Hartowanie izby lekarskiej

Hartowanie to rodzaj obróbki cieplnej, której celem jest uzyskanie struktury o większej twardości. Ale hartowanie ducha to już nie to samo. Jako świadka i uczestnika przełomu ustrojowego latem 1989 roku, aż mnie korci, aby dziś odpowiedzieć sobie i młodszym, nie tyle jak hartowała się nowa struktura lekarska, ile kto chciał pod osłoną społecznej euforii 4. czerwca z przyszłego samorządu lekarskiego uczynić karykaturę samorządności. Tak, aby wszystko kręciło się po staremu, ale pod nowym quasi-demokratycznym szyldem.

Opinia, jaką się dziś często słyszy, jakoby w roku 1989 nastąpiło odrodzenie izb lekarskich – jest z gruntu nieprawdziwa. Odrodzenia, w sensie restytucji, nie było. W 1989 roku izby lekarskie po prostu powstały na nowo. Owszem, były kontynuacją izb zlikwidowanych w 1950 roku, ale tylko w sensie idei i tradycji. Ustawa z 17 maja 1989 r. nie przywracała do życia izb, lecz powoływała je na nowo. To bardzo istotna różnica. Nie mogło być mowy o powrocie do dawnych regulacji prawnych, ani do struktur, nie mówiąc już o restytucji majątku. W zamian za siedzibę Lubelskiej Izby Lekarskiej przy ul. Cichej 4, nabytej za ciężkie pieniądze na własność w 1938 roku, w 1989 roku władze udostępniły nam trzy pokoje na szóstym piętrze wieżowca przy ul. Lubomelskiej 14. Wszelkie próby odzyskania izbowej własności traktowano potem z lekceważeniem i gorszącymi wykrętami. Aktualna siedziba Lubelskiej Izby Lekarskiej przy ul. Chmielnej 4, to wyremontowana za lekarskie składki suszarnia chmielu, powierzona na jej użytkowanie przez następne 23 lata.

Czerwiec 1989

Lubelskich lekarzy w Komitecie Organizacyjnym Izb Lekarskich reprezentowali m.in. profesorowie: Jerzy Karski, Zdzisław Kleinrok, Maciej Latalski, Leszek Wdowiak, ówczesny lekarz wojewódzki Tadeusz Marciniak. Nie muszę przypominać, że ci luminarze medycyny cieszyli się niesłabnącym zaufaniem ówczesnej władzy. Żaden z nich nie został wybrany ani do władz okręgowych, ani naczelnych.
W komitecie na szczęście nie zabrakło ofiarnej aż do bólu pediatry Ewy Tuszkiewicz-Misztal, która niemal cudem zapanowała nad całą logistyką wyborów na poziomie podstawowym, czyli w szpitalach i przychodniach w siedmiu ówczesnych województwach: lubelskim, chełmskim, zamojskim, bialskopodlaskim,
radomskim, tarnobrzeskim i siedleckim. Podczas wyjazdów na posiedzenia do Warszawy zawsze drżała o bezpieczeństwo swojego auta, volkswagena, bo jego bagażnik ledwo co się domykał od nadmiaru dokumentów, związanych z organizacją izb. Dzisiejsza Pani Profesor, nie miała wówczas do dyspozycji ani urzędników, ani prawników, ani tym bardziej redaktorów niezależnych mediów. A jednak dała radę.
Izba lekarska w Lublinie miała być jedną z jedenastu. Bo tyle było wówczas akademii medycznych, a województw aż 49. Trzeba powiedzieć, że Komitet Organizacyjny, pomimo upalnego lata i tradycyjnego okresu urlopowego, rozpoczął działalność z przytupem. Pierwsze posiedzenie komitetu odbyło się w murach Ministerstwa Zdrowia, co zwiastowało dalekowzroczny zamysł centralizacji odrodzonych izb lekarskich. Było burzliwie, ale i chaotycznie. Wydaje się, ze wiele spraw ustalono przed zebraniem – wspominał po latach dr Jerzy Moskwa, późniejszy prezes warszawskiej izby. Przewodniczącym komitetu został prof. Ryszard Jacek Żochowski, długoletni ordynator Oddziału Kardiologii Centralnego Szpitala Klinicznego MSW, uczestnik obrad Okrągłego Stołu z rekomendacji rządowej, późniejszy minister zdrowia. Niestety, los nie był łaskawy dla profesora. Nigdy bowiem nie objął żadnej funkcji w organach izb lekarskich. Była to zadra, która głęboko utkwiła w jego sercu i kładła się cieniem na bieżących relacjach z samorządem lekarskim.
Celem komitetu było sprawne i szybkie przeprowadzenie wyborów do władz poszczególnych izb okręgowych, a następnie zorganizowanie Krajowego Zjazdu Lekarzy. Największe emocje i spory budziły podział terytorialny i kryterium wyboru delegatów. Często ambicje górowały nad rozsądkiem. Czy uniknięto sporów politycznych? Raczej nie, choć często były one owocem ignorancji, a więc nieznajomości istoty samorządu lekarskiego. Wiele wątpliwości rozwiał list ówczesnego rzecznika praw obywatelskich prof. Ewy Łętowskiej, która stwierdziła, że izby lekarskie to korporacja prawa publicznego, której administracja przekazała część swoich uprawnień.
Z perspektywy czasu trzeba przyznać, że sprawa odrodzenia izb lekarskich była dalece za mało rozpropagowana. Komitet korzystał z łamów reżimowego tygodnika „Służba Zdrowia”, którego reputacja po 4. czerwca po prostu rozeszła się w szwach. Nie było własnego medium, ponieważ egzystował przecież jeszcze PRL, gdzie, aby wydawać tytuł prasowy, trzeba było mieć przydział papieru, który był towarem reglamentowanym, i moce produkcyjne w drukarni, która miała tendencje do opóźniania druku. A więc nowy tytuł można było wydawać tylko na bazie istniejącego. W dobie Facebooka, opisy te mogą być traktowane jako parafraza legendy z czasów Gutenberga. Ale przysięgam, że tak było jeszcze w Polsce 30 lat temu.
Podział terytorialny od początku nie podobał się i był często źródłem kontestacji izby. „Po co nam jakaś izba lekarska, która decyduje o nas z dala od miejsca pracy”. Ówczesne województwo siedleckie, które niemal przylega do peryferiów stolicy, przypisano do izby w Lublinie. Rozsierdzona delegatka z Siedlec wyznała mi wówczas, że do Warszawy z Siedlec kursuje 16 pociągów, a do Lublina jeden, i to w dodatku niecodziennie. Argument komunikacyjny przeważył. Lekarzy z Siedlec, Garwolina czy Węgrowa wchłonęła izba warszawska.
Od pierwszego dnia walkę o własną izbę podjęli lekarze województwa radomskiego. Wielokrotnie, aż do zmiany granic izb lekarskich w 1997 roku, przekonywali, że nie tyle sam Radom, co Pionki, Iłża, Grójec, Warka czy Przysucha to przecież nie Lubelszczyzna. Choć właśnie dziś po wschodniej stronie Wisły aż się roi od lekarskich sław rodem z jej zachodniego brzegu. A tak naprawdę chodziło o to, aby w komisjach konkursowych na oblegane jeszcze wtedy ordynatury szpitalne móc nominować swoich kolegów, a nie czekać na „spadochroniarzy” z Lublina. Własnej izby się wprawdzie nie doczekali, ale jak już wpadli z deszczu pod rynnę, czyli w objęcia warszawskiej izby, to po latach jej prezesem został radomski ginekolog Mieczysław Szatanek, który w wyborach okręgowych pokonał samego Konstantego Radziwiłła. Czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Ale wróćmy na chwilę do burzliwej jesieni 1989 roku. Nadzieje środowiska lekarskiego były wówczas ulokowane w fali uderzeniowej zwycięskiej „Solidarności” i nowego rządu Tadeusza Mazowieckiego. Wielu starych i ciężko doświadczonych przez komunę związkowców
ze służby zdrowia powściągliwie, a często niechętnie spoglądało na organizację izb lekarskich. Spodziewano się, że izby lekarskie odciągną od głównego nurtu „Solidarności” ponadstutysięczną grupę inteligencką. Ale jednocześnie obawiano się, że jeśli NSZZ „Solidarność” nie wesprze zatomizowanych do bólu lekarzy, komuna wygra to starcie walkowerem, którego skutków nieprędko czy w ogóle nie da się odkręcić.

