Na tego, co kradnie, zawsze kara spadnie

Z lekarskiej wokandy

Mec. Jerzy Ciesielski, łódzki adwokat, od wielu lat w biuletynie łódzkiej izby lekarskiej „Panaceum”, a jeszcze kiedyś w „Gazecie Lekarskiej” prezentuje ku przestrodze, różne, rozpatrywane przez sądy lekarskie sprawy i opatruje je prawniczym komentarzem. Teraz zgodził się na publikacje swoich tekstów w „Medicusie”. W jego publikacjach nie dopatrujcie się sensacji, bo wszystko pozostanie anonimowe, choć, niestety, zdarzyło się naprawdę. Rozpoczynamy prawdziwy serial czytelniczy, który mamy nadzieję, że Was zawodowo pochłonie, bo pozwoli na chwilę zadumy, komentarza i obejrzenia się wstecz.

Zapraszam do lektury. Zapewniam, że z każdym numerem będzie ciekawiej.

Marek Stankiewicz

redaktor naczelny

wilkiemKażdy okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej (OROZ) dla każdej nowej sprawy zakłada odrębne akta. Jedne zawierają zaledwie kilka kartek, inne natomiast „puchną” od bogactwa dokumentów. Te, które mnie zainteresowały, należą do tych raczej skromniejszych, chociaż poruszana w nich sprawa wcale nie wydaje się błaha.

Akta sprawy rozpoczyna pismo przewodnie prokuratury rejonowej, która w załączeniu przesyła do OROZ odpis aktu oskarżenia przeciwko doktorowi Eugeniuszowi (będziemy go tak nazywać dla potrzeb tej publikacji – przyp. red.). W dokumencie czytamy m.in. „że lekarz ten, działając w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, jako osoba uprawniona w ramach indywidualnej praktyki lekarskiej do wystawiania recept, poświadczał w nich nieprawdę, wystawiając je na nazwiska osób nieistniejących lub nieuprawnionych do refundacji i w ten sposób wyłudził pieniądze w łącznej kwocie 22.421,91 zł na szkodę Oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia…”.

Potem znajduje się protokół z przesłuchania obwinionego lekarza, który mniej więcej przyznał się do winy, zeznając m.in.: „wypisując leki refundowane nie zawsze sprawdzałem, czy podane przez pacjentów dane odpowiadają prawdzie oraz nie weryfikowałem opłaconych składek na ubezpieczenie społeczne”. Dalej załączono jego wniosek o orzeczenie kary bez przeprowadzenia rozprawy (analogicznie, jak w postępowaniu karnym), a następnie orzeczenie Okręgowego Sądu Lekarskiego, wymierzające doktorowi
Eugeniuszowi zaproponowaną przez niego karę nagany. Sąd powszechny skazał go na dwa lata pozbawienia wolności, z warunkowym zawieszeniem wykonania na okres lat czterech oraz 5 tys. zł grzywny. Na końcu znajduje się jeszcze trochę dokumentów wynikających z formalnych wymogów postępowania przed sądem lekarskim, jak przedstawienie zarzutów, czy wyliczenie kosztów postępowania i sprawa wędruje do archiwum.

Akta postępowań dyscyplinarnego i sądowego z zakresu odpowiedzialności lekarskiej są suche i rzeczowe. W żadnej mierze nie odpowiadają na pytanie o motywy i pobudki postępowania doktora Eugeniusza. Istnieje tymczasem wiele powodów sięgania po cudze mienie, np. chęć łatwego i szybkiego wzbogacenia się, tradycja rodzin złodziejskich, pragnienie przeżycia sytuacji dużego ryzyka, nagłe popadnięcie w długi czy… okazja, którą trzeba łapać, bo ucieknie. Występek może wynikać też z presji rywalizacji, połączonej z przekonaniem, że zwycięstwo mogą odnieść tylko najsprytniejsi, najbardziej zaradni i najlepiej przystosowani. W takiej sytuacji, najsłabsi sięgają po najłatwiejsze metody, jak chociażby wyłudzenie mienia. Ale przywłaszczenie cudzej rzeczy bywa też niekiedy usprawiedliwione, jak chociażby w przypadku wzruszającej historii, opisanej przez Tadeusza Dołęgę-Mostowicza w „Znachorze”, a dotyczącej chirurga – doktora Wilczura, który doznał amnezji.

Doktora Eugeniusza z pewnością nie można porównywać z doktorem Wilczurem. Jak każdy lekarz, działający
w obecnym systemie ochrony zdrowia, miał on bowiem niewątpliwie świadomość, że recepta lekarska to nie tylko kartka papieru, zawierająca informację dla aptekarza, jaki medykament i w jakiej ilości ma wydać pacjentowi. Zapewne wiedział, że to również dokument finansowy w rozliczeniach między apteką a NFZ, który podlega kontroli. Kontrola ta jest niezwykle prosta – w każdej chwili może być przeprowadzona przez NFZ na podstawie danych elektronicznych przesyłanych przez aptekę. Dane te, umieszczone na recepcie, zawierają nie tylko jej unikatowy numer oraz kwotę do refundacji za lek, który został wydany po odpowiednio niższej cenie, ale też numery identyfikujące pacjenta oraz informacje o lekarzu, który daną receptę wystawił.

Dlaczego zatem doktor Eugeniusz dokonał kradzieży, która z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością zostanie wykryta? – tego nie dowiemy się nigdy, bo takiego pytania nie zadali mu ani okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej, ani sędziowie – ci z Okręgowego Sądu Lekarskiego i ci z sądu powszechnego. Oczywiście, nawet gdyby zadali, podejrzany, oskarżony, obwiniony – bo właśnie w tych rolach występował ów lekarz – ma zawsze prawo nań nie odpowiedzieć. Można jednak przypuszczać, że po prostu doktor Eugeniusz zatracił instynkt samozachowawczy. Najprawdopodobniej też przeżył ogromny stres związany z prowadzonymi przeciwko niemu postępowaniami, o czym świadczyć może jego zachowanie. Nie chcąc wszak świecić oczami dobrowolnie poddał się karze, wyrównując jednocześnie – i to jednorazowo – wyrządzoną wobec NFZ szkodę (a jej wysokość – o czym już było – przekraczała niebagatelną kwotę 22 tys. zł).

W tytule zawarta jest mądrość jednego z ludowych porzekadeł. Inne wszak powiada: Kto raz ukradnie, tego zawsze za złodzieja mają.

Jerzy Ciesielski
adwokat

 

Artykuł ukazał się w biuletynie
Okręgowej Izby Lekarskiej w Łodzi „Panaceum”