(Nie)zdrowa praca w imię dbania o zdrowie innych

Według danych z 2019 roku, aż 44 proc. lekarzy spełnia kryteria wypalenia zawodowego, to aż o 2 proc. więcej w porównaniu z badaniem z 2018 roku. Dane dotyczące wyłącznie lekarzy pracujących w Polsce mogą być jeszcze bardziej niepokojące. Niektórzy medycy twierdzą, że lekarz już zaczyna się wypalać rozpoczynając studia medyczne!

Nieprzespane noce, poświęcone nauce, to pierwsze grzechy popełniane wobec własnego ciała. Ale czy podejmowanie działań, wynikiem których jest szybsze skracanie się telomerów, nazywane również przyspieszoną zaprogramowaną śmiercią komórkową na własne życzenie usprawiedliwia wydawałoby się – szczytny cel?

Jako lekarze wiemy, jak ważną rolę w długości ludzkiego życia odgrywają telomery, których skracanie powoduje, że szybciej się starzejemy. A sprzyjają im: zdrowe odżywianie się, umiarkowana aktywność fizyczna, regenerujący sen i stosowanie technik relaksacyjnych.

Niestety, większość lekarzy wybierając medyczne studia nie do końca zdawała sobie sprawę z wyrzeczeń i przeszkód, jakie mogą stanąć na ich drodze do szczęśliwego i długiego życia.

Student medycyny musi przyswoić bardzo dużą ilość materiału w nieprzyzwoicie krótkim czasie, co sprawia, że zdrowie przyszłych lekarzy bardzo często mniej, czy bardziej świadomie spychane jest na drugi plan.

Część osób już w czasie tych trudnych studiów zaczyna mieć swoje pierwsze zdrowotne problemy, ale młody organizm tak szybko i łatwo się regeneruje, że zrodziło to w wielu z nas poczucie bycia kimś „nie do zdarcia”. Jak byłem na stażu, to od znajomych lekarzy dowiedziałem się, że dwie osoby z roku nie wytrzymały napięcia i presji i z poważnymi problemami trafiły na specjalistyczne leczenie psychiatryczne.

Potem zaczyna się staż, który dla wielu staje się pracą na etacie sekretarki medycznej oraz nauka szybkiej obsługi edytora tekstów, pisanie „status praesens” i wykańczania historii chorób. Często bez odpowiedniego kontaktu z pacjentem, bo na to nie wystarcza już czasu, a starsi koledzy są tak zajęci pracą, że nie mają czasu i chęci na dodatkowe nauczanie innych.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o Lekarskim Egzaminie Końcowym, który wielu młodych przypłaca chorobą wrzodową żołądka, bólami głowy,
bezsennością lub jakimś innym rodzajem zaburzeń neurowegetatywnych. Z kolei w trakcie szkolenia specjalizacyjnego młodym lekarzom przychodzi zderzyć się z otaczającą ich rzeczywistością. Dla niemal wszystkich z nich ma ona nieco mniej barw, niż początkowo sądzili. Chcą diagnozować i leczyć chorych zgodnie ze standardami i tym, czego nauczano ich na studiach, ale ekonomia bywa bezlitosna, a przez hasła „oszczędzamy” i „nie zadłużamy oddziału” niemal nikt się nie przebije.

Potem dochodzą problemy z nocnymi dyżurami, które często w „niefizjologicznej” wręcz ilości cedowane są na młodych. A gdy ktoś próbuje się buntować, słyszy „Młody jesteś – masz okazję się pouczyć.”, czy „Taka jest kolej rzeczy, myśmy też tyle dyżurowali”. Niektórzy powołują się na słowa jednego z byłych ministrów zdrowia, który niegdyś chciał pokojowo zdyscyplinować zbuntowanych lekarzy nazywając dyżur – lekarską przygodą. I niektórzy rzeczywiście przez kolejne lata idą na spotkanie kolejnym przygodom. A kolejna „rwana” noc w miesiącu, to kolejne skrócenie telomerów. W przypadku części z lekarzy kolejna noc poza domem, to również kolejna kłótnia w domu rodzinnym i dalsze osłabianie więzi z partnerką czy partnerem.

Lekarz przepracowując niekiedy dwa razy większą liczby godzin w miesiącu, niż przeciętny pracownik w Polsce, na własne życzenie, krok po kroku odbiera sobie przywilej długiego i szczęśliwego życia. Wiele lekarskich małżeństw z powodu nadmiaru pracy i braku czasu dla siebie ulega rozpadowi.

