Pielęgniarka nam poradzi

Włodarze z Miodowej doprawdy miód leją na moje serce, kiedy słyszę jak kolejne zawody medyczne rwą się do wyręczania lekarzy, utrudzonych bieganiem z posady na posadę i zamykaniem interesu lekarza rodzinnego po szóstej wieczorem. Po farmaceutach i fizjoterapeutach, którzy gromko domagali się uprawnień udzielania porad pacjentom, do koszyka świadczeń gwarantowanych za chwilę ma trafić porada pielęgniarska, a NFZ zapłaci za nią świadczeniodawcom. Ile? Oby wycena tych porad nie uwłaczała ludzkiej godności.
Takiej porady będzie mogła udzielać pielęgniarka z wykształceniem wyższym magisterskim lub licencjatem na kierunku pielęgniarstwo lub położnictwo i ma specjalizację lub pielęgniarka, która kształciła się w innym trybie, ale posiada specjalizację. Co więcej, bez konieczności rozmowy z lekarzem, może wystawić pacjentowi receptę i zwolnienie z pracy w przypadku stabilnego przebiegu schorzenia. Po co pielęgniarka, badająca wzrok w uczniów w szkole, ma kierować ich do lekarza rodzinnego po skierowanie do okulisty?
Szkopuł w tym, że pielęgniarki po liceach medycznych i po studiach wykonują często tę samą pracę. Tylko złośliwcy zaprzeczą tej oczywistej prawdzie. A różnica w wynagrodzeniu jest spora. Wyższych szkół pielęgniarskich strzeże jak oka w głowie uważne lobby wykładowców z tych uczelni. Tysiące z nich może tam liczyć na godziwe dorabianie. Dlaczego więc pielęgniarki nie powinny robić tylko specjalizacji i podlegać europejskim procedurom ustawicznego kształcenia zawodowego. Mam wrażenie, że specjalizacja wzbogaca o większy zasób praktycznych umiejętności, niż licencjat i dwa lata studiów magisterskich.
Jestem chyba ostatnim lekarzem w moim uroczym kraju, który wątpiłby, czy pielęgniarki w ogóle sobie z tym nowym wyzwaniem poradzą. Nie tak dawno przekonywałem Czytelników „PM”, że lekarz i pielęgniarka to duet skazany na sukces. One po prostu wiele czynności przypisanych lekarzom wykonują bez najmniejszego grymasu czy sprzeciwu w dzień i w nocy, co najmniej od wielu dekad. Co więcej, lekarze to milcząco aprobują. Bo im wierzą. A dyrekcje szpitali cieszą się, bo mają święty spokój.
Dojrzałe partnerstwo zawodowe lekarza i pielęgniarki to nic nowego ani odkrywczego w świecie zachodniej medycyny. W Nowej Zelandii położne przepisują leki z zakresu swego obszaru praktyki już od dwudziestu lat. Irlandia i Wielka Brytania udostępniły pielęgniarkom pełen receptariusz do dyspozycji. W Holandii mogą kształcić się również w dziedzinach zabiegowych, aby nabyć możliwości prowadzenia rutynowych zabiegów operacyjnych. W Szkocji i Walii, średni personel medyczny może osiągnąć kompetencje równe
lekarzowi przed specjalizacją, czyli tzw. junior doctor. Pielęgniarki, technicy elektroradiologii czy fizjoterapeuci, po przejściu specjalnego trzyletniego kształcenia akademickiego i praktycznego, mogą uzyskać tytuł Advanced Clinical Practitioner (ACP). Wtedy mogą wykonywać m.in. endoskopię, wszczepiać rejestratory arytmii serca, kwalifikować pacjentów do zabiegów operacyjnych, robić gastroskopię, ale także mogą samodzielnie prowadzić pacjentów w SOR. Przyjmują pacjentów, kierują na badania, diagnozują. I to nikomu nie przeszkadza, a niejednemu już pomogło.
Wciąż targa mną jednak wątpliwość czy polska służba zdrowia jest gotowa na tak dojrzałe partnerstwo zawodów medycznych zamiast nieustannego okopywania się w swoich, pożal się boże, bastionach i wzajemnych pretensjach, z których wynikają wyłącznie same uprzedzenia i frustracje.
Ale zejdźmy z obłoków! Dyrektorzy szpitali powiatowych są teraz wściekli, bo znienacka ocknęli się z koszmarnego snu, który ich nawiedził w związku ze zmianą norm zatrudnienia pielęgniarek na oddziałach szpitalnych. Tym bardziej że na nowe zadania decydenci „zapomnieli” wyasygnować dodatkowe środki finansowe. Zdaniem dyrektorów, nowe rozporządzenie ministra zdrowia w tej sprawie, które obowiązuje od 1 stycznia, skutkuje tym, że będą musieli zatrudnić więcej tego personelu. Z ich wyliczeń wynika, że w związku ze zmianą norm zatrudnienia pielęgniarek w szpitalach trzeba będzie zlikwidować 4,5 tysiąca łóżek szpitalnych w stu szpitalach albo zatrudnić 3,5 tysiąca pielęgniarek.
Czy porada pielęgniarska potrząśnie rynkiem usług medycznych? Według Bożeny Janickiej, prezes PPOZ, samo usankcjonowanie porady pielęgniarskiej wiosny jeszcze nie czyni. Aby ten pomysł się udał, potrzebne jest sfinansowanie porady, wprowadzenie jej do koszyka świadczeń gwarantowanych, a przede wszystkim napływ młodych kadr do zawodu.
Kwota, jaką powinno się przeznaczyć na jednostkową poradę pielęgniarską z pewnością nie może budzić odrazy ani zniesmaczenia, jak choćby realizacja programu profilaktyki gruźlicy,
wyceniona na pięć złotych. Oczywiście taka wizyta u pielęgniarki nie będzie tylko mechanicznym skopiowaniem recept, jak to sobie niektórzy wyobrażają. Uprawniona pielęgniarka będzie musiała zapoznać się z historią choroby pacjenta, zleconym leczeniem, przeprowadzić wywiad i badanie fizykalne, sprawdzić refundację danego leku, która zmienia się co 2 miesiące, poinformować pacjenta, w jakiej sytuacji powinien skontaktować się z lekarzem. Za błędnie wpisaną refundację finansowo odpowie osoba wystawiająca receptę, czyli pielęgniarka. O odpowiedzialności za zdrowie i życie pacjenta wspominać chyba już nie trzeba.
W Polsce mamy jeszcze blisko ćwierć miliona czynnych pielęgniarek, ale uprawnienia do wystawiania recept ma tylko trzy tysiące z nich. A więc w porywach niespełna półtora procent. Czy warto więc narażać znikomy odsetek pielęgniarek na podejmowanie ryzyka i wypisywanie recept na tzw. kolanie, bądź w rejestracji, tylko dlatego, że pacjentowi, czyli wyborcy się spieszy.
Marek Stankiewicz