Moja pasja daje mi zdrowie i energię

z Januszem Schabowskim, gastroenterologiem, wielokrotnym medalistą i mistrzem pływackim, rozmawia Anna Augustowska

  • Mógłby Pan zamienić pływanie na inną pasję?

– To byłoby trudne, bo w zasadzie pływam od zawsze – czyli długo, bo w lutym skończyłem 77 lat – i nie mogę sobie wyobrazić nawet kilku dni bez treningu w basenie, ale… gdybym z jakichś powodów musiał jednak zrezygnować z pływania to zdecydowanie oddałbym się ogrodnictwu. To moja druga, pozazawodowa pasja, którą zresztą od lat pielęgnuję. Z największą radością sadzę drzewa zarówno wokół domu – tu mam ukochane morele, które są pięknymi drzewami, wcześnie kwitnącymi, nie mówiąc już o smaku ich owoców; a także na działce, gdzie mamy letni dom. Tam w ciągu lat posadziłem drzewa iglaste: świerki, sosny, modrzewie, które razem z brzozami samosiejkami tworzą nasz własny las. Miałem też – ale dość dawno temu – przydomowy ogródek warzywny. Przyznaję, że miałem dobrą rękę do sałaty – ta rosła nadzwyczaj bujnie – jej smak docenił nawet rodowity Francuz, znany gastrolog, który był gościem lubelskiej konferencji i kiedy przyszedł do nas na kolację z zachwytem przygotował sałatę, którą wcześniej zerwał z mojej grządki. Twierdził, że nigdy wcześniej nie jadł lepszej.

  • Pływanie jednak zawsze będzie pierwsze?

– Wychowałem się nad rzeką i wśród licznych stawów, których w czasach mojego dzieciństwa było bardzo dużo w Ostrowcu Świętokrzyskim, skąd pochodzę. Mój dziadek, a potem tata zajmowali się hodowlą i odławianiem ryb. W naturalny więc sposób od najmłodszych lat miałem kontakt z wodą, towarzyszyłem im w połowach, robieniu sieci, pływałem łodziami itd. I oczywiście byłem z wodą za pan brat. Poza tym w Ostrowcu była jedna z pierwszych, jakie po wojnie powstały, krytych pływalni, gdzie nie tylko trenowali mistrzowie pływaccy, ale odbywały się też, już na szczeblu krajowym, zawody z piłki wodnej.
Nasza drużyna była mistrzem Polski i jej zmagania – najczęściej z drużyną warszawskiej Legii – śledziło całe miasto. To było najważniejsze lokalne wydarzenie! W takiej atmosferze każdy chciał być pływakiem i ja też z zapałem pływałem, ale muszę to podkreślić – wtedy nie miałem trenera, nikt nie uczył mnie techniki pływania. Byłem samoukiem.

 

  • Nieźle, jak na wielokrotnego zawodnika lekarskich mistrzostw, czy nawet olimpiad.

– Moim trenerem – bo chyba mogę tak to nazwać – wiele lat temu został kolega ze szpitala, w którym obaj pracujemy i sąsiad z jednej ulicy na lubelskim Konstantynowie, obecnie profesor ginekologii Tomasz Rechberger, który jeszcze w szkole średniej został wicemistrzem Polski juniorów. To właśnie jego uwagi i rady sprawiły, że wreszcie mam lepszą technikę, a co za tym idzie, osiągnięcia.

 

  • Ale zawodnikiem jest Pan stosunkowo od niedawna?

– To prawda. Pływam od dziecka, ale startuję w zawodach od mniej więcej 13 lat. Muszę się pochwalić, że to dzięki mojemu uczestnictwu po raz pierwszy w tym roku utworzono nową grupę wiekową na mistrzostwach Polski lekarzy, które odbywają się w Dębicy: to grupa zawodników od 75 roku życia. W kwietniu na tych zawodach zdobyłem 2 złote i 7 srebrnych medali. Gdybym policzył wszystkie zdobyte medale to mam ich 72, w tym większość złotych i srebrnych! Startowałem też w mistrzostwach świata lekarzy (w Chorwacji zajmowałem czwarte, niemedalowe miejsca, ale w Turcji na 400 metrów zdobyłem srebro i cztery razy brąz w innych konkurencjach). Paradoksalnie, w pewnym sensie te sukcesy zawdzięczam… poważnemu urazowi kręgosłupa, któremu uległem fatalnie upadając. Mimo rehabilitacji i leczenia (uszkodzenia były nieoperacyjne) czułem się coraz gorzej i groził mi całkiem realnie wózek inwalidzki. Wtedy zaproponowano mi pływanie. I to był strzał w dziesiątkę, chociaż początkowo mogłem tylko unosić się na wodzie. O poruszaniu rękami itd. nie było mowy. Jednak nie poddawałem się i z czasem moja sprawność zaczęła się poprawiać aż do obecnej formy.

 

  • Jakiś ulubiony styl pływacki?

– Pływam wszystkimi stylami, ale najbardziej lubię styl grzbietowy; najmniej – delfina. To jednak nie ma takiego znaczenia, po prostu ważne są treningi i ich
systematyczność. Ja pływam 3-4 razy w tygodniu, a w okresach przed zawodami w zasadzie codziennie. Przepływam od 1,5 do 2,0 km w czasie treningu i co tu kryć, po takim wysiłku czuję się znakomicie. Po prostu jak nowo narodzony!

 

  • A medycyna? Też jest pasją?

– Oczywiście – przecież stale ją uprawiam, mam pacjentów, prowadzę też zajęcia ze studentami, aktywnie działam jako biegły sądowy. Nie mogłoby tak być, gdybym medycyną się nie fascynował! Zaczęło się, kiedy jeszcze jako uczeń liceum opiekowałem się moim bardzo chorym tatą. To wtedy patrząc na pracę lekarzy postanowiłem, że będę studiował na wydziale lekarskim. Tak się stało i dzisiaj wiem, że to był właściwy wybór. I cieszę się, że zdrowie pozwala mi nadal być blisko chorych – z całą pewnością to także zasługa pływania. I tego, że zawsze staram się być w ruchu: dużo chodzę, jeżdżę na nartach, gram w tenisa… Uważam, że aktywność, zwłaszcza sportowa, jest najlepszym sposobem na odreagowanie stresów, które lekarzom z racji wykonywanego zawodu zawsze towarzyszą, ale wentylem na ich odreagowanie i obroną przed ich destrukcyjną siłą powinna być pasja. Wiem, co mówię, ponieważ mnie pozwala być ciągle aktywnym zawodowo, jak również pozwoliła wyjść obronną ręką z bardzo poważnych problemów zdrowotnych, jakie miałem!

Napisz komentarz