwokata Berensona, Bronisława, piękna kobieta, z którą nawiązany romans zamienił się w wielką miłość zakończoną w 1919 roku ślubem. W rok później urodziła się im córka Zuzanna, której ojcem chrzestnym został Piłsudski. Wieniawie udało się nielegalnie przedostać z Rosji do Warszawy, a tam właśnie powrócił uwolniony z więzienia Piłsudski. Komendant ucieszył się z powrotu ulubieńca i chciał z niego zrobić dyplomatę. Uważał, że człowiek o takiej inteligencji, znający biegle osiem języków, uroczy światowiec o artystycznych zamiłowaniach, o fantastycznej prezencji spełni te nadzieje. I tak się stało, ale dopiero po śmierci Komendanta. Marzeniem Długoszowskiego było zostać dowódcą szwoleżerów i został nim pod koniec 1926 r. Informując go o nominacji Piłsudski powiedział: „Słuchajcie Wieniawa, macie mi pilnować szwoleżerów, żeby za dużo nie pili! – Rozkaz Komendancie! Obiecuję posłusznie, że nie będą pili więcej ode mnie! – odpowiedział Wieniawa. – To mnie wcale tak bardzo nie pociesza – powiedział z rezygnacją Marszałek”.

Wieniawa uważał, że prawdziwy kawalerzysta powinien mieć zamiłowanie do „trzech K”: koni, kobiet i koniaku. I trzeba przyznać, że tym słabościom ulegał prawie przez całe życie. Piłsudskiemu tłumaczył, że nie nadaje się na dyplomatę ponieważ „w kawalerii można robić głupstwa, ale świństw nigdy, w dyplomacji na odwrót: czasem robi się świństwa, ale nigdy głupstwa”. Jednak Marszałek wysyłał dość często Wieniawę w misjach specjalnych do różnych krajów i z tych poleceń wywiązywał się on zawsze znakomicie.

Po zakończeniu wojny z bolszewikami w 1920 r., w której brał udział u boku Marszałka, Wieniawa mógł w pełni oddać się życiu towarzyskiemu. Poznał wtedy najważniejsze postaci świata kultury stolicy. Śniadanie najczęściej jadał w Hotelu Europejskim, na kawę zaglądał do Ziemiańskiej, na kolację szedł do Astorii  przy Nowym Świecie. Jeżeli był z żoną lub z przyjaciółmi wieczór kończył na dansingu w Oazie lub Adrii. Lubił alkohol, wykazując jednocześnie wprost nadzwyczajną odporność na jego działanie. Dansingi kończyły się o czwartej rano, panie odwożono do domu, a imprezę należało gdzieś kontynuować. Najczęściej odwiedzano słynny szynk „U Joska” przy ul. Gnojnej. Wieniawa zajeżdżał z kompanami dorożką, którą sam powoził, w kaszkiecie woźnicy na głowie. Powracał do domu z jeszcze większym szykiem, bo aż trzema dorożkami. W pierwszej jechał on, w drugiej jego szabla, a w trzeciej rękawiczki.

Piłsudski znalazł wreszcie sposób na uspokojenie niesfornego kawalerzysty. W 1928 r. mianował go dowódcą garnizonu warszawskiego. Długoszowski natychmiast przestał pić, wprowadził wśród wojskowych w Warszawie ostre rygory, ale był rozsądnym przełożonym.

Był ostatnim człowiekiem, który prywatnie odwiedził konającego Marszałka. Jego śmierć wywarła na nim wstrząsające wrażenie. Podczas uroczystości pogrzebowych i przejazdu konduktu do Krakowa, prawie cały czas stał obok trumny z obnażoną szablą.

 

Ambasador w Rzymie

Po tej tragedii wybawieniem dla Długoszowskiego okazała się jego nominacja na ambasadora RP w Rzymie, chociaż wyjeżdżając z Warszawy mówił, że „czuje się jak niezamężna panna przed porodem”. Po objęciu stanowiska został abstynentem i doskonale sprawdził się w służbie dyplomatycznej. W Rzymie był też czułym mężem i ojcem.

