Medyczna Liga Mistrzów

Plebiscyty nakręcają ludzkie emocje. Mają moc silniejszą niż konkursy piękności i sportowe zmagania. Pozwalają porównywać Roberta Lewandowskiego z Kamilem Stochem, chociaż Kamil już kilkaset razy skoczył na nartach dalej od Roberta, a tenże zdobył sto razy więcej bramek na światowych stadionach niż nasz geniusz lotów narciarskich. Ale w plebiscytach nigdy nie ma remisu. Musi być laureat i pierwsza dziesiątka, ogłaszana z emfazą przy dźwiękach fanfar.
Ale to dobrze, że wciąż nam dopisuje poczucie humoru. Bo nigdy byśmy nie znaleźli racjonalnych argumentów, na bazie których w 2002 roku za najbardziej wpływową osobę w ochronie zdrowia
ówczesne jury uznało Jolantę Kwaśniewską. W kolejnych edycjach ostry bój o prymat w medycynie toczyli ze sobą kardiolodzy i onkolodzy, a w organizacji ochrony zdrowia działacze i lobbyści na tej niwie, nie tyle wg konkretnych dokonań, co przypomnienia szerszej publiczności o swoim niezłomnym trwaniu.
Popularność laureatów na pstrym koniu jeździ. Pamiętam, jak jeszcze niedawno dziarski i zarozumiały minister zdrowia spadł z podium wprost do plebiscytowego piekiełka. A mnie się wciąż marzy otwarta lista najwybitniejszych osobowości w medycynie i ochronie zdrowia.
Większość naszego dumnego narodu ma wciąż awersję do głosowania w wyborach. Jedni z przekory, inni z wrodzonej kontestacji wobec każdej władzy. Tymczasem liczna rzesza tychże kontestatorów nie szczędzi czasu ani pieniędzy na zdrapki i SMS-y w różnych plebiscytach ogłaszanych przez gazety codzienne i bulwarowe. Nie wiedzieć dlaczego chętniej niż prezydenta czy radnych do swojej dzielnicy
wybierają najlepszych, ich zdaniem, lekarzy. Sęk w tym, że nie ma definicji najlepszego medyka.
Żadnemu lekarzowi nie przystoi powiedzieć o sobie, że to, co on robi z pacjentem jest najlepsze. Po pierwsze to zwyczajna bufonada, po wtóre lekarza ogranicza prawo. Kodeks etyki lekarskiej w art. 63 stanowi, iż lekarz tworzy swoją zawodową opinię jedynie na podstawie efektów swojej pracy, co wyklucza reklamowanie się.
Ale póki co nikt nie zakazał pacjentom ani mediom dokonywać oceny popularności lekarzy.
Portale medyczne tzw. dobrych lub znanych lekarzy biją rekordy internetowych odsłon. Plebiscyty medialne wyrastają jak grzyby po deszczu. Media łakną nowych bohaterów. Choćby to była tylko zabawa, z której nic nie wynika. Zdrowie to obok pogody i piłki nożnej najbardziej ulubiony temat zadumy naszych rodaków. Pacjenci nominują więc swoich znajomych lekarzy i głosują na nich.
Coraz częściej medycy wszelkich profesji sięgają po pomoc agencji reklamowych. Amatorów zdobycia plebiscytowych laurów lub nawet znalezienia się wśród nominowanych wciąż nie brakuje. Niestety, zwycięzcy w plebiscytach nie cieszą się szczególną estymą w środowisku lekarskim. Zazdrośni koledzy po fachu niemal gremialnie odczytują te „sukcesy” jako ukrytą reklamę i po kątach obśmiewają laureatów. Szczególny niesmak budzi afiszowanie, nadymanie i przechwalanie się tymi trofeami, wystawionymi w poczekalni dla pacjentów, niemal jak kapliczki pośród galerii cennych certyfikatów zawodowych.
Aktualnie kryptoreklama jest ciągle jedną z najpopularniejszych form marketingu, chociaż polskie prawo stanowczo ogranicza jej wstęp do mediów. Ale ona wdziera się w każdą szczelinę naszej codzienności, rozrywa ciszę i etyczne dylematy na pojedyncze krzyczące atomy. Kołysze nami coraz gwałtowniej niczym płomyk cynamonowej świecy. Można nad tym ubolewać, albo z tym żyć.
W Polsce nie wolno reklamować tylko alkoholu i usług medycznych. A mimo to ta osobliwa para prawnych banitów nieustannie puka do ludzkiej podświadomości, bo tam nasz rozum na chwilę się zdrzemnął. A umysł to nieodgadniona zagadka. Niewielu ludzi ma w ogóle świadomość swojej podświadomości. A to ona sprawia, że żyjemy. Tam właśnie kryją się nasze przekonania, lęki i obawy oraz najskrytsze pragnienia. Ale nasz mózg błyskawicznie czyta te symbole. Biały kitel i zarzucony na szyi stetoskop kojarzy z atrybutami zawodu lekarza, takimi jak wiedza, kompetencja, autorytet, bycie człowiekiem godnym zaufania. Czas najwyższy, by to cenić i oceniać bez niepotrzebnej egzaltacji.
Marek Stankiewicz