Jedenaste: nie odbieraj nadziei

z prof. Marianem Markiewiczem, nestorem lubelskiej kardiologii, autorem książek, rozmawia Anna Augstowska

 

  • Studiowanie polonistyki było Pana młodzieńczym marzeniem ale wygrała medycyna. Czy dzisiaj – patrząc na Pana imponujący dorobek pisarski – byłoby inaczej?

– Zdecydowanie nie! Gdybym dzisiaj miał dokonać tego wyboru, po raz kolejny poszedłbym na studia medyczne. Chociaż kiedy wspominam pytanie mojego ojca, które mi zadał po mojej maturze, o to co zamierzam studiować… naprawdę nie umiem odpowiedzieć, dlaczego wtedy powiedziałem: „Będę lekarzem”. W rodzinie nie było takich tradycji, nikt też mnie nie namawiał i nie sugerował, abym wybrał właśnie tę drogę.

 

  • Intuicja?

– Być może. Jednak najważniejsze jest to, że nigdy nie żałowałem tej decyzji. I nigdy – od 1951 roku, czyli od 68 lat, od kiedy ukończyłem Wydział Lekarski na lubelskiej AM – nie przestałem leczyć. Wciąż mam pacjentów, mimo że jestem od lat na emeryturze. Dzisiaj, kiedy rozmawiamy, też przyjmowałem chorych. Ludzie wciąż przychodzą do mojego gabinetu. To dla mnie ważne, bo po pierwsze nigdy żaden chory mnie nie zdenerwował, a po drugie, nie wyobrażam sobie siebie na kanapie z pilotem do telewizora w ręku. Póki są siły trzeba życie wypełniać pracą.

 

  • Ale Pan ma tych zajęć ponad miarę!

– Całe szczęście! Może nie nad miarę, ale dużo. Chociaż – podkreślam – medycyna jest najważniejsza. W dużej mierze taką postawę zawdzięczam moim mistrzom – profesorom: Mieczysławowi Kędrze i Mieczysławowi Gamskiemu. Obaj prezentowali odmienny styl prowadzenia kliniki, badań naukowych i podejścia do chorych, ale każdy z nich był Osobowością przez duże O. Nauczyli mnie, że nie można sobie
odpuszczać, nie można lekceważyć ani pracy naukowej, ani dydaktycznej, ani bycia przy chorych. Starałem się i nadal się staram trzymać tych wzorców.

 

  • Sylwetki tych profesorów, ale też kilkudziesięciu innych lekarzy, którzy pracowali i tworzyli lubelską medycynę, przywołuje Pan na stronach swych dwóch książek: pierwsza pt. „Lekarze” ukazała się w 2017; tom drugi pt. „Nauczyciele przyszłych lekarzy”, właśnie trafił do rąk czytelników. To dużo więcej niż biogramy, czy encyklopedyczny skrót dokonań bohaterów Pańskich wspomnień. Skąd pomysł?

– Wierzę, że to co zapisane, to zostanie. Dlatego uznałem, że trzeba zrobić wszystko, aby pamięć po tych ludziach przetrwała i nie ograniczała się tylko do krótkich wzmianek w archiwalnych zapiskach. Zasługują na dużo więcej. To byli lekarze, dla których życie chorego było największym dobrem. Uważam, że nas lekarzy obowiązuje „jedenaste przykazanie”: nie odbieraj nadziei chorym. Dum Spiro, spero. A lekarz powinien być zawsze przy chorym i być jego przyjacielem. I tacy byli lekarze ze stron moich książek. Miałem też zaszczyt być studentem lub asystentem wielu z nich. Widziałem jak pracowali, jaki mieli sposób na bycie lekarzem, poznałem ich charakterystyczne cechy, często byłem świadkiem różnych, także anegdotycznych zdarzeń, w których uczestniczyli. Uznałem, że nie mogę o tym nie napisać. Bo jak nie ja, to kto?

 

  • To największy, absolutnie niepodważalny atut obu książek! Każdy rozdział obok życiorysu i dokonań danego lekarza zawiera też część zaczynającą
    się zwykle zwrotem: „Moje spotkanie z…”. Albo „Z profesorem… zetknąłem się w czasie pierwszego roku studiów” i dalej następuje szczegółowy opis pewnych zdarzeń. To zasługa wspaniałej pamięci, czy może już na studiach prowadził Pan np. dziennik?

– Bardzo żałuję, że tego nie robiłem! O ileż łatwiej byłoby mi teraz pisać te wspomnienia. Niestety, obecnie mogę polegać tylko na swojej pamięci, a ta jest zawodna. Dlatego podkreślam, że opisane osoby i sytuacje, to moje wspomnienia utrwalone w pamięci. Oczywiście życiorysy i dokonania lekarzy, o których piszę, zdobywałem w czasie żmudnej pracy w archiwach, czasem wspomagałem się rozmowami z rodzinami i innymi osobami, które pamiętały moich bohaterów – ale nie zawsze szło jak po maśle. Spotkałem się też z odmową.

 

  • Wróćmy jeszcze do innej, chociaż również związanej z pisaniem, Pana pasji. Myślę tu o Ostrowie Lubelskim.

– I zapewne o Towarzystwie Ziemi Ostrowa Lubelskiego, którego jestem założycielem? Ostrów, z którym jestem związany rodzinnie, to dla mnie wyjątkowe miejsce. Tu spędziłem czasy II wojny światowej, tu byłem uczestnikiem – już mając 16 lat – ruchu oporu w Batalionach Chłopskich. Od 1989 roku, odkąd działa towarzystwo, staramy się utrwalać pamięć ludzi tu mieszkających, a także działać na rzecz tej społeczności, m.in. organizując spotkania i konferencje na temat profilaktyki zdrowotnej, historii i regionalnej tradycji. Prowadzimy też działalność wydawniczą, obok książek piszemy wiele artykułów w miejscowym czasopiśmie „Głos Ostrowa”. Patronujemy zespołowi śpiewaczemu Ostrowianki-Polesianki. Przez wiele lat prowadziliśmy salon „Art Wyspa”. Towarzystwo kończy w tym roku 30 lat – i szykujemy konferencję podsumowującą nasz dorobek.

 

  • Na koniec muszę zapytać: maszyna do pisania czy komputer?

– Komputer! Sam nauczyłem się obsługi, chociaż za każdym razem przeżywam niepokój, że teksty mi „znikną”. Zapisuję więc wszystko na wszelki wypadek jeszcze na pendrive’ach. Chciałbym też na zakończenie zaapelować do Kolegów: Warto pisać – bo to ratuje przemijający świat od zapomnienia. Ja mam już kolejne plany i chcę skupić się na wydaniu albumu z dokładną dokumentacją fotograficzną kościoła w Ostrowie Lubelskim.

 

Książki Mariana Markiewicza z Wydawnictwa Ars Libri.
Lekarze”, Lublin 2017 oraz
Nauczyciele przyszłych lekarzy”, Lublin 2019

wydane z funduszy Lubelskiej Izby Lekarskiej,
dostępne są w formie e-booka (pdf) na stronie Komisji Kultury
www.kultura.oil.lublin.pl/nasze książki