W międzyczasie pojawia się Państwowy Egzamin Specjalizacyjny, dla jednych jedynie formalność, dla innych trauma, często powtarzana wiele razy. Poziom trudności pytań i zdawalność zależy od konsultanta krajowego i jego nastawienia do nowych specjalistów na rynku pracy

Tytuł specjalisty otwiera drogę do zarabiania i odcięcia się od pomocy finansowej udzielanej do tej pory często przez najbliższą rodzinę. A więc po pracy w szpitalu, prywatna praktyka i potem powrót do domu, na krótki sen i kolejne telomery znikają. Do tego dochodzi nasilająca frustrację lekarzy rosnąca z każdym rokiem ilość obowiązków administracyjnych. W tym między innymi konieczność sprawdzania często zmieniającej się refundacji każdego wypisanego leku, której mimo wcześniejszych obietnic, nie zlikwidowano.

W związku z natłokiem coraz większej liczby obowiązków, w tym samym czasie próbujemy robić dwa razy więcej, żyjemy w biegu, w ciągłym napięciu i stresie, a to kroczek po kroczku prowadzi do różnych chorób, a wtedy w głowach części z nas pojawia się refleksja i myśl, czy naprawdę warto dla pracy poświęcać własne zdrowie? Co robić, by zacząć żyć normalnie?

W dzisiejszych czasach dyrektorzy szpitali, ordynatorzy, kierują się bardziej zasadami ekonomii, niż dobrem pacjenta ale często nie z własnej woli, ale z polecenia, bo takie zachowania narzucają im praktycznie zawsze ci, którzy na drabinie hierarchii władzy stoją szczebel wyżej.

Wśród lekarzy rodzi to coraz większą frustrację, a ta przyczynia się do nowych problemów ze zdrowiem lub pogłębia już istniejące. Nieubłaganie nadchodzi czas, kiedy nasz organizm zaczyna się poważnie buntować a nasze telomery są znacznie krótsze, niż w dniu, kiedy rozpoczynaliśmy pracę. Są również krótsze, niż telomery większości naszych rówieśników, którzy nie muszą aż tyle pracować, w ciągłym napięciu i stresie, z poczuciem ogromnej odpowiedzialności. Już kilka lat temu dwie Okręgowe Izby Lekarskie przedstawiły wyniki badań, wykazujące istotne skrócenie czasu życia lekarzy, zwłaszcza obserwowane wśród kobiet w porównaniu do reszty populacji.

Jeśli jeszcze do tego wraz z początkiem 2020 roku wejdzie obligatoryjna
e-recepta, która wypchnie z systemu tysiące pracujących jeszcze lekarzy emerytów, na pracujących lekarzy spadnie jeszcze więcej obowiązków i konieczność pracy w większym wymiarze.

Wydaje się jednak, że wyrosło pokolenie młodych i odważnych lekarzy, którzy nie boją się i jawnie wyrażają swoje poglądy. Protest rezydentów akcja „Zdrowa praca” jest szansą m.in. na pracę w lepszych warunkach. Reakcje polityków rządzącego ugrupowania na protesty rezydentów jak zwykle były różne. Jak wiemy jedna z posłanek na zapowiedzi emigracji młodych lekarzy odpowiedziała „Niech jadą!”. Teraz w odpowiedzi na nową akcję, marszałek Senatu (notabene lekarz, choć jak widać bardziej polityk) mówił: „Rezydenci nie powinni protestować, tylko skupić się na nauce”. Takie wypowiedzi tylko bardziej integrują młodych lekarzy. Oby ich akcja się powiodła, bo jeśli lekarzom dojdą kolejne obowiązki, to jak przepowiednia mogą spełnić się słowa lekarza, biorącego udział w jednej z internetowych dyskusji, który podsumował m.in. słowa polityków: „Uczcie się i jedźcie! Bo w Polsce szacunku, ani godnych warunków pracy jeszcze długo nie doczekacie”.

Oby nie miał racji, a politycy przejrzeli w końcu na oczy i zamiast rozdawać publiczne pieniądze na prawo i lewo przeznaczyli większe środki na ratowanie ludzkiego zdrowia i życia w godnych ku temu warunkach. Jeśli tego w porę nie zrozumieją, to z mapy Polski będą znikały kolejne szpitale, a część lekarzy wybierze emigrację lub po prostu zmieni zawód, jak już zrobiła to jeszcze na razie niewielka część naszych kolegów. Pytani o swoją decyzję, mówią, że jej nie żałują, inni zaś żałują, ale tylko tego, że nie podjęli jej dużo wcześniej. Już teraz na wiele miejsc specjalizacyjnych brakuje chętnych i w szpitalach pozostają nieobsadzone wakaty. Pytanie tylko, czy Polskę stać na utratę kolejnych tysięcy lekarzy? Bo odejście z pracy emerytów, może jak przewrócona kostka domina pociągnąć za sobą nową falę lekarskiej emigracji oraz odejście od zawodu tych, którzy jednak z wartości, jakie mają do wyboru w życiu, wybiorą zdrowie i spokojną oraz mniej odpowiedzialną pracę.

Marek Derkacz