Oko w oko z jenotem

z Jackiem Haratymem, radiologiem, internistą, motocyklistą, fotografikiem, blogerem i wielbicielem przyrody (z psami na czele), rozmawia Anna Augustowska

  • 12 godzin czekania w jednym miejscu z fotograficzną bronią gotową do „strzału” – to Pański rekord?

– Niezupełnie. Najdłuższe czekanie trwało 13 godzin. Fotografowałem w lesie na Warmii, ukryty w czatowni, przykryty siatką maskującą w nadziei, że pojawi się kania ruda (przepiękny, drapieżny ptak) a tu niespodzianka… kania z nieba nie przyleciała, za to z krzaków nieopodal czatowni wyszedł jenot. To zwierzak z rodziny psowatych, przypominający trochę borsuka, skundlonego z lisem i licho wie z czym jeszcze. Dodam, że w warunkach dzikich bardzo płochliwy. To, że złapałem w kadrze jego z lekka zdziwione spojrzenie, uważam za szczęście.

 

  • Prawdziwa nagroda za wytrwałość! Ale ma Pan przecież duże doświadczenie w takich fotograficznych „polowaniach”?

– Mogę powiedzieć, że nie rozstaję się z aparatem fotograficznym od dziecka. Pierwszy aparat dostałem od rodziców, kiedy byłem jeszcze uczniem szkoły podstawowej. Miałem góra 10 lat. Początkowo byłem takim rodzinnym fotografem. Robiłem zdjęcia moich najbliższych: dziadków, rodziców, rodzeństwa. Jednak z czasem, kiedy już wyrosłem ze smieny, moje zainteresowania skierowały się w stronę fotografii artystycznej i dzisiaj uprawiam głównie szeroko pojętą fotografię przyrodniczą, ze wskazaniem na fotografię dzikich zwierząt, choć miałem również epizody pracy z modelkami w studiu. Jednak najbardziej kocham podglądać przyrodę. Moje ulubione rejony, gdzie fotografuję, to przede wszystkim Podlasie i wschodnie pogranicze Polski, a także Warmia i Mazury, z różnorodnością ich biotopów. Bo wiadomo, że gdzie indziej czeka się na łosie, gdzie indziej na żubry, a gdzie indziej na żurawie albo rycyki. Mam tam miejsca, w których robię sobie czatownie (czyli wykopane w ziemi doły, pokryte siatką maskującą na lub bez konstrukcji) z gałęzi, tak, żeby obiektyw aparatu był na wysokości oczu zwierzęcia; opracowane techniki maskowania, a także przetrwania, bo z czatowni nie wybiega się co chwila, trzeba znieruchomieć, dobrze się ubrać, bo w dole jest zawsze zimno, nie gapić się w telefon, nie mówiąc już o prowadzeniu rozmów, najlepiej jeść tylko to, co mało pachnie ale syci – polecam jajka na twardo itd., no i załatwiać się do… naczynia. Warto! Bo zobaczyć z bliska np. prawdziwe dzikie żubry (a nie te z rezerwatów), bukowisko łosi, rykowisko jeleni, taniec godowy żurawi, albo kryzy godowe na szyjach batalionów… To coś nie do opowiedzenia!

 

  • Ilość nagrodzonych zdjęć Pana autorstwa jest imponująca – były zakwalifikowane do 39 międzynarodowych salonów fotograficznych w 30 krajach świata! O czym opowiadają?

– Miałem i wciąż mam zaszczyt reprezentować Polskę na międzynarodowych salonach sztuki fotograficznej pod patronatem FIAP (Fédération Internationale de l’Art Photographique). Jest to międzynarodowe, obecnie, największe stowarzyszenie sztuki fotograficznej, które działa od 1950 roku, z siedzibą w Paryżu, i jako jedyne na świecie ma patronat UNESCO, które zrzesza absolutny panteon żyjących i nieżyjących już artystów z całego świata, wśród których można znaleźć i polskie nazwiska. Na organizowane przez FIAP salony można nadsyłać zdjęcia w kilku kategoriach: open color, open monochrome, nature, travel, journal i kilka innych. Ja preferuję trzy pierwsze. Nigdy nie wysyłam np. fotografii reporterskiej, bo takiej nie robię. Moje zdjęcia mają pokazywać przede wszystkim piękno świata.
Pejzaż, przyroda, zwierzęta, mgły nad jeziorem… Konkurencja jest ogromna – zdarza się, że na jeden salon wpływa ok. 15 tys. zdjęć z całego świata. Ja wysyłam zwykle 8-12 zdjęć – nie kryję więc dumy, kiedy okazuje się, że nawet tylko jedna moja praca uzyskuje akceptację jury i trafia do grupy zdjęć, wystawianych później w galeriach na całym świecie.