Wrzesień 1989

Wczesną jesienią 1989 roku do organizacji wyborów włączyła się Regionalna Komisja Koordynacyjna Służby Zdrowia Regionu Środkowo-Wschodniego NSZZ „Solidarność”, która upoważniła Ewę Kopacz, Andrzeja Jóźwiakowskiego, Edmunda Fijołka, Wojciecha Marciniaka i Marka Stankiewicza do wyłonienia kandydatów do wszystkich organów (rada, sąd, rzecznik i komisja rewizyjna). Te nominacje były nieprzypadkowe.
Ewa była naszym motywatorem do odwagi i rozwagi, Andrzej i Edmund zaliczyli wiele miesięcy w ośrodkach internowania. Wojciecha w stanie wojennym skazano na cztery lata więzienia za próbę biernego oporu w komisji poborowej w Lubartowie. Zamknięto go w jednej celi z recydywistami w Hrubieszowie. Najmłodszy z nich, Marek, ze swoimi kontaktami w opozycji demokratycznej okazał się bardzo pomocny jako koordynator listy kandydatów, która została przyjęta,
niemal bez poprawek, przez zjazd lekarzy w listopadzie. To był piękny czas, kiedy lekarze wierzyli na słowo, że ulotka odebrana z mojej ręki, jest prawdziwa i dobrze im posłuży – wspomina Marek po latach.
Wybory na poziomie podstawowym (szpitale i przychodnie) przebiegły bez większych zakłóceń. Wielu lekarzy, którym w czasach komuny odmawiano zasłużonego awansu zawodowego, zwłaszcza w klinikach i szpitalach powiatowych, nie trzeba było specjalnie namawiać do aktywności. Dyrektorzy, ordynatorzy i posiadacze czerwonych legitymacji raczej nie mogli liczyć na poparcie załóg szpitalnych. Ale zdarzały się wyjątki.

Listopad 1989

6 listopada 1989 nadeszła wiekopomna chwila. W siermiężnej auli Komitetu Miejskiego PZPR w Lublinie (dziś gmach lubelskiego Sądu Apelacyjnego przy
Lipowej 13) pierwszy Okręgowy Zjazd
Lekarzy na prezesa OIL w Lublinie wybrał anestezjologa Witolda Fijałkowskiego, a na rzecznika odpowiedzialności zawodowej – neurochirurga Stanisława Kamińskiego. A pierwszą 37-osobową okręgową radę lekarską zdominowała tzw. lista Marka i Wojtka. Rozpoczęła się działalność samorządu lekarskiego na Lubelszczyźnie. Ale o jej pierwszych decyzjach i dalszych losach napiszemy już po urlopach.
Marek Stankiewicz