Jak każdy nowy ambasador w Rzymie, Wieniawa musiał złożyć wizytę premierowi Benito Mussoliniemu. Duce przyjmował w swojej siedzibie w Pałacu Weneckim. Panował zwyczaj, że ambasador wchodząc do jego olbrzymiego
gabinetu musiał się obowiązkowo zatrzymać i pierwszy odezwać. Tymczasem Wieniawa wszedł i milczał, a zniecierpliwiony duce musiał się odezwać pierwszy. Wówczas Długoszowski, jakby wyrwany z głębokiego zamyślenia powiedział: – Wodzu, przepraszam, ale miałem wrażenie, że ujrzałem Juliusza Cezara! Mussolini był zachwycony, a nasz ambasador miał z nim ułatwiony kontakt. To dzięki ambasadorowi Długoszowskiemu do dzisiaj jest w Rzymie plac i pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego, pod którym ostatnio składał wieniec prezydent RP Andrzej Duda.

Kiedy wybuchła wojna 1939 roku Wieniawa chciał natychmiast wracać do kraju. Odmówiono mu jednak zgody i pozostał nad Tybrem. Kiedy prezydent i naczelny wódz opuścili walczącą jeszcze Polskę, Wieniawa rozpłakał się z upokorzenia. Zgodnie z postanowieniem konstytucji kwietniowej z 1935 r. Ignacy Mościcki mianował go prezydentem RP. Wieniawa przyjął nominację, ale koła emigracyjne z Władysławem Sikorskim i Stanisławem Strońskim zaprotestowały. Nie zapomniano mu złośliwych piosenek pod swoim adresem, a przede wszystkim tego, że był piłsudczykiem. Dla dobra Polski Wieniawa zrezygnował z prezydentury i powrócił do Rzymu, gdzie ponownie objął swoje obowiązki. Zajął się przerzutem polskich uciekinierów do Francji, w tym żony gen. Sikorskiego,
pokazując kolejny raz swoją klasę jako człowiek i mąż stanu. Zorganizował akcję dostarczania paczek żywnościowych dla polskich jeńców w obozach niemieckich.

Po przystąpieniu Włoch do wojny, polska ambasada w Rzymie musiała być zlikwidowana. Minister spraw zagranicznych Włoch, Galeazzo hr. Ciano (zięć duce), który był z nim bardzo zaprzyjaźniony, zagwarantował mu wraz z rodziną bezpieczny pobyt we Włoszech. Wieniawa odmówił, bo chciał walczyć o wolną Polskę. Wraz z personelem ambasady przedostał się do Portugalii, ale tam dowiedział się, że nie otrzyma prawa wjazdu do Wielkiej Brytanii, gdzie było polskie wojsko. Za własne pieniądze wyjechał wraz z rodziną do USA. Znalazł się tam bez środków do życia, utrzymywał się z dorywczej pracy jako dziennikarz i introligator. Sytuacja jego nie uległa poprawie, pomimo spotkania się z Sikorskim w 1941 r. w USA. Otrzymał nominację na ambasadora na Kubie, było to stanowisko nikomu niepotrzebne, była to kpina. Wieniawa zrozumiał drwinę, ale przyjął ją ze spokojem. Czekał na nominację, aby zapewnić rodzinie rentę po nim.

 

Pożegnanie w Nowym Jorku

Swe życie Bolesław Wieniawa-Długoszowski zakończył tragicznie, popełnił samobójstwo 1 lipca 1942 r., wyskakując z balkonu domu przy Riverside Drive w Nowym Jorku. Zostawił list pożegnalny do żony i córki z przeprosinami, że zostawia je same, ale w fali oszczerstw i upokorzeń nie może już dłużej żyć. List zakończył słowami „Boże, zbaw Polskę”. Pochowano go z honorami na wojskowym cmentarzu Calgary w Nowym Jorku. W 1990 r. szczątki Wieniawy przeniesiono na cmentarz Rakowicki w Krakowie. Pozostał w pamięci Polaków jako wielki patriota, godny następca marszałka Józefa ks. Poniatowskiego i płk. Jana Kozietulskiego, ostatni polski ułan. Człowiek honoru, który przeżył swoje życie tak, jak chciał.

 

Jerzy Jakubowicz