 

  • Te akceptacje to przepustka do…?

– Do wstępu do świata artystów najwyższej, międzynarodowej klasy, ludzi niezwykłych, którzy nie tylko postrzegają rzeczywistość inaczej niż wszyscy, ale potrafią tę rzeczywistość pokazywać w sposób budzący zachwyt widza. To także przepustka do uzyskania niezwykle prestiżowego tytułu artiste FIAP (AFIAP). Aby na taki tytuł zasłużyć, trzeba uzyskać minimum 40 akceptacji za minimum 15 prac, na minimum 15 międzynarodowych salonach, w minimum 8 krajach. Ja za swoje zdjęcia uzyskałem ponad 200 akceptacji, jak już Pani wspomniała, na 39 salonach, w 30 krajach, i właśnie zostałem nominowany do uzyskania tego tytułu.

Jestem niezwykle dumny z tego, że polski lekarz, z Lublina, może dołożyć swój skromny kamyk do osiągnięć i sukcesów polskiej fotografii artystycznej na świecie.

 

  • Jest takie zdjęcie, które darzy Pan specjalnym sentymentem?

– Oczywiście, i wiąże się z nim piękna, wzruszająca historia: jechałem motocyklem w poszukiwaniu pewnej wioski na Podlasiu. Zupełna głusza, GPS – nie działa, musiałem o dalszą drogę zapytać tubylców i wtedy spotkałem idącą drogą starszą kobietę, z ręką w gipsie, która
prowadziła stadko gęsi. Siedliśmy na ławce przed jej domkiem i od słowa do słowa, pani Maria, wspominając, opowiedziała nieznajomemu motocykliście niemal całe swoje życie – bardzo trudne, ciężkie, pełne bolesnych zdarzeń, a mimo to na koniec swojej opowieści podsumowała: „miałam piękne życie”. Bardzo mnie to ujęło i odjeżdżając już, na odchodne, zrobiłem zdjęcie, na którym widać panią Marię i jej gęsi. Zdjęcie jest czarno-białe i ma tytuł: „Miałam piękne życie”. Zdobyło wiele akceptacji na międzynarodowych salonach.

 

  • W polowaniu na cuda przyrody pomaga inna pasja – motocykle?

– Nie, motocykle i fotografia, taka, jaką uprawiam, to dwa różne światy, których nie da się pogodzić. Motocykl, to pęd i wyścig z czasem. Fotografia, to spokój i oczekiwanie.
Motocykle, to rodzinna pasja. Mój dziadek jeździł, mój ojciec jeździł, dwóch moich wujków jeździło, mój cioteczny brat jeździł. To ja mam nie jeździć? Ja po prostu muszę jeździć. Jak mawiają moi fantastyczni koledzy, lekarze z Podlasia: „Gena z człowieka nie wydłubiesz”. Od lat pasjonuję się motocyklizmem, ale nie należę do klubów czy stowarzyszeń, bo to zupełnie nie moja bajka. Należałem do dwóch klubów, ale z obydwu wypisałem się.

Jestem typem samotnego wilka i tylko z żoną, która też jeździ na harleyu, pokonujemy różne trasy, czasem bardzo ambitne, jak np. bardzo trudną technicznie przełęcz Stelvio, która wiedzie przez włoskie Alpy i jest najeżona zakrętami tzw. agrafkami, które bardzo trudno jest pokonać nawet lekkim motocyklem, nie mówiąc o ciężkim harleyu. Przejechałem też trasę od Lublina po Gibraltar (bo chciałem przejechać się motocyklem po pasie startowym na lotnisku, z którego wystartował samolot z gen. Sikorskim); wspaniałe trasy są na Bałkanach; w Grecji. Polecam Transalpinę i Transfogarską w Rumunii. Do piękniejszych wypraw motocyklowych zaliczam wyjazd na Lofoty i trasy za kołem polarnym, zwłaszcza Drogę Atlantycką. Leci się tam po wspaniałych, niekończących się przestrzeniach. No, i oczywiście, ukochane, wschodnie pogranicze Polski. Od Suwalszczyzny, po Bieszczady…

 

  • Bo motocykl to wolność?

– Wolność, fantastyczne uczucie, którego jeżdżąc samochodem, nie sposób doświadczyć. Kiedy odkręca się manetę
i na budzik wchodzi, no mniejsza z tym, ile wchodzi, kiedy ma się między nogami bestię o pojemności 1600 cm sześciennych i 80 koni mechanicznych, to zapomina się o całym świecie. W każdym razie to zupełnie inne przeżycia. Na takim motocyklu, tak trudno wraca rozsądek i pamięć, że nasze życie należy nie tylko do nas… Ale, mój motocyklizm, to też powolne snucie się na harleyu w letnie, gorące wieczory po ulicach starego Lublina, odwiedziny w miejscach mojego dzieciństwa i młodzieńczych lat. Czasem stawiam motocykl, siadam na ławce, albo na murku i oczami wspomnień i wyobraźni patrzę na coś, co kiedyś było, a czego już nie ma… Za jakiś czas już nikt nie będzie pamiętał, że tutaj było kino „Kosmos”…

 

  • To także dzięki pasji do podróży motocyklowych pojawiła się inna pasja – pisanie bloga?

– Na moim blogu, który zatytułowałem „Harley i reszta życia”, piszę relację i zamieszczam zdjęcia z każdego wyjazdu. Obecnie piszę rodzaj przewodnika dla motocyklistów po wschodnim pograniczu Polski. Podlasie, Lubelszczyzna, Podkarpacie, to Polska, jakiej motocyklista nie znajdzie nigdzie. Nie sposób opisać jej piękna słowami. Tam trzeba po prostu być. W ciągu trzech ostatnich lat opisałem już moje trasy od Suwalszczyzny po Hrebenne. Został mi już ostatni odcinek od Hrebennego po południowe Bieszczady. Może dobry los pozwoli mi w tym roku skończyć.

Jeśli czyta te słowa jakiś motocyklista i chciałby pojechać na wschodnie pogranicze, to podaję linki do czterech części przewodnika, na moim blogu:

Część I: http://harleyman-harleyman.blogspot.com/2014/05/wschodnie-pogranicze-cz1.html

Część II: http://harleyman-harleyman.blogspot.com/2014/06/wschodnie-pogranicze-lubelszczyzna-cz-2.html

Część III: http://harleyman-harleyman.blogspot.com/2015/06/wschodnie-pogranicze-cz-3-podlasie.html

Część IV: http://harleyman-harleyman.blogspot.com/2015/07/wschodnie-pogranicze-cz-4-podlasie.html

 

  • Mając tyle czasochłonnych zainteresowań trudno nie zapytać, jak to godzić z medycyną, która, o ile wiem, jest…

– …jest moją największą, najważniejszą i absolutnie zajmującą pierwsze miejsce pasją. Pasją mojego życia.

Od dziecka chciałem być lekarzem. Nie było dylematów, czy inżynier, czy architekt. Zostałem lekarzem i wiem, że to najlepszy wybór, jakiego dokonałem w życiu. Może też i tutaj trochę „zawiniły” geny, bo w mojej rodzinie jest sporo lekarzy, chociaż rodzice wykonywali inne zawody.

Nie sposób nie wspomnieć tutaj o moich nauczycielach akademickich, a także o moich mistrzach, którzy już po skończeniu studiów uczyli mnie nie tylko medycyny, ale także tego, co to znaczy być lekarzem i szacunku do zawodu, który wykonuję. Bardzo im za to dziękuję, bo dzięki nim mogę wykonywać zawód, który daje mi satysfakcję i szczęście, żeby nie używać zbyt skrzydlatych słów. Pozostałe pasje to tylko efekt tego, że czuję się spełniony jako lekarz.

 

  • Nie porozmawialiśmy jeszcze o psach!

– Bo to temat na inną, osobną rozmowę – jedno jest pewne, bez psów, ich oddania, wierności i jedynej w swym rodzaju miłości do człowieka, świat nie byłby tak piękny. Kto nie doświadczył psiej miłości, wypowiadanej tylko spojrzeniami, bez słów, ten nie wie, że można kochać nic nie mówiąc, że pies jest gotów zginąć w obronie człowieka, którego kocha.
Ale, to już chyba rzeczywiście opowieści na oddzielną rozmowę.

Napisz komentarz